La Justesse - gabinet terapeutyczny

  • Home
  • La Justesse - gabinet terapeutyczny

La Justesse - gabinet terapeutyczny Contact information, map and directions, contact form, opening hours, services, ratings, photos, videos and announcements from La Justesse - gabinet terapeutyczny, Zdrowie i medycyna, .

Czasem mam wrażenie, że nasze ciała wiedzą o nas więcej, niż my mamy odwagę przyznać.One obserwują po cichu: jak oddycha...
18/11/2025

Czasem mam wrażenie, że nasze ciała wiedzą o nas więcej, niż my mamy odwagę przyznać.
One obserwują po cichu: jak oddychamy, jak zasypiamy, jak bardzo się spinamy, kiedy ktoś odchodzi… i jak miękniemy, kiedy ktoś nas naprawdę widzi.

I reagują. Zawsze reagują.

Naukowcy od lat próbują opisać to, co my czujemy intuicyjnie — że człowiek potrzebuje drugiego człowieka nie „dla przyjemności”, tylko dla biologicznego zdrowia.

Jedno z najważniejszych badań w tym temacie przeprowadziła Holt-Lunstad.
Pokazała, że samotność nie jest stanem emocjonalnym, który da się „przeczekać”.
To proces, który w organizmie zachowuje się jak powolne, systemowe obniżanie sił życiowych.
W jej metaanalizie samotność wpływała na zdrowie w takim stopniu, jak regularne palenie kilkunastu papierosów dziennie.
To liczby, nie metafora.

Ale jest jeszcze drugi obraz, który pokazuje, jak głęboko relacje wkładają ręce w nasze ciało.

W jednym z najciekawszych eksperymentów zaproszono do laboratorium pary, aby porozmawiały o trudnych tematach.
Najpierw nagrywano ich rozmowy, analizując poziom wrogości, napięcia, chłodu między partnerami.
A potem każdej osobie wykonano na skórze serię małych, kontrolowanych ran.
To były niewielkie pęcherzyki, które powstają po delikatnym odwarstwieniu naskórka, w pełni bezpieczne i stosowane w badaniach medycznych, żeby sprawdzić proces gojenia.

I od tego momentu naukowcy zaczęli obserwować, jak szybko te ranki się regenerują.

I tu wydarzyło się coś, co później cytowano w podręcznikach psychoneuroimmunologii:
pary, które w rozmowie okazywały sobie wrogość, kąśliwość, zablokowaną czułość — goiły się aż o 60% wolniej niż pary, które rozmawiały spokojnie, z szacunkiem.
Nie o kilka procent.
O sześćdziesiąt.

Jakby ciało stawało obok tej relacji i mówiło:
„Jeśli między wami jest chłód, to ja też się nie spieszę.”

Dodatkowo, u osób z bardziej wrogich par wzrastały poziomy cytokin prozapalnych — tych samych, które rosną, gdy organizm czuje zagrożenie.
Czyli ciało reagowało na chłód między dwojgiem ludzi tak, jakby reagowało na realny ból.

I myślę, że zawiera się w tym jakaś ogromna mądrość.
Że nasze ciało w ogóle nie oddziela „psychiki” od „fizyczności”.
Dla niego to jedno:
samotność, chłód, konflikt — spowalniają regenerację.
Bezpieczeństwo, czułość, wsparcie — przyspieszają powrót do zdrowia.

Dlatego czasem pytanie
„z kim żyję, z kim rozmawiam, przy kim jestem?”
jest równocześnie pytaniem:
„jak się moje ciało goi?”

Bo ono widzi wszystko.
Nawet to, czego my jeszcze nie chcemy nazwać.

𝐂𝐳𝐚𝐬 𝐧𝐚 𝐫𝐞𝐟𝐥𝐞𝐤𝐬𝐣𝐞 𝐩𝐨 𝐰𝐞𝐞𝐤𝐞𝐧𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐬𝐳𝐤𝐨𝐥𝐞𝐧𝐢𝐨𝐰𝐲𝐦...„Kiedy znowu mnie zawiodą mój wzrok i słuchGdy wypowiedzianym słowom już ...
17/11/2025

𝐂𝐳𝐚𝐬 𝐧𝐚 𝐫𝐞𝐟𝐥𝐞𝐤𝐬𝐣𝐞 𝐩𝐨 𝐰𝐞𝐞𝐤𝐞𝐧𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐬𝐳𝐤𝐨𝐥𝐞𝐧𝐢𝐨𝐰𝐲𝐦...

„Kiedy znowu mnie zawiodą mój wzrok i słuch
Gdy wypowiedzianym słowom już zabraknie tchu
Pośród myśli słów potoku ukryła się wiem
Usiądę i zaczekam na choćby mały jej cień”

Czasem wśród ludzi najtrudniej usłyszeć siebie.
Czasem patrzę na twarze i czuję, że widzę wszystko oprócz tego, czego naprawdę szukam.
Czasem obecność, która miała nieść, nagle ciąży.
I uczę się wtedy oddychać, zanim znowu spróbuję coś nazwać.

