Czy mogę już iść spać?

  • Home
  • Czy mogę już iść spać?

Czy mogę już iść spać? Dzielę się rozkminami o zdrowiu psychicznym, czasem wrzucam brzydkie rysunki

Ostatnio zabieram w podróż same dobre książki. “Końce świata” Ziemowita Szczerka zaczęłam czytać w hotelu, niedaleko zre...
16/11/2025

Ostatnio zabieram w podróż same dobre książki. “Końce świata” Ziemowita Szczerka zaczęłam czytać w hotelu, niedaleko zresztą jednego z tytułowych końców światów, bo przy polsko-słowackiej granicy. Z telefonem na podorędziu, w którym doczytywałam różne fakty.

Bo co ciekawe, mało wiem o Europie Wschodniej i Środkowej, w której niby mieszkam. Myślę, że nie jestem w tym odosobniona; w Polsce dorasta się ze wzrokiem skierowanym na Zachód. Na Zachodzie jest kultura, na Wschodzie tylko wiatr i bieda. “Brzmi smutno fchuj” - napisała moja koleżanka na czacie grupowym, kiedy opowiadałam, o czym są książki Szczerka.

Podróżowałam sobie więc mentalnie po Gruzji, Armenii, doczytując o wojnie o Górski Karabach, nudząc się trochę (bardzo zresztą odpowiednio) przy rozdziale o wyludnionych wioskach w Bułgarii. Dowiedziałam się, jak z bliska wyglądał “kryzys” migracyjny na wyspie Le**os i jaką najlepszą drogą wrócić stamtąd do Polski, kiedy trzeba zdążyć przed lockdownem.

A potem przez kolejne pogranicza, które autora natchnęły do rozmyślań o różnicach i wpływach pomiędzy różnymi kulturami w naszym regionie. A może raczej: na naszym pograniczu regionów. Gdzie kończą się Niemcy, jeśli ich wpływ kulturowy obejmuje sąsiednie kraje? Czym właściwie jest kultura słowiańska?

Zdaniem Szczerka kultura słowiańska jest pragmatyczna "aż do pęknięć w czaszce", sklecona na szybko i bez poczucia estetyki. Gdyby się tak zastanowić, wszyscy znamy ją aż za dobrze, choć może nie myślimy o niej jako o kulturze. Kultura słowiańska kojarzy się ze starą ziemianką, która stoi na podwórku u mojej cioci. Kiedy myślę o swoich korzeniach, myślę o tej ziemiance.

Książka kończy się twardym przypomnieniem o rzeczywistości, która rozpada się i przegrupowuje na Ukrainie, czyli właściwie bardzo niedaleko. Ostrzelane bloki, ograbione mieszkania, ludzie zamknięci w szkolnych salach wśród wiader z własnymi odchodami. Rzeczywistości, którą znam tylko z newsów i której mam nadzieję nigdy nie poznać bliżej.

Dużo się z tej książki dowiedziałam i dobrze przy niej spędziłam czas. Jedna z lepszych (literackich) podróży, jakie miałam w tym roku.

Czasami wychodzę na bardzo krótki spacer. W pobliżu naszego mieszkania jest las. Można wejść w niego tak głęboko, jak si...
07/09/2025

Czasami wychodzę na bardzo krótki spacer.

W pobliżu naszego mieszkania jest las. Można wejść w niego tak głęboko, jak się chce. Wewnątrz można usłyszeć kosy, sikorki, kapturki, czasem nawet zobaczyć dzięcioła gdzieś wysoko. Można pójść dalej i wejść na punkt widokowy: jeden, drugi, trzeci.

Można też pójść na bardzo krótki spacer. Okazuje się, że taki spacer potrafi mieć znaczenie symboliczne.

Tak jak celowo docieram tylko do miejsca, gdzie droga skręca w prawo i zawracam, choć gdy skręci się w prawo, jest więcej światła, więcej śpiewu ptaków, więcej przestrzeni – tak powoli uczę się, że nie zawsze trzeba iść daleko, żeby coś znaleźć. Nie zawsze trzeba dawać z siebie wszystko. Nie trzeba ze skrajnego wysiłku popadać w skrajną apatię: można zatrzymać się wcześniej.

Powiedzieć sobie: na teraz wystarczy. Teraz przystanę i przyjrzę się temu, co jest bliżej. Posłucham tych ptaków, które mam po drodze. Rozprostuję nogi, nie będę robić maratonu.

