12/04/2026
W pełni się zgadzam. Zapraszam do przeczytania. Mimo, że dłuuugie 😀
Kiedy system ma obowiązek działać mimo braku zgody.
Zajmuję się przemocą od wielu lat. Widzę jej skutki w gabinetach, w aktach sądowych, w historiach dzieci, które trafiają do mnie po urazach psychicznych w wyniku zaniedbań dorosłych i przemocy. I właśnie dlatego staram się nie zabierać głosu w debacie publicznej pochopnie, bez namysłu nad tym, co mówię i jak to zostanie odebrane.
Dziś zabieram.
W debacie o edukacji seksualnej w ramach edukacji zdrowotnej słyszę regularnie, że mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch równorzędnych wartości: prawa dziecka do wiedzy i ochrony kontra prawa rodziców do decydowania o wychowaniu własnego dziecka. I że prawdziwa demokracja powinna uwzględniać głos większości, a większość jest konserwatywna. To uczciwy opis napięcia. Rozumiem go i nie zamierzam go zbywać.
Ale jako specjalistka muszę powiedzieć, że to napięcie ma swoje granice. Jest moment, w którym argument “rodzice mają prawo decydować” i nie wprowadzajmy zmian „siłowo” przestaje być argumentem demokratycznym, a zaczyna być argumentem za zaniechaniem ochrony. Tę granicę wyznacza wiedza o tym, co dzieje się z dziećmi, które tej wiedzy nie mają.
Dziecko, które nie wie, czym jest nieodpowiedni dotyk, nie jest dzieckiem chronionym, ani przez wartości rodzinne, ani też przez państwo, które taki obowiązek konstytucyjny ma. Jest dzieckiem bez narzędzi do obrony, bez języka, którym mogłoby powiedzieć dorosłemu, że coś jest nie tak.
Kilkadziesiąt lat badań nad profilaktyką krzywdzenia dzieci pokazuje jedną rzecz: wiedza o własnym ciele, granicach i bezpieczeństwie zmniejsza ryzyko wykorzystania seksualnego. To nie powinno w żadnym stopniu podlegać dyskusji ideologicznej w takim samym sensie, w jakim nie podlega skuteczność szczepień czy to, że na geografii uczymy, że ziemia jest okrągła.
Pamiętam inną debatę. W 2010 roku Polska zmieniła Kodeks rodzinny i opiekuńczy, dodając zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci. Badania pokazywały wtedy, że ponad połowa Polaków uważała klaps za dopuszczalną metodę wychowawczą. Środowiska konserwatywne mówiły o nadmiernej ingerencji państwa w życie rodziny. Argumenty brzmiały znajomo: społeczeństwo nie jest gotowe, najpierw trzeba edukować dorosłych, nie wprowadzajmy zmian siłowo. Zakaz wszedł w życie. Władza zmieniała się od tamtej pory kilka razy. Nikt go nie cofnął.
Historia prawa i historia edukacji zna takich, którzy zdecydowali się stanąć po stronie dzieci wtedy, kiedy było to politycznie kosztowne. Byli to ludzie, którzy rozumieli coś, co dziś brzmi jak truizm, a wciąż nim nie jest: że prawa dzieci i ich wiedza o własnym ciele, bezpieczeństwie i granicach nie są prerogatywą dorosłych do przyznania wtedy, kiedy sami będą gotowi. Że to nie jest przysługa oddawana dzieciom przez wyedukowanych rodziców. To jest obowiązek systemu wobec tych, którzy nie mają w nim głosu.
Dzieci nie głosują. Nie wybierają podstawy programowej. Nie mogą lobbować za własnym bezpieczeństwem. Mogą tylko czekać, aż dorośli zdecydują, że są już wystarczająco gotowi, żeby je chronić.
Czasem pojawia się ktoś, kto nie czeka na gotowość dorosłych. Kto rozumie, że zadaniem instytucji jest nie odzwierciedlać stanu społecznej świadomości, ale go kształtować. Że prawo i edukacja nie są lustrami tylko narzędziami zmiany.
Zakaz bicia dzieci nie był odzwierciedleniem tego, co Polacy myśleli o klapsach w 2010 roku. Był odzwierciedleniem wiedzy naukowej o tym czym klaps jest niezależnie od tego, co myśli o tym większość. Z perspektywy czasu większość to zaakceptowała.
Słyszę też argument, który oczywiście brzmi rozsądnie: najpierw edukujmy rodziców, przygotujmy grunt, nie forsujmy na siłę. Rozumiem troskę o skuteczność. Źle wprowadzona zmiana może wywołać efekt odwrotny do zamierzonego i jest to realna obawa.
Ale moim zdaniem jest w tym argumencie także ukryta pułapka: kto i kiedy uzna, że rodzice są już wystarczająco wyedukowani? Jaki próg wiedzy, jaki wynik jakiego badania będzie sygnałem, że można działać? Tego nikt nie określa i właśnie dlatego ten argument tak łatwo zamienia się w przepis na wieczne odkładanie.
Nie edukujemy rodziców z biologii gdy nauczamy o genitaliach (choć kiedyś podobnie się temu sprzeciwiali). Nie pytamy ich o zgodę na nauczanie fizyki czy historii. Podstawa programowa nie jest wypadkową tego, co rodzice uważają za stosowne. Jest wypadkową tego, co dzieci powinny wiedzieć, żeby rozumieć świat i siebie w nim bezpiecznie.
Natomiast zgadzam się, że edukacja zdrowotna dzieci powinna iść w parze z edukacją zdrowotną rodziców, bo co z tego, że dziecko dowie się na lekcji edukacji zdrowotnej, że to jak się czuje od pewnego czasu wymaga konsultacji specjalistycznej kiedy rodzic o tym decydujący powie „głupot Was w tej szkole uczą”.
Piszę jako specjalistka, która wie, że dzieci zaniedbane i krzywdzone (także seksualnie) najczęściej milczą latami. Bo nie miały języka, żeby nazwać to, co się stało. Bo nikt im nie powiedział, że mają prawo powiedzieć “nie”. Bo wstydziły się czegoś, o czym nikt nigdy z nimi nie rozmawiał.
Gdzieś przeczytałam, że wyodrębnienie edukacji seksualnej jako nieobowiązkowej to dobry kompromis, że te 10% całej podstawy programowej edukacji zdrowotnej nie może pogrążyć całego przedmiotu, że dajemy ludziom czas na oswojenie się z tym, pokazanie, że to nie jest wcale takie straszne.
To coś Wam powiem. Wiecie w ilu szkołach w tym roku szkolnym przedmiot edukacji zdrowotnej nie został w ogóle uruchomiony bo nauczyciele wręczali masowo uczniom i rodzicom deklarację na wypisanie się z niego, albo układali tak plan lekcji, żeby nikomu nie opłacało się na te lekcje czekać lub przyjeżdżać na 7.00 rano? W tych 10% o które toczy się cała batalia jest z całej edukacji seksualnej tyle co kot napłakał. To jest zwyczajnie minimum z minimum, że tu nie ma z czego okrajać i co wyrzucać, aby rodzic nie miał wątpliwości. No to o co ta cała walka spytacie? O to minimum?
Chcę odwrócić tę matematykę.
Według badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę z 2023 roku 8 na 100 dzieci w Polsce doświadczyło wykorzystania seksualnego z kontaktem fizycznym. Co czwarte dziecko doświadczyło jego form bez kontaktu fizycznego. 8 na 100 dzieci to pół miliona. To dwoje dzieci w każdej klasie szkolnej w Polsce.
Mówiąc, że 10% programu to za dużo, żeby kruszyć kopie, mówimy coś innego, niż nam się wydaje. Mówimy, że Twój komfort jest ważniejszy niż bezpieczeństwo tych dzieci. Że możemy tę proporcję negocjować, przerzucać między przedmiotami, rozcieńczać, odkładać. I że te dzieci poczekają. Co za różnica, czekały dziesięciolecia to i poczekają dwa lata lub kolejne piętnaście. Pół miliona dzieci nie powinno czekać na wynik sondażu.
System ma obowiązek działać wtedy, kiedy skutki zaniechania są udokumentowane, a beneficjenci tej zmiany, czyli dzieci, nie mają głosu w debacie o własnym bezpieczeństwie.
Dobry rodzic, konserwatywny czy liberalny, chce, żeby jego dziecko było bezpieczne. Edukacja seksualna jest narzędziem tej wartości, a nie jej zagrożeniem.
Pytanie, które naprawdę stoi za tą debatą, brzmi inaczej: czy jesteśmy gotowi jako społeczeństwo postawić bezpieczeństwo dzieci ponad komfort dorosłych związany ze zmianą?
Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam.