10/03/2026
W pracy psychologa czy psychoterapeuty, w pracy wielu z nas pojawia się charakterystyczny moment w terapii.
Pacjent przychodzi w kryzysie: z depresją, lękiem, myślami rezygnacyjnymi, trudnościami w koncentracji, problemami w relacji z partnerem czy z dziećmi.
To typowa lista powodów, dla których ludzie rozpoczynają terapię.
Po pewnym czasie przychodzi etap, w którym „pożar” zostaje ugaszony.
Pacjent podjął ważne decyzje w związku,
zaczyna bardziej akceptować swoje dzieci i ich potrzeby,
depresja przestaje być przerażającym demonem,
a lęk się stabilizuje. Człowiek zaczyna znowu ogarniać życie – emocje, codzienność, obowiązki.
Wtedy pojawia się myśl: „Już nie potrzebuję terapii. Poradzę sobie sam”.
I rzeczywiście – byłoby cudownie, gdyby tak właśnie działał proces zdrowienia. Wsparcie psychologa czy przyjaciółki pomogłoby podnieść się z kryzysu, a potem człowiek mógłby dalej pracować nad sobą samodzielnie.
Istnieje ogromna ilość literatury psychologicznej: książki o refleksji nad sobą, prowadzeniu dzienników, analizowaniu własnych potrzeb, o pracy z myślami i emocjami. . Czasem mam wrażenie, że psychologowie piszą je nie tylko dla pacjentów, ale również dla siebie. Bo prawda jest taka, że żeby naprawdę korzystać z tych narzędzi, potrzeba ogromnej dyscypliny – a psychologowie też są tylko ludźmi.
Zdarza się oczywiście, że ktoś dochodzi do takiego momentu w życiu, w którym potrafi już sam utrzymywać tę wewnętrzną dyscyplinę i systematyczną pracę nad sobą. Jednak zwykle nie jest to etap tuż po ugaszeniu „pożaru”. To jeszcze nie jest moment, w którym stare nawyki naprawdę się zmieniły.
Właśnie wtedy potrzebny jest jeszcze pewien czas – czas spokojniejszej, mniej spektakularnej pracy terapeutycznej.
Czas, w którym spotykasz się z terapeutą co tydzień i powoli realizujesz nową drogę. Często w tym okresie pojawia się znużenie: „Nie chce mi się już analizować. Wszystko jest w porządku. Nic ciekawego się nie dzieje”.
Umysł chętnie ucieka od dalszego pogłębiania rozmów, bo wydają się nudne, niepotrzebne.
A jednak to właśnie wtedy utrwala się zmiana.
W tym czasie uczysz się swoich schematów , głębiej rozumieć:
dlaczego tak łatwo się poddajesz,
dlaczego masz perfekcjonistyczne podejście do porządku,
dlaczego próbujesz kontrolować dzieci albo przeciwnie – tak trudno jest ci się nimi zajmować,
dlaczego tak łatwo się przygnębiasz i rozpadasz nawet z pozornie małych powodów.
Nasze depresje i nerwice nie biorą się znikąd.
Rodzą się z tego, co kształtowało się w nas od początku życia. Zmiana tych schematów – sposobów myślenia, reagowania i przeżywania – jest pracochłonna. Wymaga cierpliwości i dyscypliny. A właśnie tych zasobów często brakuje nam najbardziej, kiedy wychodzimy z poważnego kryzysu.
Dlatego warto pozwolić sobie na dłuższy czas terapii, nawet wtedy, gdy wydaje się, że „już wszystko jest w porządku”. To nie oznacza, że nie potrafisz poradzić sobie sam. Przeciwnie – oznacza, że poważnie traktujesz proces zmiany.
Przez 30 czy 40 lat życia trenowaliśmy określone nawyki, mechanizmy i sposoby reagowania. Naturalne jest więc, że potrzeba czasu, aby naprawdę je zmienić.
Kiedy na powierzchni życia robi się już spokojnie, dopiero wtedy można zajrzeć głębiej – tam, gdzie pod pozornym spokojem nadal poruszają się różne prądy i historie. Terapia w tym czasie pozwala je zobaczyć, zrozumieć i powoli zmieniać.
To właśnie wtedy utrwalają się nowe, dobre nawyki.
, ,