„Moja cisza jest jeziorem zanurzę się w nim
W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win
Moja cisza mnie otula dobrze mnie zna
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja”

Wśród ludzi łatwo się zgubić — w reakcjach, w spojrzeniach, w domysłach.
Czasem ktoś coś powie, a ja zostaję z tym dłużej niż powinnam.
Czasem cieszę się z bycia razem, a za chwilę już mnie kłuje obok że coś jest „nie tak”.
Cisza bywa wtedy jedynym miejscem, gdzie nic nie muszę udowadniać.

„Choć tak wiele nadaremnie padło słów na wiatr
Wiem że ona znajdzie we mnie co zgubione od lat
Ciszy muszę oddać wszystko po ostatnią część
Tylko wtedy się ośmieli nadać życiu sens”

W relacjach są chwile, które potrafią zawieść bardziej niż czyjkolwiek brak.
Kiedy tęsknota spotyka się ze zmęczeniem.
Kiedy chcesz podejść bliżej, ale jakaś część ciebie jeszcze stoi w progu.
Ambiwalencja – ten znajomy ciężar, który jednak czasem się przydaje: mówi, gdzie boli naprawdę.

„Moja cisza jest jeziorem zanurzę się w nim
W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win
Moja cisza mnie otula dobrze mnie zna
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja”

Były takie momenty w ten weekend, kiedy bliskość była ciepła jak oddech.
I takie, kiedy ruch jednego człowieka potrafił odsunąć mnie od siebie samej na kilka godzin.
Patrzenie w oczy obcej osoby uczy rzeczy, o których nie mówi się na głos.
Uczy, że czasem to, czego się boisz, to nie ona — tylko własna prawda w jej spojrzeniu.

„Oh
Cisza nie jest samotnością lecz przestrzenią do zmian
W ciszy znaną mi melodię od serca gram
Cisza szczerze mi opowie co usłyszeć mam”

W byciu razem jest tyle warstw: zachwyt, lęk, zmęczenie, nadzieja.
Czasem czuję, że chcę zostać, a za chwilę, że chcę zniknąć.
Jakby moje serce próbowało dogonić samo siebie.
A cisza tylko kiwa głową – bo zna ten taniec od dawna.

„Oh
Moja cisza jest motylem o skrzydłach jak ptak
Cisza uczy mnie zamieniać moje nie na tak
Moja cisza mnie prowadzi obok mnie trwa
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja”

Po tych trzech dniach wiem jedno:
że człowiek wśród ludzi to ciągłe układanie siebie na nowo.
Że można jednocześnie tęsknić i rezygnować.
Cieszyć się i wątpić.
Być poruszonym i zmęczonym.
I że właśnie tam, w tej mieszaninie uczuć, zaczyna się cisza, która nie ocenia — tylko prowadzi.

serce ACTu

Jeśli podoba Ci się piosenka - postaw nam wirtualną kawę! 💚☕💚 https://buycoffee.to/ggduokawa pobudza nas i inspiruje do działania:-)KUP PŁYTĘ GGDuo "MOJA ...

Ostatnio na Netflixie pojawił się film „Wśród fal i na wojnie”.Z ciekawości włączyłam — najpierw dla tematu: psychodelik...
11/11/2025

Ostatnio na Netflixie pojawił się film „Wśród fal i na wojnie”.
Z ciekawości włączyłam — najpierw dla tematu: psychodeliki w leczeniu traumy PTSD.
A potem już nie potrafiłam odwrócić wzroku.

Bo to nie jest tylko film o żołnierzach.
To jest film o trzech mężczyznach, którzy próbują wrócić z wojny, której nikt nie widzi.

Na początku widzimy ich w pełnej sile.
Szkolenia, misje, wybuchy, oddanie, adrenalina, braterstwo, które cementuje duszę.
To ten rodzaj braterstwa, który powstaje z krwi, potu i lojalności — kiedy nie ma miejsca na słabość, kiedy emocje trzeba zamrozić, żeby przeżyć.
A potem przychodzi ten drugi obraz.
Trzech weteranów, trzy podróże do Meksyku.
Trzy sesje z ibogainą — substancją zakazaną w Stanach, ale dla nich ostatnią szansą na odzyskanie siebie.

Pierwszy — pęka. Walczy, trzęsie się, ale przechodzi. Jakby w końcu odnalazł człowieka pod mundurem.
Drugi — balansuje. Jeszcze trochę drwi, jeszcze nie wierzy, że coś tak prostego jak poddanie może go uratować. A jednak, gdy wreszcie pozwala sobie zobaczyć, łzy same zaczynają płynąć.
I trzeci. Ten, którego scena zatrzymuje czas. Zaciśnięta szczęka, ściśnięte ciało, cisza tak gęsta, że można ją kroić nożem.
Nie potrafi się otworzyć. Nie potrafi przejść. Jakby coś w nim trzymało na polu bitwy, które już dawno się skończyło, ale on wciąż w nim stoi.

I w tym momencie kamera się nie rusza.
Jest tylko on, jego przyjaciele i terapeuta, który siedzi obok.
Nie mówi. Nie popycha. Wie, że nic nie zrobi, dopóki tamten sam nie wypowie swojego „tak”.
Bo największym wrogiem nie jest już wojna.
Największym wrogiem jest własny umysł, który nie chce cię wpuścić do środka.