Dziś będę zajmować się tym, a nie wszystkim naraz. Myśleć o tym, a nie o wszystkim naraz.

I wrócę niebawem.

Książka "Zapiski wariatki" czekała u mnie na właściwy moment i ten moment nadszedł w pociągu z Zakopanego do Krakowa.Jes...
30/03/2025

Książka "Zapiski wariatki" czekała u mnie na właściwy moment i ten moment nadszedł w pociągu z Zakopanego do Krakowa.

Jest napisana wartką prozą i pełna ciekawych, oryginalnych obserwacji i przemyśleń autorki: o byciu kobietą, kapitalizmie, sztuce, istnieniu w chorującym ciele, o próbie zachowania człowieczeństwa, kiedy siedzi się przy biurku i wykonuje bezsensowne obowiązki, żeby zapewnić sobie środki do przetrwania. O tym nie wspomnieli na okładce, więc wspominam ja.

Nie wspomnieli też, że schizofrenia jest codziennością wielu osób, a nie tylko autorki i trochę mi to przeszkadzało. Zamiast tego udali, że “książka uchyla drzwi do świata, który stanowi tabu”. Myślałam sobie: przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

To pewnie dlatego, że dla Wydawnictwa Znak nie jestem targetowaną odbiorczynią tej książki. Dla mnie pobyty w psychiatryku to nie aż takie tabu. Moja mama choruje na schizofrenię, ja zaś trafiłam do psychiatryka jako dziecko, kiedy z przyczyn niewiadomych nawet dla siebie przestałam jeść.

Zapadł mi w pamięć fragment o tym, jak personel szpitala przepisuje pacjentom leki na podstawie pobieżnie interpretowanych zachowań. Personel wie, nie musi pytać. Pamiętam, jak pierwszego dnia na oddziale dostałam leki na uspokojenie, dlatego że rzuciłam plecakiem na łóżko zamiast go położyć. Nie byłam niespokojna; byłam wkurwiona, że mam tam zostać.

Być może kupiłam tę książkę, żeby zbliżyć się do matki lub zrozumieć, co jej choroba dla mnie znaczy. A może żeby zbliżyć się do siebie i zrozumieć własną przeszłość? W każdym razie było mi mniej samotnie przez te kilka wieczorów. Czytanie bywa czynnikiem odwstydzającym.


Na ile oryginalna i świeża jest myśl, którą miałam przed chwilą? A ta wcześniejsza? A te, które nie dawały mi spać ostat...
19/01/2025

Na ile oryginalna i świeża jest myśl, którą miałam przed chwilą? A ta wcześniejsza? A te, które nie dawały mi spać ostatniej nocy? 

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że niewiele moich myśli tak naprawdę wnosi coś nowego. Przeważnie to, co wydaje mi się refleksją, jest tak naprawdę jakimś wariantem tego, co myślałam już wcześniej. 

Kiedy człowiek przyzwyczai się w coś wierzyć, jego umysł jest naprawdę dobry w wymyślaniu dowodów na potwierdzenie tezy. Jeśli wierzę, że jestem do niczego, to mogę wymyślić sobie nieskończoną ilość historii, które potwierdzają, jaka jestem beznadziejna. 

I tak często robię. Najczęściej, jak jestem sama w domu.

Ale ze wszystkim można dojść do punktu, gdzie ma się dość, jak po wypaleniu o jednego papierosa za dużo (nie próbowałam, tylko słyszałam, że tak jest). Nie inaczej z myśleniem. 

Ja doszłam do takiego punktu, i teraz staram się zrobić sobie w życiu więcej miejsca na refleksję; tak, żeby przynajmniej częściowo zastąpić nią negatywne myśli. 

Czym różni się refleksja od zwykłego myślenia? Tym, że jest oryginalna - nie powtarza się. I bierze się nie tyle z głowy, co częściowo - z obserwacji życia dookoła, a częściowo - brr, sama nie wiem, z podziemi jakichś.

Więc chodzę sobie z miotełką, zamiatam własne zwyczaje, zabieram głowę na spacer, żeby ją przewietrzyć. 

Spacery mam bardzo powolne, bo dysk mi wypadł i nie mogę szybko chodzić. Może to i lepiej; idąc wolniej, łatwiej się myśli :)

Mam takie jedno bardzo słoneczne wspomnienie z lata 2002, a może 2003 roku, kiedy huśtałam się na huśtawce przed domem, ...
22/09/2024

Mam takie jedno bardzo słoneczne wspomnienie z lata 2002, a może 2003 roku, kiedy huśtałam się na huśtawce przed domem, a z magnetofonu ustawionego na parapecie leciała “Niewinność” Edyty Bartosiewicz. Puszczali wtedy tę piosenkę do znudzenia.

