Nie zawsze umiałam być blisko siebie. Przez wiele lat żyłam w napięciu, w lęku, w ciele, które szeptało, krzyczało, zamierało – a ja nie umiałam go słuchać. Długo wierzyłam, że muszę być dzielna, uporządkowana, przewidywalna. Aż przyszedł moment, w którym coś we mnie pękło. I od tego pęknięcia wszystko się zaczęło. To właśnie wtedy, krok po kroku, zaczęłam wracać do siebie. Do prawdy, którą nosiła
m w sobie, choć próbowałam ją zagłuszyć wiedzą, działaniem, kontrolą. Zaczęłam uczyć się dotyku – najpierw dla siebie. Potem dla innych. Dziś pracuję z kobietami (i nie tylko), które – tak jak ja kiedyś – chcą w końcu odetchnąć naprawdę. Chcą poczuć się w sobie bezpiecznie. Ukochać to, co było zranione. Otworzyć się na czułość, na obecność, na pełnię. Dotykam ciał, ale widzę w nich całe historie. Słucham oddechu, tonu skóry, mikrodrżeń. Towarzyszę w rozluźnianiu napięć, ale wiem, że często puszcza coś więcej niż tylko spięty kark. Uczę się tego cudu codziennie – od osób, które do mnie przychodzą, od własnego ciała, od psów, które kocham, od ciszy, od morza, które przypomina mi, że wszystko płynie. Nie mam misji. Mam serce do tego, co robię. I ogromną wdzięczność, że mogę się tym dzielić.