I siedząc przed ekranem, czuję, że właśnie to znam aż za dobrze.
Że w terapii bywa dokładnie tak samo.
Spotykam ludzi na różnych etapach.
Jedni są gotowi — serce mają już spękane, miękkie, gotowe na zmianę.
Drudzy jeszcze się wahają — stoją jedną nogą w dawnym świecie, drugą w nowym, ale wciąż nie potrafią zrobić kroku.
A są i tacy, których spotykam na samym początku drogi. Jeszcze zaciśnięci, jeszcze bojący się spojrzeć w swoją ranę, bo tyle lat nauczyli się ją nieść.

I to jest moment, który w tym zawodzie boli najbardziej — kiedy wiesz, że nie masz żadnej nadludzkiej mocy.
Że możesz być, możesz czuwać, możesz tworzyć przestrzeń, ale nie możesz otworzyć niczyjego serca.
Bo dopóki nie pojawi się gotowość, dopóty nie ruszy nic.

I może właśnie dlatego ten film tak uderza.
Bo pokazuje, że braterstwo ma różne twarze.
Kiedyś to była walka ramię w ramię w Afganistanie.
Dziś — siedzenie obok kogoś, kto walczy już nie z wrogiem, tylko z własnym lękiem przed sobą.
I wtedy człowiek rozumie, że najtrudniejsza misja nie toczy się na wojnie.

Toczy się wewnątrz…💔

𝐙 𝐜𝐡𝐜𝐢𝐰𝐨𝐬́𝐜𝐢 𝐰𝐢𝐞𝐝𝐳𝐲 𝐝𝐨 𝐳𝐚𝐬𝐩𝐨𝐤𝐨𝐣𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐢 𝐮𝐥𝐠𝐢...Czasami przychodzi ktoś, kto mówi: „uwielbiam się rozwijać.”Czasami przycho...
11/11/2025

𝐙 𝐜𝐡𝐜𝐢𝐰𝐨𝐬́𝐜𝐢 𝐰𝐢𝐞𝐝𝐳𝐲 𝐝𝐨 𝐳𝐚𝐬𝐩𝐨𝐤𝐨𝐣𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐢 𝐮𝐥𝐠𝐢...

Czasami przychodzi ktoś, kto mówi: „uwielbiam się rozwijać.”
Czasami przychodzi ktoś, kto realizuje plan za planem, z błyskiem w oku i notatnikiem wypełnionym celami, które mają daty, kroki i wskaźniki sukcesu.
A czasami przychodzi ktoś, kto z uśmiechem mówi: „można lepiej, więc ja chcę lepiej.”

Oczywiście — to może znaczyć różne rzeczy. Może znaczyć ciekawość, pasję, siłę życia, to piękne ludzkie pragnienie wzrastania. Ale dziś chciałabym przyjrzeć się temu z innej strony — z tej, którą rzadko nazywamy po imieniu. Zobaczyć, co dzieje się w mózgu, kiedy za tym „więcej” kryje się coś bardziej pierwotnego. Bo czasem to, co wygląda jak rozwój, w środku jest po prostu chciwością. Nie tą wulgar­ną, filmową, lecz tą współczesną: gładką, pachnącą sukcesem, dobrze zorganizowaną, racjonalnie uzasadnioną.

Chciwość dziś nie nosi futer ani złotych sygnetów. Chciwość chodzi w sportowych butach i smartwatchu. Włącza aplikację do medytacji, ale przerywa ją po trzech minutach, bo przyszła nowa wiadomość. Chciwość to towarzyszka ludzi „świadomych”, którzy wiedzą, że trzeba się rozwijać, uczyć, dbać o siebie, być w procesie, wciąż w procesie. Tylko że w tej nowoczesnej wersji proces nigdy się nie kończy.

Z perspektywy neurobiologii to zjawisko jest fascynująco proste. W mózgu działa system, który Hans Selye nazwał kiedyś „układem nagrody” — to sieć połączeń, w której głównym przekaźnikiem jest dopamina. Ale dopamina nie daje szczęścia. Ona daje napięcie. To chemia oczekiwania. Nie jest o tym, co masz, tylko o tym, co zaraz będzie. To ten moment tuż przed: „jeszcze trochę, już prawie, już zaraz”. I to właśnie ten moment jest najbardziej uzależniający.

Mózg kocha obietnice. Kochamy „nowe”, „lepsze”, „kolejne”. Dlatego, kiedy ktoś mówi: „za rok chcę być jeszcze spokojniejsza, jeszcze bardziej spełniona, jeszcze bardziej w balansie” — to wcale nie brzmi jak chciwość. Ale w ciele dzieje się to samo, co u łowcy, który zauważył zwierzynę. Układ dopaminowy odpala się, serce przyspiesza, ciało przygotowuje do ruchu. Współczesny łowca nie poluje już na mamuta, ale na poczucie spełnienia. Na własny obraz w oczach innych. Na przyszłość, w której wreszcie będzie spokojny.

Chciwość to więc nie tylko żądza posiadania. To przymus dążenia.
Pacjentka mówi:

„Nie potrafię usiedzieć. Jak nie robię czegoś ważnego, czuję się bezużyteczna.”
Pacjent mówi:
„Jak kończę projekt, to nie czuję ulgi, tylko panikę, że muszę mieć następny.”
Albo:
„Nie mogę po prostu cieszyć się weekendem. Mam wrażenie, że tracę czas.”

