25/02/2026
Cholera mnie bierze.
Nie czytasz, bo to nie ważne, nie wygodne.
Naprawdę.
Kiedy trafia do mnie kolejna osoba z tym samym lękiem.
Z tym samym napięciem.
Z tym samym poczuciem bycia nie taką/im.
I kiedy zaczyna mówić, a ja mam wrażenie, jakbym czytała tę samą biografię po raz setny.
Zmienia się imię, wiek, płeć.
Ale rdzeń historii pozostaje ten sam.
Coraz częściej trafiają do mnie bardzo młodzi dorośli.
Z ogromnym lękiem.
Z napięciem, które nie opuszcza ich ciała ani na chwilę.
Z poczuciem samotności, które nie znika nawet wśród ludzi.
Z problemami somatycznymi: jelita, migreny, serce, bezsenność, zaburzenia jedzenia.
Ciała mówią to, czego kiedyś nie wolno było powiedzieć ustami.
I kiedy zaczynamy rozmawiać, bardzo często słyszę komunikaty z domu:
„Dzieci i ryby głosu nie mają.”
„Z tobą jest coś nie tak.”
„Przestań wymyślać.”
„Inni mają gorzej.”
„To twoja wina.”
„Jak się nie zmienisz, to cię zostawimy.”
„Przez ciebie ta rodzina się rozpadnie.”
„Przestań beczeć, bo ja ci zaraz dam powód do płaczu.”
"Jesteś psychiczny, porąbany."
Dla dorosłego to bywa zdanie rzucone w złości.
Dla dziecka to komunikat egzystencjalny.
Twoje emocje są zagrożeniem.
Twoje potrzeby są problemem.
Twoje istnienie jest ciężarem.
Dziecko nie analizuje.
Nie nazywa tego przemocą.
Ono wyciąga jeden wniosek:
To ja jestem problemem.
I wtedy zaczynają się mechanizmy obronne.
Tłumienie.
Zamrażanie emocji.
Nadmierna odpowiedzialność.
Perfekcjonizm.
Dziecko uczy się, że miłość jest warunkowa.
Że trzeba zasłużyć.
Że za bycie sobą grozi odrzucenie.
A potem ma 25 lat i mówi:
„Mam wszystkiego dosyć.”
„Jestem zmęczona tym lękiem.”
„Czuję się uszkodzona.”
„Nie da się mnie już naprawić.”
„Na wszystko jest za późno.”
„Czasem myślę, co by było, gdyby mnie nie było.”
„Rodzicom byłoby łatwiej beze mnie.”
„Ja chyba nigdy z tego nie wyjdę.”
To nie jest dramatyzowanie.
To jest wyczerpanie układu nerwowego, który od lat żyje w trybie przetrwania.
Młodsze pokolenie częściej mówi wprost:
Nie radzę sobie.
Potrzebuję pomocy.
I to nie jest słabość.
To jest odwaga przerwania milczenia.
Bo mechanizm jest ten sam.
To samo zawstydzanie.
To samo straszenie porzuceniem.
To samo odbieranie prawa do emocji.
Zmienia się tylko sposób radzenia sobie.
Jeśli dziś 18, 25, 30-latkowie zmagają się z lękiem, depresją, poczuciem bycia wadą, to nie dlatego, że świat stał się zbyt miękki.
To dlatego, że coraz mniej osób chce dalej udawać.
Ten post nie jest po to, żeby oskarżać.
Jest po to, żeby pokazać zależność.
Słowa mają konsekwencje.
Straszenie porzuceniem ma konsekwencje.
Zawstydzanie ma konsekwencje.
Odbieranie dziecku prawa do emocji ma konsekwencje.
One nie znikają z wiekiem.
One dorastają razem z człowiekiem.
Mam też wewnętrzną złość.
Na brak świadomości.
Na powtarzalność.
Na to, jak łatwo bagatelizujemy słowa, które dla dziecka są wyrokiem.
Bo słowa naprawdę zostają.
One budują to, co człowiek myśli o sobie w wieku 25, 45 czy 65 lat.
To nie jest słabe pokolenie.
To jest pokolenie, które przestaje milczeć.
I bardzo dobrze.