06/04/2026
Oj, przyznam, że mam ze świętami taką relację love–hate. Z jednej strony je lubię, z drugiej – niekoniecznie 🤷♀️
Od lat organizuję święta u siebie, a to oczywiście wiąże się z przygotowaniami. I kiedy zaczyna się to całe kupowanie, tłumy w sklepach, wysokie ceny, a potem wiele godzin stania w kuchni i gotowania, przychodzi moment, w którym totalnie mi się odechciewa. Zaczynam się zastanawiać, jaki to ma w ogóle sens.
Wiem, że ważne jest kultywowanie rodzinnych spotkań, nawet jeśli zdarzają się tylko dwa razy do roku, jak u mnie. Mimo to pojawia się spora dawka stresu. Chyba też taka potrzeba, żeby wszystko wyszło dobrze, żeby wszyscy byli zadowoleni.
Z jednej strony narasta napięcie, które czasem niestety znajduje ujście w złości czy kilku nieprzyjemnych słowach, których później się żałuje.
A potem siadamy razem do stołu. Napięcie jeszcze we mnie jest, powoli opada, choć ja raczej nie należę do tych, którzy spokojnie siedzą — zwykle krążę, dokładam jedzenie, zmieniam talerze, ogarniam.
I dopiero kiedy wszyscy się rozchodzą, kiedy mogę na chwilę usiąść i odetchnąć, przychodzi refleksja, że mimo wszystko było warto. Daję sobie chwilę i wtedy czuję, że tak — jest w tym jakaś wartość 💞
I zastanawiam się… tyle rzeczy udało mi się już w życiu zmienić. W tym obszarze też widzę pewien progres dzięki pracy, którą wkładam w swój rozwój. A jednak czuję, że wciąż jest tu jeszcze spore pole do popisu.
Myślę sobie, że dobrze byłoby wyciągać z tego więcej radości. Może uda się dojść do takiego momentu, w którym całość tych spotkań nie tyle będzie czystą przyjemnością, ale przynajmniej nie będzie budować aż tyle frustracji.
Tego sobie i wam życzę🙏💖😃
Dajcie znać, jak to wygląda u was 😃