Ich ciała nie są leniwe. One są uzależnione od napięcia. Mózg nauczył się, że tylko wtedy, gdy jest w ruchu, gdy coś zdobywa, gdy czegoś pragnie, czuje się „żywy”. Dopamina — ten delikatny, kapryśny neuroprzekaźnik — działa jak subtelny dealer: daje błysk nadziei, a potem zabiera. Zmusza do kolejnego ruchu. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko to. Jeszcze odrobina.

A więc chciwość to chemiczna iluzja braku. Mózg nie widzi tego, co już masz. On widzi tylko różnicę między tym, co jest, a tym, co mogłoby być. I to właśnie ta różnica uruchamia układ nagrody. Dlatego rozwój, sukces, nawet duchowość, mogą stać się paliwem dla tego samego mechanizmu, który napędzał Wall Street i starożytnych kupców.

W dzisiejszym świecie chciwość ma nowe imiona.
Na LinkedIn nazywa się ambicją.
Na Instagramie — inspiracją.
W korporacjach — progresją.
W relacjach — wymaganiem od siebie i innych.
W terapii — czasem „pracą nad sobą” posuniętą tak daleko, że staje się kolejnym przymusem.

W rzeczywistości to wszystko są maski tej samej potrzeby: „chcę czuć, że mam kontrolę.” Bo chciwość w swojej istocie nie jest o przedmiotach. Jest o panowaniu nad lękiem. Lękiem, że jeśli się zatrzymasz, świat przestanie cię potrzebować. Lękiem, że ktoś inny cię wyprzedzi, że twoje miejsce przy stole życia zajmie ktoś, kto był szybszy, młodszy, ładniejszy, bardziej „na czasie”.

W gabinecie chciwość nie ma formy potwora. Ma formę perfekcjonizmu. Kobiety, która mówi:

„Nie potrafię przestać się starać.”
Albo mężczyzny, który wieczorem otwiera laptopa, chociaż wszystko już zrobione, bo „jeszcze mógłby poprawić”.

Ciało tych ludzi jest w ciągłej mobilizacji. Układ współczulny nie zna spoczynku. Sen staje się resetem, nie odpoczynkiem. Jedzenie — paliwem. Relacja — projektem. Ich życie to ciągła wymiana dopaminy: napięcie – ulga – pustka – kolejny cel.

W pewnym sensie chciwość jest mechanizmem samoukojenia. Daje chwilowe poczucie wpływu: „mam plan, więc panuję nad życiem.” Ale to tylko złudzenie. Bo zaraz po osiągnięciu celu pojawia się zjazd. Zamiast satysfakcji — niedosyt. Zamiast spokoju — poczucie, że trzeba od nowa. Mózg myli ulgę po napięciu z prawdziwym szczęściem, a potem tę ulgę goni jak pszczoła światło.

Czasem chciwość widać w relacjach:
W kobiecie, która mówi: „chcę, żeby on mnie kochał bardziej, bardziej, jeszcze bardziej”, choć wie, że już jest kochana.
W mężczyźnie, który codziennie szuka nowego zachwytu, bo żaden nie trwa dłużej niż kilka tygodni.
W matce, która mówi dziecku: „chcę, żebyś miał wszystko, czego ja nie miałam”, i w ten sposób nieświadomie przekazuje mu swój własny niepokój.

Każda z tych historii ma wspólny rdzeń: nie czuję, że to, co jest, wystarcza.
Bo w środku, pod dopaminową warstwą, leży brak sytości emocjonalnej — ten sam, który buduje się w dzieciństwie, gdy miłość była warunkowa, uznanie rzadkie, a spokój krótkotrwały.

Wtedy mózg uczy się, że wartość trzeba ciągle zdobywać.
Że „dobrze” to nie stan, tylko przerwa między wysiłkami.
Że kto przestaje się starać, ten znika.

W książce Buddha’s Brain Rick Hanson pisze, że nasze mózgi są „jak rzep na to, co złe, i jak teflon na to, co dobre”. To znaczy, że doświadczenie sukcesu, spełnienia, miłości nie zostaje z nami długo. Spływa jak woda po szkle. Ale to, co bolesne, zostaje. W kontekście chciwości oznacza to jedno: nawet gdy dostajesz to, czego pragnęłaś, mózg bardzo szybko przestaje to rejestrować. Zadowolenie nie jest dla niego naturalnym stanem. On nie ma w tym interesu. Ma interes w przetrwaniu, a przetrwanie wymaga czujności, ruchu, dążenia.

Dlatego w świecie, który bombarduje nas bodźcami, chciwość staje się formą ciągłego pobudzenia. Ciało, które żyje w niej latami, nie potrafi już usiąść bez planu. Chce czuć napięcie, bo tylko napięcie daje iluzję życia.

Ale chciwość ma też swoją delikatną stronę. To ta sama siła, która kazała ludziom szukać ognia, odkrywać, tworzyć, uczyć się. To ten sam impuls, który pcha nas do zmian, gdy coś boli. Jej energia nie jest zła — jest po prostu niezaopiekowana. Chciwość staje się destrukcyjna, gdy próbujemy nią zapełnić brak, który nie jest materialny. Bo tego, co naprawdę boli, nie da się nasycić czynem.

