07/08/2023
Agnieszka Jucewicz: Czy, kiedy spotyka pan kogoś po raz pierwszy, jest pan w stanie wyczuć - z postawy, tonu głosu, ruchów - z czym ten ktoś przychodzi?
Michael Randolph: Chce pani wiedzieć, czy czytam z tak zwanej „mowy ciała”? Napisano tysiące stron na ten temat. To podejście było szalenie popularne, szczególnie w latach 70-tych i 80-tych- „jeśli przyjmujesz taką pozycję to oznacza to, a jeśli masz taki wyraz twarzy to znaczy tamto.” Jakimś dziwnym trafem zwłaszcza mężczyźni byli zainteresowani tym, żeby interpretować „mowę ciała” kobiet tak, żeby to było korzystne dla nich. Ja uważam, że to bzdura.
AJ: Mowa ciała to bzdura?
MR: Bzdurą jest twierdzić: „Wystarczy, że na ciebie spojrzę, a wiem, kim jesteś i z czym się borykasz.” Pokora to powinien być filar każdego podejścia terapeutycznego. Tego również.
AJ: Więc nie czyta pan z ciał jak z kartek?
MR: Szczerze? Myślę, że robię to odruchowo. Pewne myśli, hipotezy przychodzą mi do głowy, ale najpierw się im przyglądam. Sprawdzam. Staram zrozumieć. Dlaczego, na przykład, przy jednej osobie odchylam się od razu do tyłu? A przy innej - do przodu? Nasze ciała intuicyjnie wchodzą w interakcje z innymi ciałami. To się odbywa samo i stanowi dla nas bardzo ważną informację. Jak pani wyjdzie na ulicę, od razu pani zauważy, że obok niektórych osób jest w stanie pani przejść blisko, a od innych woli się trzymać z daleka, bo jest w nich coś niepokojącego. Coś, co sprawia, że nie czuje się pani bezpiecznie. Wszyscy jesteśmy obdarzeni intuicją, jeśli chodzi o innych, ale to nie znaczy, że ich znamy.
Kiedy spotykam kogoś po raz pierwszy to, co się we mnie pojawia i na czym mogę bardziej polegać, to nie diagnoza, ale dobre pytania, jakie mógłbym tej osobie zadać.
Jeśli widzę, że ktoś patrzy na mnie nieufnie, pytam: „Siedzę metr od ciebie, czy to dla ciebie za blisko?”. Jeśli tak, to się odsuwam. Pamiętam pewną kobietę, która poczuła się bezpiecznie, dopiero wtedy, gdy dzieliło nas 20 metrów. To są, wydawałoby się, błahostki, ale tak naprawdę to bardzo ważne rzeczy. Bo dopiero, kiedy osoba, z którą pracuję, poczuje się bezpiecznie, możemy zacząć razem coś budować.
W grupie od razu widać, kto się czuje niekomfortowo z innymi, albo z samym sobą. Warsztaty zwykle zaczynamy od siedzenia w kółku. Niektórzy siadają poza kręgiem, trudno im się włączyć. Nie wciągam ich do niego na siłę. Zależy mi raczej na tym, żeby poczuli się na tyle bezpiecznie, by móc powiedzieć, albo pokazać w jakiś sposób, co się kryje za tą potrzebą dystansu, dlaczego mają poczucie, że nie przynależą. Wydaje mi się, że to jest ważne słowo, o którym powinniśmy częściej mówić, nie tylko w psychoterapii.
AJ: „Przynależeć”?
MR: Tak. Wiele ludzi ma poczucie, że nigdzie nie przynależą- ani do społeczeństwa, ani do rodziny, ani do siebie. Czują to w ciele, czują to w sercu, w umyśle. Wszędzie. I jest im z tym źle. Niektórzy całe życie żyją na takim wygnaniu. Wydaje mi się, że praca z ciałem, która polega na stopniowym zbliżaniu się do siebie i do innych, może przynieść znaczącą zmianę w życiu takich osób.
Fragment książki „Psychoterapia dziś”.