11/11/2025
𝐙 𝐜𝐡𝐜𝐢𝐰𝐨𝐬́𝐜𝐢 𝐰𝐢𝐞𝐝𝐳𝐲 𝐝𝐨 𝐳𝐚𝐬𝐩𝐨𝐤𝐨𝐣𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐢 𝐮𝐥𝐠𝐢...
Czasami przychodzi ktoś, kto mówi: „uwielbiam się rozwijać.”
Czasami przychodzi ktoś, kto realizuje plan za planem, z błyskiem w oku i notatnikiem wypełnionym celami, które mają daty, kroki i wskaźniki sukcesu.
A czasami przychodzi ktoś, kto z uśmiechem mówi: „można lepiej, więc ja chcę lepiej.”
Oczywiście — to może znaczyć różne rzeczy. Może znaczyć ciekawość, pasję, siłę życia, to piękne ludzkie pragnienie wzrastania. Ale dziś chciałabym przyjrzeć się temu z innej strony — z tej, którą rzadko nazywamy po imieniu. Zobaczyć, co dzieje się w mózgu, kiedy za tym „więcej” kryje się coś bardziej pierwotnego. Bo czasem to, co wygląda jak rozwój, w środku jest po prostu chciwością. Nie tą wulgarną, filmową, lecz tą współczesną: gładką, pachnącą sukcesem, dobrze zorganizowaną, racjonalnie uzasadnioną.
Chciwość dziś nie nosi futer ani złotych sygnetów. Chciwość chodzi w sportowych butach i smartwatchu. Włącza aplikację do medytacji, ale przerywa ją po trzech minutach, bo przyszła nowa wiadomość. Chciwość to towarzyszka ludzi „świadomych”, którzy wiedzą, że trzeba się rozwijać, uczyć, dbać o siebie, być w procesie, wciąż w procesie. Tylko że w tej nowoczesnej wersji proces nigdy się nie kończy.
Z perspektywy neurobiologii to zjawisko jest fascynująco proste. W mózgu działa system, który Hans Selye nazwał kiedyś „układem nagrody” — to sieć połączeń, w której głównym przekaźnikiem jest dopamina. Ale dopamina nie daje szczęścia. Ona daje napięcie. To chemia oczekiwania. Nie jest o tym, co masz, tylko o tym, co zaraz będzie. To ten moment tuż przed: „jeszcze trochę, już prawie, już zaraz”. I to właśnie ten moment jest najbardziej uzależniający.
Mózg kocha obietnice. Kochamy „nowe”, „lepsze”, „kolejne”. Dlatego, kiedy ktoś mówi: „za rok chcę być jeszcze spokojniejsza, jeszcze bardziej spełniona, jeszcze bardziej w balansie” — to wcale nie brzmi jak chciwość. Ale w ciele dzieje się to samo, co u łowcy, który zauważył zwierzynę. Układ dopaminowy odpala się, serce przyspiesza, ciało przygotowuje do ruchu. Współczesny łowca nie poluje już na mamuta, ale na poczucie spełnienia. Na własny obraz w oczach innych. Na przyszłość, w której wreszcie będzie spokojny.
Chciwość to więc nie tylko żądza posiadania. To przymus dążenia.
Pacjentka mówi:
„Nie potrafię usiedzieć. Jak nie robię czegoś ważnego, czuję się bezużyteczna.”
Pacjent mówi:
„Jak kończę projekt, to nie czuję ulgi, tylko panikę, że muszę mieć następny.”
Albo:
„Nie mogę po prostu cieszyć się weekendem. Mam wrażenie, że tracę czas.”
Ich ciała nie są leniwe. One są uzależnione od napięcia. Mózg nauczył się, że tylko wtedy, gdy jest w ruchu, gdy coś zdobywa, gdy czegoś pragnie, czuje się „żywy”. Dopamina — ten delikatny, kapryśny neuroprzekaźnik — działa jak subtelny dealer: daje błysk nadziei, a potem zabiera. Zmusza do kolejnego ruchu. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko to. Jeszcze odrobina.