Dlatego praca z chciwością nie polega na wyrzeczeniu. Nie chodzi o to, żeby niczego nie chcieć. Chodzi o to, by zauważyć z czego się chce. Czy z ciekawości, czy ze strachu. Czy z pełni, czy z deficytu. Bo dopiero wtedy, gdy umiesz powiedzieć sobie: „mam już dość, nic nie muszę udowadniać”, mózg dostaje sygnał, że świat jest bezpieczny. A dopiero wtedy można naprawdę odpocząć.

Chciwość więc nie jest grzechem. Jest próbą ratunku. Jest biologicznym gestem w stronę życia, tylko pomylonym kierunkiem. Chce przynieść ulgę, a przynosi znużenie. Chce zapełnić brak, a go powiększa. Ale jeśli spojrzysz na nią z czułością — zobaczysz w niej nie zachłanność, tylko zmęczenie. To ciało, które przez całe życie było w ruchu, wreszcie chciałoby się położyć.

I może wtedy usłyszysz w sobie coś prostego, jak westchnienie po długim dniu:
„Już wystarczy. Już mam.”

Bo to jest moment, w którym kończy się chciwość, a zaczyna spokój.

“Dopiero kiedy jesteś sobą, zauważają cię ci, którzy mają cię zobaczyć.” Czyżby nowy etap zawodowy?Wygląda na to, że doc...
10/11/2025

“Dopiero kiedy jesteś sobą, zauważają cię ci, którzy mają cię zobaczyć.”

Czyżby nowy etap zawodowy?

Wygląda na to, że doczekałam się…

Czasem to przychodzi niezauważenie. Właśnie pijesz kawę, spokojnie przewijasz ekran, aż nagle coś w tobie drga — lekko, ...
09/11/2025

Czasem to przychodzi niezauważenie. Właśnie pijesz kawę, spokojnie przewijasz ekran, aż nagle coś w tobie drga — lekko, niegroźnie, jak szum w tle. Ktoś, kogo znasz, uśmiecha się do obiektywu w nowym miejscu. Albo ktoś opowiada, że dostał propozycję współpracy, o której ty marzyłaś. W sekundę czujesz, jak spokój wycieka z ciała cienką strużką. W żołądku robi się ciężko. Serce przyspiesza. Nie wiesz, co dokładnie się wydarzyło, ale coś w środku szeptem mówi: „znowu zostałaś z tyłu.”

Zazdrość nigdy nie puka do drzwi. Wchodzi jak znajoma, której nie zapraszasz, ale znasz jej zapach. Rozsiada się w środku, niby niczego nie żąda, ale wszystko w tobie napina się wokół jej obecności. I zanim się obejrzysz, jesteś wciągnięta w jej monolog: „Zobacz, jak ona potrafi. Zobacz, jak jemu się udaje. Zobacz, jak łatwo przychodzi im to, co tobie wciąż nie wychodzi.”

Porozmawiajmy więc o zazdrości — nie tej groteskowej, z komedii romantycznych, gdzie ktoś przegląda cudzy telefon, tylko o tej cichej, codziennej, neurobiologicznie precyzyjnej reakcji ciała, która nie ma nic wspólnego z moralnością. O tej, która pojawia się w pracy, na Instagramie, w przyjaźniach, nawet w terapii. O tej, która boli, bo dotyka samego rdzenia naszego poczucia wartości.

Bo w istocie zazdrość nie jest emocją o innych. To emocja o nas. To cichy, czasem wstydliwy sygnał z wnętrza mózgu: „czy ja wciąż mam znaczenie?”

Neurobiologia tłumaczy to bez patosu. W naszym mózgu współpracują trzy stare systemy: system zagrożenia, system nagrody i system przywiązania. Kiedy ktoś obok dostaje coś, czego pragniemy — uwagę, sukces, miłość, spokój — te trzy systemy reagują tak, jakby w sekundę zachwiało się nasze bezpieczeństwo. System zagrożenia włącza czujność: „czy ja właśnie coś tracę?”; system nagrody milknie: „to nie ja zostałam wybrana”; system przywiązania drży: „czy ja wciąż należę?”.

Zazdrość to więc nie kaprys, tylko neurochemiczna odpowiedź ciała, które przez miliony lat uczyło się, że przynależność i dostęp do zasobów to warunek przeżycia. Dawniej, gdy ktoś inny dostał więcej, istniało ryzyko, że dla ciebie zabraknie. Dziś wystarczy, że ktoś inny dostanie więcej lajków. Mózg nie widzi różnicy. Włącza ten sam alarm: „uwaga, deficyt”.

I dlatego zazdrość tak boli. Bo pod nią zawsze jest lęk przed byciem pominiętą. To dlatego czujesz ją nie tylko wobec miłości, ale wobec każdej formy czyjegoś „więcej”: gdy ktoś ma więcej czasu, lekkości, spokoju, relacji, pieniędzy, odwagi. Zazdrość jest reakcją mózgu na cudze bezpieczeństwo, gdy nasze poczucie bezpieczeństwa jest zachwiane.

Ale zazdrość to także lustro. Ona nie przychodzi przypadkiem. Przychodzi tam, gdzie coś w nas jest głodne, niezaspokojone, zbyt długo pomijane. Gdy czujesz ją wobec kogoś, kto żyje spokojniej, to nie znaczy, że chcesz go zniszczyć. To znaczy, że w tobie też mieszka tęsknota za spokojem. Gdy czujesz zazdrość wobec czyjejś odwagi, to znaczy, że twoje ciało też chciałoby wreszcie przestać się bać.

W świecie, w którym wszystko można porównać, zazdrość jest emocją epoki. Nie minie, bo dopóki jesteśmy ludźmi, mózg będzie się uczył przez porównanie. Ale może przestać być wstydem. Może być kompasem. Wskazówką, gdzie jest rana, a gdzie pragnienie.

Bo choć jej język brzmi jak: „dlaczego on, a nie ja”, jej prawdziwe znaczenie jest inne: „czego we mnie brakuje, że to tak boli?”

A kiedy zaczynasz to słyszeć, zazdrość staje się czymś miękkim. Przestaje być ogniem, a staje się światłem. Już nie niszczy, tylko pokazuje. Pokazuje, gdzie w tobie jeszcze mieszka głód. I gdzie możesz nauczyć swoje ciało nowej odpowiedzi — tej, w której cudzy blask nie oznacza twojej ciemności.

Bo może o to właśnie chodzi w dojrzewaniu emocjonalnym: żeby przestać walczyć z zazdrością, a zacząć ją słuchać. Jak bardzo stara się ci przypomnieć, że to, czego tak pragniesz u innych, jest dokładnie tym, co w tobie czeka na pozwolenie, by wreszcie zacząć żyć.

Zdarzają się takie dni, że gdybym dostawała złotówkę za każde „jak”, które słyszę w gabinecie, już dawno otworzyłabym wł...
07/11/2025

Zdarzają się takie dni, że gdybym dostawała złotówkę za każde „jak”, które słyszę w gabinecie, już dawno otworzyłabym własną klinikę z marmurową podłogą i darmową kawą z dripa. Wchodzą ludzie, siadają w fotelu, patrzą z tą charakterystyczną mieszanką nadziei i paniki, i pada pytanie, które w ich mniemaniu ma otworzyć bramę do nowego życia: „Jak?”
Jak przestać myśleć. Jak się nie bać. Jak zapomnieć. Jak się nie przywiązywać. Jak.

I za każdym razem czuję, jakbym dostała w twarz podręcznikiem „Psychologia dla początkujących – skrócona wersja użytkownika”. Bo przecież skoro jestem psychologiem, to powinnam mieć instrukcję obsługi świata. Taką, w której wystarczy znaleźć rozdział „uczucia” i przewinąć do strony, gdzie wyjaśniono, jak je wyłączyć.

Kiedyś się denerwowałam. Dziś już wiem, że to nie brak szacunku, tylko biologia. To nie pacjent wymaga skrótu – to jego mózg. Dokładnie tak, jak opisał Daniel Kahneman: System 1, ten szybki, emocjonalny, zrobiony z intuicji i lenistwa poznawczego, po prostu nie znosi złożoności. On nie chce rozumieć, on chce natychmiast poczuć ulgę. A jeśli odpowiedź na trudne pytanie nie przychodzi w ciągu trzech sekund, mózg – niczym sprytny sabotażysta – podmienia pytanie.
Nie szuka już, „dlaczego czuję lęk przed bliskością”, tylko pyta: „Jak się tego pozbyć?”.
Nie pyta: „Dlaczego zdrady mnie paraliżują”, tylko: „Jak o nim zapomnieć?”.
Nie docieka: „Co mnie nauczyło udawać silną”, tylko: „Jak przestać płakać?”.
System 1 nie analizuje – on robi skrót. W języku Kahnemana to substitution, w języku mojego gabinetu – błąd uproszczenia na życzenie.

I tu zaczyna się spektakl. Bo jeśli masz zepsuty kran, idziesz do hydraulika. Jeśli nie działa Excel, dzwonisz do informatyka. Jeśli chcesz wiedzieć, jak zrobić pomidorową – to ja ci nawet mogę podać przepis: pomidory, sól, bazylia, trochę śmietany i nie rób filozofii. Ale jeśli twoje życie od trzydziestu lat ledwo zipie, to nie przychodź do psychologa po instrukcję „jak”. Bo tu nie ma „jak”.
Tu nie ma jednej śruby do dokręcenia.

Kahneman to przewidział. Nazwał to WYSIATI – What You See Is All There Is. Twój mózg buduje historię z tego, co widzi, i wierzy, że to cała prawda. Nie dopuszcza myśli, że coś jest poza kadrem. Dlatego przychodzisz do gabinetu i mówisz: „Przecież to proste. Wystarczy, żebym przestała o nim myśleć.” Bo widzisz tylko czubek góry lodowej – swoją tęsknotę dziś, a nie całe archiwum dzieciństwa, które się właśnie przez tę tęsknotę odzywa. Twój mózg skleja świat z kilku dostępnych danych, a resztę dopowiada. Wtedy rodzi się złudzenie zrozumienia – najpiękniejszy narkotyk psychiczny, jaki wymyśliła ewolucja.

Dlatego, gdy pytasz „jak?”, tak naprawdę mówisz: „Nie zniosę, jeśli powiesz mi, że to dłużej potrwa.” Chcesz, żebym była Excelową formułą na cierpienie: =JEŻELI(uczucie;ZAMKNIJ_SERCE;UŚMIECHNIJ_SIĘ).
Tylko że ja nie jestem formułą. I ty też nie.

Mózg, który żąda instrukcji, działa zgodnie z jeszcze jednym prawem Kahnemana: prawem małych liczb. Wystarczy kilka obserwacji, żebyś stworzył z nich teorię o świecie. Dwa nieudane związki? Wszyscy faceci to idioci. Jedna trudna terapia? Psychologia to naciąganie. Dwa ataki paniki? Już na pewno mam nerwicę, borderline i zespół stresu pourazowego po pracy w open space.
Twój mózg myli próbkę z prawem natury. Zamiast mówić: „Dwa razy mnie zdradzono”, mówi: „Zdrada to mój los.” I z takim materiałem przychodzisz po „jak”. A ja mam ochotę odpowiedzieć: „Najpierw dowiedzmy się, co zbudowało twoje dlaczego.”

Kiedy mówię pacjentowi, że nie da się skrócić drogi, widzę w oczach rozczarowanie. Bo to, co mówię, burzy wewnętrzny porządek świata. Kahneman nazywa to cognitive ease – złudnym komfortem myślenia, w którym wszystko, co proste i znajome, wydaje się prawdziwe. Twój umysł nie chce trudnych narracji. Chce łatwej melodii. Dlatego lepiej brzmi: „Zrób trzy oddechy dziennie”, niż: „Wejdź w swoje dzieciństwo i zobacz, gdzie nauczyłeś się nie oddychać.”
Dlatego łatwiej kliknąć w podcast niż usiąść w ciszy. Łatwiej zapisać się na warsztaty „Jak odpuścić”, niż zapytać siebie: „Dlaczego w ogóle tak się spinam?”.

I to nie jest twoja wina. Tak działa System 1: ma jeden cel – przetrwać dzień jak najtańszym kosztem poznawczym. Unika wysiłku. Dlatego, gdy w gabinecie próbuję go zatrzymać i powiedzieć: „Zanim znajdziemy ‘jak’, musimy zrozumieć ‘po co’”, to czuję, jak pacjent w środku się gotuje. Bo nagle trzeba włączyć System 2 – ten wolniejszy, analityczny, który wymaga uwagi, cierpliwości i energii. A mózg nienawidzi wydawać energii.

To dlatego ludzie wolą pięć trików z TikToka niż pięć lat terapii. To dlatego proste zdania brzmią jak objawienia. I dlatego ja w gabinecie często czuję się jak człowiek, który próbuje wytłumaczyć fizykę kwantową komuś, kto chce tylko wiedzieć, jak wyłączyć lampkę.

Ale ja to rozumiem. Bo każdy z nas nosi w sobie tę tęsknotę za prostotą. Każdy ma w głowie to maleńkie dziecko, które chce usłyszeć: „Zrób tak i wszystko będzie dobrze.” Tyle że dorosłość, a zwłaszcza terapia, polega na tym, żeby zrozumieć, że takie zdanie już nigdy nie padnie.

Więc kiedy pytasz mnie „jak?”, wiem, że to nie z bezczelności. To z bólu. To z pragnienia ulgi. Twój układ nerwowy domaga się skrótu, bo złożoność go przerasta. I wtedy moim zadaniem nie jest dać ci przepis, tylko wytrzymać razem z tobą to napięcie, że przepisu nie będzie.

Bo moje „jak” zaczyna się tam, gdzie kończy się twoje. Nie w Excelu, nie w Ikei, nie w instrukcji. W tym, jak dobrze cię poznam, jak bardzo zaufasz, że mogę chwilę potrzymać twoje zagubienie, zanim cokolwiek zacznie się składać. To nie jest jak w znaczeniu „zrób”. To jest jak w znaczeniu „zostań”.

I może to właśnie jest największy paradoks terapii. Że kiedy przestajesz pytać „jak”, wtedy dopiero zaczynasz naprawdę zmieniać. Bo nie szukasz już instrukcji, tylko siebie.

Kto był kiedyś w moim gabinecie, ten wie, że mam słabość do roślin.Zawsze chciałam, żeby to miejsce oddychało zielenią —...
04/11/2025

Kto był kiedyś w moim gabinecie, ten wie, że mam słabość do roślin.
Zawsze chciałam, żeby to miejsce oddychało zielenią — żeby było żywe, czułe, otulające.
Jeżdżę na targi, szukam wyjątkowych okazów, wyprawiam się po te gatunki, które nie tylko pięknie wyglądają, ale – jak wierzę – poradzą sobie w energii gabinetu.
Nie traktuję roślin jak dekoracji do wypełnienia pustego kąta.
Traktuję je jak żywe istoty, które współtworzą atmosferę, towarzyszą mojej pracy, czują tak samo subtelnie jak my.

I może właśnie dlatego tak bardzo uderza mnie moment, w którym roślina mówi „nie”.
Nie tutaj.
Nie w tych warunkach.
Nie w tej energii.

🪴🪴🪴

Kiedy przyniosłam do gabinetu ten egzemplarz Epipremnum, wyglądał jak obietnica – jędrny, głęboko zielony, ufny w świat. A potem… zaczął gasnąć. Nie gwałtownie, nie spektakularnie. Po prostu z każdym tygodniem robił się bardziej bezradny, jak ktoś, kto najpierw się stara, potem próbuje wytrzymać, a w końcu cichnie.

Liście żółkły.
Tkanka traciła napięcie.
Każdy kolejny dzień był jego rezygnacją.