Z jakiegoś powodu - pewnie dlatego, że byłam roztargnionym dzieckiem i wiele mi umykało - nie wiedziałam, jaki jest jej tytuł. Wywoływała jednak jakiś obraz w głowie i dlatego stała się mi bliska, chociaż nie wiedziałam, o czym jest.

No… a teraz przeżywam jakąś Wielką Tęsknotę, jakąś regresję do czasów późnego dzieciństwa (ale świadomą, więc nie jest tak źle). Dużo rzeczy mi się przypomina i wśród nich ta piosenka o utracie niewinności.

Pewnie u każdego ten moment wygląda inaczej i różnie można to rozumieć, ale wydaje mi się, że każdy kiedyś przeżywa (a może nawet powinien przeżyć?) utratę niewinności. U mnie ten moment rozciągnął się w czasie i idzie w parze z coraz bardziej odczuwalną przez skórę świadomością, że:

🌊 Tak samo jak inni jestem zdolna kogoś skrzywdzić i głupio byłoby udawać, że tak nie jest.

🌊 Nawet gdy się kogoś kocha i jest kochanym, życie jest w pewnej mierze bardzo samotnym doświadczeniem.

🌊 Wszystko jest bardziej trwałe, niż się bałam --- a jednocześnie nic nie jest na zawsze.

I tak sobie z tym siedzę. Moje spotkanie z Rozczarowaniem ostatniej zimy przerodziło się w powolne mówienie bye różnym starym przekonaniom, dzięki którym czułam się niewinna i w pewnym sensie bezpieczna.

Czuję, jak ta niewinność leci mi z rąk. Ale tak jak w piosence, może kiedyś jeszcze ją spotkam - w tłumie przechodniów, całkiem przypadkiem.

Ostatnio odkryłam miejsce na obrzeżach Krakowa, które przypomina moje rodzinne strony. Nie jest to jakiś wyczyn, bo w Po...
01/09/2024

Ostatnio odkryłam miejsce na obrzeżach Krakowa, które przypomina moje rodzinne strony. Nie jest to jakiś wyczyn, bo w Polsce każde zadupie wygląda dość podobnie. Dużo nigdy nie koszonej trawy, drzewa, strumyko-ścieki, koty przysypiające na schodach domów. Tak, jak w miejscach, w które jeździłam rowerem, żeby uciec na chwilę z domu.

Przypomina mi się ogródek w drodze z Zawierzbia do Straszęcina, zawsze zadbany i uroczy, i podwórko tego samego domu, na którym dla odmiany zawsze był bałagan. Piach na terenie, gdzie budowali autostradę i to, jak trzęsło na tej jednej kamienistej drodze. Cień, w który się wjeżdżało jadąc w stronę ośrodka w Chotowej.

Z jakiegoś powodu to wszystko wraca ostatnio na miejsce, tak jakby w mózgu wypełniały mi się dziury, pozostawione w procesie zapominania o domu. Do niedawna myślałam, że wszystkie te mikro-wspomnienia przepadły. Rozmowy, w których ktoś niechcący powiedział coś ważnego; “Biełyje rozy” śpiewane dla beki przy ognisku; to jak nigdy nie wiedziałam, w którą stronę się skręca za przejazdem kolejowym w Straszęcinie i jaka wolna czasami się tam czułam.

Jest to trochę pocieszające, jakby mi odrastały ucięte wcześniej korzenie.

Czasem tylko dopada mnie dziwna przykrość, że już siebie z tamtego czasu nie pamiętam. Tyle razy jechałam gdzieś, z kimś, był w tym jakiś cel, czy mój? Bez wątpienia jednak o coś mi chodziło i teraz nie pamiętam już, o co.

Trochę ciężko pogodzić się z tym, że czas zapierdala i nie patrzy na to, że kiedyś coś było ważne.

