18/03/2026
Po ostatnich sesjach w gabinecie zostały w moich myślach dwa słowa: silna i dzielna. Brzmią jak komplementy – takie, które mają podnosić na duchu i budować poczucie wartości. A jednak, kiedy przyjrzeć się im bliżej, okazuje się, że mogą nieść w sobie ciężar, który trudno udźwignąć.
Bo bycie „silną” często oznacza coś więcej niż tylko wewnętrzną moc. Zaczyna znaczyć: znieś wszystko, wytrzymaj więcej niż powinnaś, nie pokazuj słabości. Jakby siła polegała na tym, żeby nigdy nie powiedzieć „dość”. Jakby nie było miejsca na zmęczenie, na łzy, na moment zatrzymania. W tym sensie „silna” przestaje być wsparciem, a zaczyna być wymaganiem – cichym nakazem, żeby radzić sobie zawsze, niezależnie od kosztu.
Podobnie jest z „dzielną”. Na pierwszy rzut oka to ktoś odważny, ktoś, kto się nie poddaje. Ale kiedy wczytać się głębiej, pojawia się druga warstwa: nie poddawaj się nawet wtedy, gdy nie masz już siły. Idź dalej, nawet jeśli wszystko w tobie mówi, żeby się zatrzymać. „Dzielna” nie odpoczywa, nie rezygnuje, nie odpuszcza – nawet jeśli właśnie tego najbardziej potrzebuje.
I w tym właśnie tkwi paradoks tych słów. Niby są pozytywne, a jednak mogą odbierać prawo do bycia człowiekiem – do słabości, do granic, do niewystarczania. Bo przecież prawdziwa siła nie polega na znoszeniu wszystkiego. A prawdziwa dzielność to czasem właśnie odwaga, by powiedzieć: „nie dam rady”, „potrzebuję pomocy”, „to dla mnie za dużo”.
Może więc warto spróbować odzyskać te słowa na nowo. Nadać im inne znaczenie.
Silna – czyli taka, która zna swoje granice i potrafi ich bronić.
Dzielna – czyli taka, która ma odwagę być szczera wobec siebie, nawet jeśli oznacza to zatrzymanie się.
Bo nie trzeba znosić wszystkiego, żeby być wartościową. I nie trzeba iść dalej za wszelką cenę, żeby zasługiwać na uznanie. Czasem największą siłą i największą dzielnością jest właśnie pozwolenie sobie na to, żeby nie być ani jedną, ani drugą – przynajmniej przez chwilę.