29/10/2025
W komorze - 2 dwie beczki z wodą, rower stacjonarny i stół z jedzeniem oraz 20kilka osób spacerujących w sztywniejących ubraniach, mgiełce i szumie wentylatorów spod sufitu.
Valerian zasugerował mi naciągnięcie podczapkowej maski na nos. Kolczyk sprzyja odmrożeniom. To wyznaczyło mi koniec 25-min etapu.
Po wyjściu - wyrównanie temperatury i przebiórka do wersji morsa z Jakucji.
Ponowne wejście i długo wyczekiwane zanurzenie. Po dwóch długich wydechach -ok.30sek byłem już w domu, a w zasadzie zanurzony po ramiona w lodowatej wodzie.
Wszystko zaczęło powoli cichnąć. Przestałem słyszeć szum i rozmowy. Byłem sam na sam nie wiem na jak długo. Dopiero po jakimś czasie spotkałem się wzrokiem z Patrykiem, który razem ze mną wszedł do beczki.
Valerian zasugerował reset. Skinąłem głową, a ten błyskawicznie zdjął mi czapkę. Długi wydech i znów zniknąłem, tym razem bardziej dosłownie. Zostałem tam nie wiem ile, bo pod lodem czas nie działa linearnie. Hormony wystrzeliły grubo ponad poziom przyzwoitości bo przeszła mi myśl "czy wracać". Zdecydowałem się wrócić.
Na powierzchni wszystko wydało się żywsze i bardziej intensywne niż jeszcze przed chwilą. Zastygłem może na minutę, może dwie i zdecydowaliśmy się na ruch.
Ostrożnie w dół po schodkach pokrytych klejącym lodem. Palce zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa. Idąc po ręcznik wiedziałem, że mogę zapomnieć o zapinaniu kurtki. Wytarłem się z prędkością światła, złapałem ciuchy i opuściłem wymiar -50.
Mocna rozgrzewka bo dawno nie czułem takiego bólu dłoni. Na szczęście wiem, że mija, a przychodząca po nim gratyfikacja jest niewspółmierna. Tak było i tym razem. Poziomy hormonów szczęścia jeszcze długo po wszystkim utrzymywały się blisko szczytu. W 3h drodze powrotnej nie potrzebowalem kawy.
Finalnie przyznam, że cała ekipa, to co robią i jak to robią zasługuje na najwyższe uznanie i podziękowania.
Nie tylko oswajają żywioły ale również, a może przede wszystkim umożliwiają kontakt i królewskie spotkanie z tym piątym - duszą.