Ostatnio wracałam do domu po trzech godzinach uczenia się, jak brać do rąk ptaki i jeże i czyścić im klatki. Wracałam zm...
07/07/2024

Ostatnio wracałam do domu po trzech godzinach uczenia się, jak brać do rąk ptaki i jeże i czyścić im klatki. Wracałam zmęczona, w ubraniach nasiąkniętych zapachem gówna i niepokoju tych wszystkich zwierząt, i miałam w głowie tak czysto, jakby ktoś tam też spryskał virkonem. Chyba tylko zmęczenie, góry i nowe miejsca mi tak robią; miejsce na nowe myśli; na zauważenie czegoś, co dotąd pozostawało rozmazane, chociaż miałam to przed oczami. Tak, jakby myśl potrzebowała ruchu.

Myślałam o pisaniu. Że czemu właściwie tego więcej nie robię. Ciągnie mnie do tego, odkąd w ogóle nauczyłam się pisać, a jednocześnie przez całą dorosłość męczy mnie poczucie, że nie robię tego, co powinnam. Chyba jestem z tych ludzi, co źle się czują bez misji.

Podobno ludzie z reguły czas pomiędzy 20. a 30. rokiem życia spędzają w dużej mierze na próbach wypełnienia jakiejś roli, stania się kimś dla innych, zapewnienia sobie gdzieś miejsca. Normalne; mnie się już trochę nie chce, bo jakieś miejsce mam.

Nawet te ptaki nie są już aż tak po to, żeby dać coś światu, tylko żeby coś przeżyć. Zawsze chciałam zaprzyjaźnić się z dzikim ptakiem. Na wolontariacie nie można się przyjaźnić, nie można nawet do nich mówić w trakcie mycia klatek, ale to jakby next best thing.

Skoro nie muszę już nikim się stawać i niczego dawać światu, co mam zrobić z resztą czasu? Jak patrzę do środka, to widzę głównie tendencję do łączenia kropek; dociekania; przepuszczania rzeczywistości przez swój umysł i tworzenia z tego jakiejś historii. Robię to nawet, kiedy nie piszę. W pisaniu nie chodzi o samo pisanie; chodzi o to, żeby zbliżać się do zrozumienia.

Tą myślą, którą przyniósł mi tamtego wieczoru wiatr i zmęczenie, było dosłownie: “Czemu przestałaś zadawać pytania, które cię ciekawią?” Zabolało trochę tak, jak w “Skazanym na bluesa”, kiedy Rysiek mówi do Indianera, że przestał marzyć.

Najwyraźniej zadawanie pytań jest dla mnie czymś ważnym.

A co jest ważne dla was?

Wrzesień 2023, Procaffeination (jedno z moich ulubionych miejsc w Edynburgu). Siedzę sobie, piszę, i dopada mnie jakiś s...
16/06/2024

Wrzesień 2023, Procaffeination (jedno z moich ulubionych miejsc w Edynburgu). Siedzę sobie, piszę, i dopada mnie jakiś specyficzny rodzaj rozczarowania.

Zawsze spędzałam dużo czasu we własnej głowie. W myślach, teoriach, fantazjach. Tak doświadczałam świata, na tym go sobie budowałam; z tym się utożsamiałam, bardziej niż ze swoją fizyczną postacią czy otoczeniem. W swoich myślach byłam sobą, wszędzie indziej - nie do końca.

Kiedy zaczęłam trochę, na próbę, z tej swojej głowy wychodzić, rozmawiać z ludźmi i - może po raz pierwszy - komuś ufać, ten delikatny wewnętrzny świat, który stanowił większość, jeśli nie całość mojej tożsamości, zaczął się chwiać.

Bo nagle był ktoś, kto z zewnątrz mógł zobaczyć moje zachowania, fajne i niefajne cechy, to co robiłam i czego nie robiłam, i powiedzieć na przykład, że moja wrażliwość nie jest tylko ciężarem, jak zwykłam myśleć. Że kiedy czegoś nie mówię, żeby przed tym ochronić drugą osobę, to nikomu nie pomaga. Że tak samo nie pomaga nikomu moje chowanie się przed światem.

I nawet kiedy te nowe informacje są pozytywne, świat na chwilę się rozpada.

Jak to? Moje myśli nie były prawdziwe?

Odkrycie, że moje myśli to tylko myśli, chociaż nienowe, spadło na mnie jak grom z zachmurzonego szkockiego nieba i przez chwilę siedziałam tam jak głupek.

Jak tylko myśli, jeśli kiedyś to byłam cała ja? Jeśli za pomocą myśli nie umiem zrozumieć rzeczywistości, to co potrafię i kim w ogóle jestem?

Wszystko mi się rozmyło i do tej pory szukam linii, po których mogłabym rozpoznać, gdzie jestem ja, a gdzie nie ja.