Miałam wybór: ratować, albo wyrzucić.
Wybrałam ratować.
Zabrałam go do domu nie dlatego, że wierzyłam, że ma szansę, ale dlatego, że nie umiałabym inaczej.

I wtedy stało się coś, co trudno zignorować.
Roślina odżyła.
Ta sama roślina.
Te same korzenie.
To samo DNA.

Po kilku miesiącach – odrodzenie. Zielona, napięta, pewna, jakby mówiła: „Tutaj mogę oddychać”.

Naukowiec Daniel Chamovitz napisał, że rośliny „remember the conditions they’ve weathered and then modify their physiology based on these memories” – pamiętają warunki, które przetrwały i zmieniają swoje życie w odpowiedzi na tę pamięć .

A więc roślina pamięta.
I w jej pamięci mój gabinet zapisał się jako przestrzeń, w której trudno żyć.

To nie znaczy, że pacjenci są „źli”.
Czasami przestrzeń, w której pracujemy, gęstnieje od niewypowiedzianych historii, od bólu, który przepływa, od cichego wysiłku bycia opoką.

Rośliny wiedzą wcześniej niż my.
Tak jak zwierzęta wiedzą.
Tak jak ciało wie.

To są trzy lustra, które nigdy nie kłamią:
• rośliny – jeśli tracą witalność, coś nie płynie,
• zwierzęta – jeśli są niespokojne, coś jest nienazwane,
• ciało – jeśli męknie, znaczy, że przestało być bezpiecznie.

Roślina z gabinetu nie chciała tam rosnąć.
Nie dlatego, że ktoś jej „zrobił krzywdę”.
Ale dlatego, że czasami przestrzeń terapeuty nie jest miejscem wzrostu, lecz miejscem trzymania świata, który kogoś innego ranił.

I wtedy nawet światło nie wystarcza.

Kiedy zabrałam tę roślinę do domu, wróciła do siebie tak, jak wraca człowiek wyjęty z niewłaściwego środowiska:
powoli, cicho, ale jednoznacznie.

Rośliny uczą nas, że niektóre miejsca nie są dla nas.
Że można gasnąć długo, aż któregoś dnia stanie się oczywiste:

to nie Ty jesteś słaba — to miejsce Cię osłabiało.

I że dobra przestrzeń nie jest luksusem.
Jest warunkiem życia.

Nie zawsze jesteśmy gotowi zobaczyć taką prawdę.
Bo co wtedy?
Zmienić zawód?
Zburzyć gabinet i zbudować od nowa?

Nie.
Zacząć od tego, by zauważyć.
By przestać udawać, że roślina umiera „przez przypadek”.
Że ciało się rozpada „bo tak”.
Że zwierzę patrzy niespokojnie „bez powodu”.

Prawda przyjdzie każdą drogą, jeśli trzeba.
Roślina może być Twoim pierwszym terapeutą.
I czasem jej milknący liść wypowie to, czego Ty nie chcesz jeszcze nazwać:

W niewłaściwym środowisku nawet silne istoty marnieją.
W dobrym — wracają do życia.

🌿🌿🌿

I teraz, na końcu, zostaje jeszcze coś więcej.

Nie mam dziś zwierzęcia, które mogłoby mówić za mnie.
Mam ciało. Mam rośliny.
I czasem one mówią rzeczy, które trudno przyjąć:
że mimo rozumienia, mimo namysłu, mimo logiki i planu —
podjęłam decyzję, która mnie nie karmi.

Że można wybrać „mądrze”,
a i tak wybrać nie dla siebie.

Roślina nie ma potrzeby się oszukiwać.
Ciało też nie.
To my — ludzie — próbujemy być lojalni wobec lęku, obowiązków, rozsądku.
One są lojalne wyłącznie wobec życia.

I może to jest najtrudniejsze:
kiedy światło na liściach mówi prawdę,
a my jeszcze chcemy wierzyć w coś innego.

A Ty?
Masz taką decyzję — tę ostatnią, którą niby podjąłeś słusznie,
a jednak Twoje ciało lub Twoje otoczenie pokazuje Ci coś zupełnie odwrotnego?

Co próbujesz o tym nie wiedzieć?

Ciekawe, prawda? 🍃

Address


Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when La Justesse - gabinet terapeutyczny posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

  • Want your practice to be the top-listed Clinic?

Share

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Pozwól, że opowiem Ci moją historię...

Witaj!

Nazywam się Justyna Neyder i tworzę przestrzeń - Psycho_Fizjo_Terapii.

Założyłam swoją autorską stronę poświęconą integracji Ciała, Umysłu i Duszy.

Odkąd pamiętam miałam ogromną potrzebę, by spotkać na swojej drodze osobę, która będzie posiadała wiedzę z zakresu medycyny, psychologii i duchowości. Uznałam, że dzięki takiemu połączeniu możliwe będzie znalezienie przyczyny mojego problemu tak fizycznego, jak i psychicznego. Chciałam poczuć, że jestem rozumiana zarówno wtedy, gdy zgłaszam dolegliwości ciała, jak i te związane z potrzebami duszy. Niestety pojawiały się osoby, będące specjalistami tylko z jednej dziedziny. Mimo, że na jakiś czas odczuwałam ulgę, to jednak wciąż czegoś mi brakowało. Dlatego pewnego dnia postanowiłam, że sama będę taką osobą, której szukam.