27/12/2025
Współczesna pielgrzymka ☘️
Tekst powstał na podstawie refleksji inspirowanych książką Sheldona Koopa „Jeśli spotkasz Buddę, zabij go!”
„Zabicie Buddy” nie oznacza destrukcji ani odrzucenia duchowości. Oznacza wyzbycie się nadziei, że pokieruje nami cokolwiek, co nie leży w naszym własnym wnętrzu. To rezygnacja z oczekiwania, że odpowiedzi przyjdą z zewnątrz — od autorytetu, mistrza, systemu, idei czy drugiego człowieka. To moment, w którym odpowiedzialność wraca do właściciela. Do siebie. Do własnego doświadczenia, wyborów i konsekwencji. Dopiero wtedy możliwe staje się prawdziwe spotkanie z wolnością.
W każdej epoce ludzie wyruszali na osobiste, duchowe poszukiwania. Popychani bólem egzystencjalnym, pytaniami o sens, cierpieniem i wewnętrznym niepokojem, szukali oświecenia, mocy, odpowiedzi. Zmieniał się kontekst kulturowy, religie i język symboli, lecz nie zmieniała się potrzeba zrozumienia siebie.
Dziś emocjonalny pielgrzym rzadziej wyrusza w drogę fizyczną. Częściej przekracza próg gabinetu psychoterapeuty.
Psychoterapeuta nie jest uzdrowicielem ani posiadaczem tajemnej wiedzy. Nie dysponuje mocą, która „naprawia” drugiego człowieka. Jest obserwatorem i katalizatorem — kimś, kto towarzyszy procesowi samouzdrowienia, który rozgrywa się na jego oczach. Leczenie nie dzieje się przez psychoterapeutę, lecz w pacjencie.
Do psychoterapii zgłaszamy się zazwyczaj wtedy, gdy w naszym życiu zaczyna dominować chaos i niepokój. Dopóki wszystko „jakoś funkcjonuje”, wolimy trwać przy tym, co znane — nawet jeśli jest to bezbarwne, bolesne lub ograniczające. Znane daje bowiem złudne poczucie bezpieczeństwa. Nieznane przeraża.
Nic więc dziwnego, że osoba rozpoczynająca psychoterapię często deklaruje chęć zmiany. W rzeczywistości jednak pragnie jedynie poprawy samopoczucia — bez konieczności wprowadzania realnych zmian. Człowiek, by uchronić się przed konfrontacją z nieznanym, bywa gotów znosić własny los przez długie lata.
A jednak czasem wystarczy opowiedzenie własnej historii, by poczuć się bardziej wolnym. Nazwanie doświadczeń, uporządkowanie ich, usłyszenie siebie w obecności drugiego człowieka — to bywa pierwszym krokiem ku zmianie.
W psychoterapii opieramy się na własnych osądach: subiektywnych, często omylnych, ukształtowanych przez wcześniejsze doświadczenia i mechanizmy obronne. Dlatego poznanie siebie staje się jednym z najważniejszych celów procesu. Wszystkie istotne bitwy toczą się bowiem we wnętrzu naszego „ja”. A gdy zostaną rozpoznane i przeżyte — potrzeba walki stopniowo ustaje.
W każdym z nas istnieje cień, przed którym uciekamy. Każdego z nas prześladuje zjawisko sobowtóra — figury reprezentującej wszystko to, czemu chcielibyśmy zaprzeczyć. To, co wyparte, nie znika. Negowanie tej ukrytej, bliźniaczej jaźni prowadzi do zniekształcenia osobowości, do jej groteskowej karykatury.
Psychoterapia staje się miejscem spotkania z własnym sobowtórem. Człowiek silny spotyka w nim swoją bezsilność. Człowiek chłodny emocjonalnie — delikatność i wrażliwość. Człowiek uległy, nadmiernie uczynny — własną bezwzględność i wewnętrzną wściekłość.
Jednym z podstawowych faktów każdego życia jest śmierć. Gdy mamy odwagę spojrzeć jej w twarz, hierarchia wartości staje się nagle oczywista. Odpada to, co pozorne. Zostaje tylko to, co istotne.
To, co w sposób szczególny łączy pacjenta i psychoterapeutę, to czas. Ten sam czas. Każda godzina spędzona razem jest godziną z życia pacjenta i psychoterapeuty. W tym sensie psychoterapeuta również pozostaje człowiekiem w procesie — kimś, kto zna własną historię, własną kruchość i własne zmagania.
Pacjent zawsze wie, od czego zacząć sesję — nawet jeśli nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Psychoterapia nie polega na realizowaniu planu, lecz na uważnym byciu przy tym, co w danym momencie domaga się uwagi.
W psychoterapii stopniowo wyzbywamy się ról. Roli kochającej żony, grzecznego dziecka, córeczki tatusia,cudownej matki. Przestajemy definiować siebie poprzez funkcje, które pełnimy wobec innych. Odnajdujemy własną twarz. Własną tożsamość. Rezygnujemy z bycia dodatkiem do czyjegoś życia. Pozwalamy dojść do głosu istocie, której dotąd nikt nie słyszał — czasem nawet my sami. Wyciągamy ręce po wolność.
U niektórych ludzi paradoks zaczyna się bardzo wcześnie. Już w dzieciństwie. Jako dzieci byli bezsilni, a jednocześnie zmuszeni do siły. Potrzebowali opieki, a sami stawali się opiekunami. Zamiast przeżywać dzieciństwo — uczyli się przetrwania.
Aby dziecko mogło się rozwijać, potrzebuje nie tylko zaspokojenia podstawowych potrzeb fizycznych, lecz także emocjonalnej obecności. Bezpiecznego kontaktu. Ciepła. Gdy tego zabraknie, dziecko dojrzewa przedwcześnie. Nie dlatego, że jest gotowe — lecz dlatego, że musi.
W takich warunkach odpowiedzialność zostaje odwrócona. To dziecko zaczyna troszczyć się o rodziców. O ich emocje, napięcia, potrzeby. Uczy się być „dzielne”, „rozsądne”, „pomocne”. Uczy się nie potrzebować. A raczej — nie okazywać, że potrzebuje.
Cena tej iluzji ujawnia się później. W dorosłym życiu. W nadmiernym poczuciu odpowiedzialności. W trudności z odpuszczaniem kontroli. W nieustannym wysiłku, by zasłużyć na bliskość.
Psychoterapia staje się wtedy przestrzenią cofnięcia tego odwrócenia. Miejscem, w którym można przestać być silnym. Przestać być odpowiedzialnym za wszystkich. Pozwolić sobie na zależność — bez wstydu i bez winy.
Niektórzy zostają psychoterapeutami z własnej bezsilności i samotności. Skoro sami nie doświadczyli wystarczająco dobrego rodzica, próbują nim zostać dla innych. Gdy czują w sobie głód, karmią wewnętrzne dziecko — swoje i cudze. Udzielają nauk, stają się nauczycielami, a pacjentów czynią uczniami. Na tym etapie łatwo pomylić pomoc z władzą.
Psychoterapeuta staje się naprawdę psychoterapeutą dopiero wtedy, gdy wychodzi poza ten schemat. Gdy przestaje karmić zależność, a zaczyna rozbudzać w pacjencie ciekawość. Gdy nie chce być przewodnikiem na zawsze, lecz pomaga drugiemu człowiekowi stać się własnym nauczycielem. Wtedy może dołączyć do pacjenta w pielgrzymce — nie jako ten, który wie, lecz jako ten, który towarzyszy.
Psychoterapia nie polega na grzebaniu w przeszłości bez bólu. Nie da się jej dotknąć bez żałoby. Człowiek musi zobaczyć, jak głęboko ugrzązł w swojej dawnej opowieści — tej, którą tworzył, by przetrwać. Musi zrezygnować z iluzji doskonałości i z przekonania, że wysiłek, dostosowanie i poświęcenie mogły zagwarantować miłość lub szczęście innych.
Jedyną realną możliwością zmiany jest skorzystanie z okazji, by wreszcie dać się poznać. Odsłonić swoje arcyludzkie „ja” — jednocześnie niedoskonałe i spójne, dobre i złe, słabe i silne. Takie, które nie musi już zasługiwać.
Być może właśnie dlatego psychoterapia stała się współczesną formą pielgrzymki: nie po gotowe odpowiedzi, lecz po głębsze spotkanie z samym sobą. Istnieje wtedy tylko jedno — tu i teraz.
Kasia Borajkiewicz 🫶