Bo bez wątpienia jestem czymś więcej niż swoimi myślami. Plecy, po których wspina się moja bratanica, to ja. Dźwięk, którym sto razy dziennie nieudolnie odmiaukuję mojemu kotu, to ja. Ruch, wysiłek, dziesiąty upadek z tego samego bouldera to ja.

Zresztą, czy ja wiem.



W książce “Orlando” Virginii Woolf jest jedno niesamowicie długie zdanie, którego dokładnie nie pamiętam, ale które czyt...
12/05/2024

W książce “Orlando” Virginii Woolf jest jedno niesamowicie długie zdanie, którego dokładnie nie pamiętam, ale które czytałam wiele razy w swoim dużym, pustawym pokoju w podkarpackiej wiosce, z której pochodzę - ten pokój już nie jest pustawy, należy teraz do czteroletniej córki mojego brata, co, jak możecie sobie wyobrazić, oznacza, że przeważnie jest zawalony zabawkami - to zdanie zapadło mi w pamięć nie tylko dlatego, że przeczytałam je wiele razy, ale też dlatego, że pierwszy raz poczułam, że ktoś rozumie - rozumiał - tą dziwną niespójność, którą w sobie mam, ten częściowy brak poczucia kontynuacji mojego “ja” pomiędzy jednym dniem a drugim, pomiędzy ranem a wieczorem, pomiędzy jedną chwilą a następną, to, że aktualne “ja” danego człowieka może różnić się od pięćdziesięciu pozostałych i czasem tak bardzo potrzebuje się jednego z nich, tego jednego, za którym akurat się tęskni, które by się, szczerze mówiąc, akurat teraz przydało, tymczasem jest się akurat którymś innym “ja”, które, szczerze mówiąc, bardzo się w tej chwili męczy, nie radzi sobie, chętnie by się zamieniło - choć może wcale tak wtedy nie czułam, tylko teraz sobie to dopowiadam, czy zresztą można wiedzieć, co się czuło, czytając książkę piętnaście lat temu - tak jak wtedy, gdy rozpaczliwie szukam w środku tej osoby, która potrafi spokojniej spojrzeć na sprawy, tej, która nie daje myślom się rozpędzać i rozsadzać mi głowy od środka, tej odważnej osoby, która, gdy trzeba, mówi stop, mówi nie, mówi tak, mówi odpocznijmy, tak bardzo mi jej czasem brakuje, tak samo zresztą, jak tej nastolatki, która samotnie czytała książkę w swoim pokoju, kilkanaście razy to samo zdanie, żeby zrozumieć, zapamiętać, żeby się nadziwić - jejku, tak bardzo czasem za sobą tęsknię.


...czyli czego nie zrozumiałam na temat pracy z wewnętrznym dzieckiem.Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z pojęciem wewnęt...
05/05/2024

...czyli czego nie zrozumiałam na temat pracy z wewnętrznym dzieckiem.

Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z pojęciem wewnętrznego dziecka, to była swego rodzaju ulga: wreszcie mam słowo na to, co we mnie jest. To zranione dziecko; ktoś wreszcie je zauważył.

Dość mocno się zaczęłam z tym utożsamiać. Można powiedzieć, że byłam wtedy swoim wewnętrznym dzieckiem - nie metrykalnie, ale w środku, emocjonalnie, był "inner child mode” prawie cały czas.

Kiedy w takim okresie życia słyszy się: “zaopiekuj się swoim wewnętrznym dzieckiem”, to z jednej strony jest dobra rada. Kiedy dziecko tak bardzo domaga się uwagi, to znaczy, że jej potrzebuje.

Ale z drugiej strony - kto ma się zaopiekować twoim wewnętrznym dzieckiem, jeśli ty nim cały czas… jesteś?

Wiecie, o co mi chodzi? Dzieckiem ma zaopiekować się dorosły.

I tego długo nie rozumiałam: że w pracy z wewnętrznym dzieckiem chodzi o to, aby u steru znalazła się twoja dorosła część.

Bo dziecko nie umie zająć się sobą. Wewnętrzne dziecko, jak ma to zrobić, to się miota. Szuka opieki u innych. I i tak nie znajduje tego, co potrzebuje.

Zajmowanie się dzieckiem to praca, a ono nie umie pracować. Boi się świata, bo nie jest gotowe do niego wyjść. Chce dużo rzeczy na już i kiedy ich nie dostaje, jest rozżalone.

I w takim stanie długo sobie trwałam.

Dopiero od niedawna rozumiem, że *nie jestem* ani *nie mam być* swoim wewnętrznym dzieckiem. W całej tej pracy chodzi bardziej o to, żeby zaopiekować się nim i pójść dalej, i uczyć się sterować już samemu.

Ostatniej zimy dużo chorowałam, co w większości było męczące, ale z drugiej strony dało mi dodatkowy czas, żeby przemyśl...
14/04/2024

Ostatniej zimy dużo chorowałam, co w większości było męczące, ale z drugiej strony dało mi dodatkowy czas, żeby przemyśleć pewne rzeczy.

Tak naprawdę to nie tyle dużo myślałam, co dużo siedziałam ze swoim z rozczarowaniem - i teraz chcę o nim trochę opowiedzieć.

Nie lubię tego uczucia, a tu nagle wpadło i rozgościło się w moim domu na dobrych parę miesięcy.

Przychodzi więc i mówi, bez ogródek, że nie jestem taka, jak myślałam, że jestem. Że mam problemy (iks de). Że nie jestem wiele lepsza od innych, a tak dobrze mi się myślało, że jestem.

I jeszcze gdyby to rozczarowanie dotyczyło jakichś pierdół - jakiegoś czegoś, co myślę, że “powinnam”, a wcale nie chcę - albo nie mnie, tylko świata zewnętrznego - to byłoby z nim (może?) łatwiej. Ale to było takie rozczarowanie, co jak się to mówi, tnie do żywego, bo dotyczy samych ważnych rzeczy. :’)

No więc przychodzi i mówi: patrz. I czego tam nie ma… Są problemy, które myślałam, że dotyczą moich sióstr, moich koleżanek, ale nie mnie. Są pułapki, o których sądziłam, że jestem za mądra, żeby w nie wpadać. Są zaniedbania, na które przymykam oczy. Są rzeczy głupie i wstydliwe, do których chciałabym się nie przyznawać.

Dużo wtedy słuchałam piosenki Chastity Belt “Bender”, której słowa pomagały mi to prawie, tak jakby, na swój sposób akceptować.

“I am a liar and a freak
So what?
I’m just like everybody else

I do fu**ed up things in my dreams
So what?
I’m just like everybody else”

I tak sobie siedzieliśmy, ja i rozczarowanie. Nie wiem, czy na ten moment to już przyjaźń, ale czasem się do siebie śmiejemy.

Miłość jest dziwna; nie taka, jak sobie wyobrażałam. Niedawno od kogoś mądrego usłyszałam, że zakochanie to jedna wielka...
01/04/2024

Miłość jest dziwna; nie taka, jak sobie wyobrażałam.

Niedawno od kogoś mądrego usłyszałam, że zakochanie to jedna wielka projekcja: zakochujesz się w osobie, którą sobie wyobraził*ś, bo tej prawdziwej, która stoi przed tobą, jeszcze tak naprawdę nie znasz.

Niedawno minęło dziewięć lat, odkąd jestem z jednym takim. Wyciągnął mnie na spacer do Parku Bednarskiego i tak jakoś zostało.

Nigdy nie sądziłam, że będę z kimś tak długo - określenie wyświechtane, ale trafne - dzielić życie, ani że po tylu latach może się w takiej relacji dziać coś nowego. Tymczasem dzieje się to, że stopniowo lepiej go poznaję. Mój umysł powoli puszcza stare wyobrażenia i otwiera się na to, jaki ów człowiek jest naprawdę.

I tutaj… niespodzianka (not really): jest inny, niż myślałam. xD

Uczę się tego, że jak kogoś kocham, to potrzebuję mu przebaczyć, że jest sobą, a nie postacią z moich wyobrażeń. Mój umysł jeszcze czasami walczy o to, żeby jednak był tym drugim. I to zarówno wtedy, gdy wyobrażenie wydaje się lepsze, jak i wtedy, gdy jest gorsze - bo tak też bywa.

Więc mówię sobie: pozwól mu być takim, jaki jest.

Ale też: pozwól mu być lepszym, niż twoje wyobrażenie. Pozwól mu zmienić to, co zawsze myślałaś o ludziach - że są niekochający, obojętni i słabi.

I to, moi drodzy, to mnie nie przestaje dziwić, że takie rzeczy są możliwe.

Address

Tatrzański Park Narodowy

34-511

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Czy mogę już iść spać? posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

  • Want your practice to be the top-listed Clinic?

Share

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram