23/06/2024
Wytańcz, wytrząś, idź do przodu! - tak czy nie?
W świecie ruchowców obserwuję tę tendencje. Widzę to działanie też u siebie. Na tym to polega - ruch, endorfiny, adrenalina, dopamina i inne - i dalej chce się żyć, mamy siłę na nowy dzień, czujemy się lepiej. Jedni lubią w grupie, drudzy w pojedynkę. Może to być rower, bieganie, może być basen, ruch improwizowany, taniec, siłka, movement, potańcówki i co tam jeszcze kto lubi. Żeby nie było - to jest jak najbardziej ok. Gdybym była lekarką, przepisywałabym wszystkim ruch na recepcie. Jednak jak to zazwyczaj w życiu bywa, jest drugie dno tego tematu i chce je dzisiaj unaocznić.
Ruch, taniec może być ucieczką. Pomaga „przelecieć” ponad TYM, co uwiera. Można sobie w ciągu liniowym stworzyć serię dawki endorfin i lecieć dłuuuugo na fali ekstazy.
Znacie to? Ja tak. Ja uwielbiam tam być. Uwielbiam to poczucie FLOW, zapętlenia, pobudzonej wyobraźni, kreatywności, transu, wspólnotowości - im więcej ruchu - tym mniej zmęczenia i jeszcze, jeszcze, jeszcze.
Są takie momenty w życiu, kiedy warto sprawdzić czy owym FLOW nie przykrywam czegoś, co jest teraz trudne w moim życiu, z czym się właśnie zmagam. W relacjach z bliskimi, w pracy, w społeczności, do której przynależę, itd.
Bo być może FLOW daje zaledwie mięśniowe/sprawnościowe/przyjemnościowe poczucie siły, pozostawiając nasz wewnętrzny dzbanek miłości pustym i odcina od spłynięcia w głębiny mroku, by sprawdzić co jest w tych ciemnościach. A to jest przecież nasz kierunek wzrostu.