05/01/2026
Dlaczego „poprawianie się” (rozwój, uzdrawianie, uwalnianie itd) nigdy się nie kończy? „To jest niemożliwe, bo zawsze coś się znajdzie do poprawy” - głos populizmu rozwojowego i teraputycznego twierdzi.
Problem w tym, że często to nie jest proces rozwojowy. To jest mechanizm przemocy wewnętrznej: uwewnętrzniony przekaz, który powstał z naruszających, przemocowych relacji z dzieciństwa, który dziś bywa powtarzany, lub wręcz wykorzystywany przez rozwój osobisty i duchowy. W zdrowym rozwoju:
coś robisz, uczysz się, „poprawiasz”, aktualizujesz, zmieniasz, doświadczasz nowego, czujesz ulgę…
i jest moment osadzenia. Jesteś w tym. To się integruje. To staje się Tobą. I po prostu doświadczasz. "I nic nie robisz".
W zaburzonym rozwoju: coś robisz, aktualizujesz, zmieniasz, doświadczasz nowego i znów "wybija" coś kolejnego, pojawia się oskarżenie, wytykanie, jeszcze to masz/mam do zrobienia, jeszcze tu masz/mam coś do przepracowania itd, nie ma momentu „dość”, nie ma czasu na osadzenie, pobycie w tym i tym. Dlaczego?
Bo celem nie jest poprawa, tylko utrzymanie Cię w stanie poczucia winy, wstydu, słabości, zależności (jeśli jeszcze przepracujesz to... to...). To dokładnie ten sam mechanizm, który znałaś/znałeś z domu. Powtórka, a właściwie ciąg dalszy przemocy z dzieciństwa, tylko tym razem może w białych rękawiczkach rozwoju osobistego i duchowego, poparty własnym wewnętrznym głosem zgody na to.
To co osiągasz, lub nie osiagasz powinno przestać być wyrokiem moralnym. Wydaje się to nie możliwe, wszak od najmniejszego byliśmy karmieni poczuciem winy i wstydem.
Brak częgoś w Twoim życiu, bądź za mało, czy za dużo, to nie oznaka Twojej winy, zasługiwania, bądź nie, albo czystości intencji (czyż to nie ten sam opresyjny jezyk, który już znasz?).
Możliwe, że dopóki coś jest w Twoim życiu wyrokiem (nie mam/masz tego, bo to moja/Twoja wina) Twój układ nerwowy będzie Cię przed tym „chronił”. Możliwe, że najpierw trzeba zadbać o własne poczucie bezpieczeństwa, nauczyć się regulować, nauczyć się uważności.
Bo co z tych milowych wglądów, rozpoznań, "uzdrowień", jeśli nasze ciało i nasz układ nerwowy nie wie, co z tym zrobić i "nowe" odbiera jako zagrażające przetrwaniu (hmmm to może stąd uczucie, że jakaś metoda rozwoju nie zadziała i że potrzebuję czegoś nowego)?
Paradoks jest też w tym, że czasem/często nauczyciele, guru, terapeuci, znajomi, przewodnicy rozwoju osobistego i duchowego (i ja także zapewne), nie dotknęli jeszcze w sobie tego miejsca, które nie jest zależne od wyroków, sądów, ale jest świadome, że nie wszystko zależy od nas, że nie na wszystko mamy wpływ. Choć zawsze/niemal zawsze mamy prawo decydowania, czy dalej w tym chcę być i czy jestem w stanie ponieść konsekwencje decyzji (notabenene rozważając konsekwencje, raczej nie jesteśmy w stanie się na nie przygotować, i to zarówno te pozytywne jak i negatywne).
Zamiast wierzyć, że ze mną jest coś nie tak, warto zobaczyć, że to, czego doświadczyłam/-em, ukształtowało we mnie określony sposób myślenia, postrzegania, reagowania i bycia w relacjach. I to nie ma nic wspólnego z winą, zasługiwaniem, ani z wadą — to ma związek z historią, a historia tworzy się każdego dnia.
PS to nie jest cała prawda, tylko część, tylko pewna perspektywa.
Z serca pisane, Dorota Barbachowska