A więc chciwość to chemiczna iluzja braku. Mózg nie widzi tego, co już masz. On widzi tylko różnicę między tym, co jest, a tym, co mogłoby być. I to właśnie ta różnica uruchamia układ nagrody. Dlatego rozwój, sukces, nawet duchowość, mogą stać się paliwem dla tego samego mechanizmu, który napędzał Wall Street i starożytnych kupców.
W dzisiejszym świecie chciwość ma nowe imiona.
Na LinkedIn nazywa się ambicją.
Na Instagramie — inspiracją.
W korporacjach — progresją.
W relacjach — wymaganiem od siebie i innych.
W terapii — czasem „pracą nad sobą” posuniętą tak daleko, że staje się kolejnym przymusem.
W rzeczywistości to wszystko są maski tej samej potrzeby: „chcę czuć, że mam kontrolę.” Bo chciwość w swojej istocie nie jest o przedmiotach. Jest o panowaniu nad lękiem. Lękiem, że jeśli się zatrzymasz, świat przestanie cię potrzebować. Lękiem, że ktoś inny cię wyprzedzi, że twoje miejsce przy stole życia zajmie ktoś, kto był szybszy, młodszy, ładniejszy, bardziej „na czasie”.
W gabinecie chciwość nie ma formy potwora. Ma formę perfekcjonizmu. Kobiety, która mówi:
„Nie potrafię przestać się starać.”
Albo mężczyzny, który wieczorem otwiera laptopa, chociaż wszystko już zrobione, bo „jeszcze mógłby poprawić”.
Ciało tych ludzi jest w ciągłej mobilizacji. Układ współczulny nie zna spoczynku. Sen staje się resetem, nie odpoczynkiem. Jedzenie — paliwem. Relacja — projektem. Ich życie to ciągła wymiana dopaminy: napięcie – ulga – pustka – kolejny cel.
W pewnym sensie chciwość jest mechanizmem samoukojenia. Daje chwilowe poczucie wpływu: „mam plan, więc panuję nad życiem.” Ale to tylko złudzenie. Bo zaraz po osiągnięciu celu pojawia się zjazd. Zamiast satysfakcji — niedosyt. Zamiast spokoju — poczucie, że trzeba od nowa. Mózg myli ulgę po napięciu z prawdziwym szczęściem, a potem tę ulgę goni jak pszczoła światło.
Czasem chciwość widać w relacjach:
W kobiecie, która mówi: „chcę, żeby on mnie kochał bardziej, bardziej, jeszcze bardziej”, choć wie, że już jest kochana.
W mężczyźnie, który codziennie szuka nowego zachwytu, bo żaden nie trwa dłużej niż kilka tygodni.
W matce, która mówi dziecku: „chcę, żebyś miał wszystko, czego ja nie miałam”, i w ten sposób nieświadomie przekazuje mu swój własny niepokój.
Każda z tych historii ma wspólny rdzeń: nie czuję, że to, co jest, wystarcza.
Bo w środku, pod dopaminową warstwą, leży brak sytości emocjonalnej — ten sam, który buduje się w dzieciństwie, gdy miłość była warunkowa, uznanie rzadkie, a spokój krótkotrwały.
Wtedy mózg uczy się, że wartość trzeba ciągle zdobywać.
Że „dobrze” to nie stan, tylko przerwa między wysiłkami.
Że kto przestaje się starać, ten znika.
W książce Buddha’s Brain Rick Hanson pisze, że nasze mózgi są „jak rzep na to, co złe, i jak teflon na to, co dobre”. To znaczy, że doświadczenie sukcesu, spełnienia, miłości nie zostaje z nami długo. Spływa jak woda po szkle. Ale to, co bolesne, zostaje. W kontekście chciwości oznacza to jedno: nawet gdy dostajesz to, czego pragnęłaś, mózg bardzo szybko przestaje to rejestrować. Zadowolenie nie jest dla niego naturalnym stanem. On nie ma w tym interesu. Ma interes w przetrwaniu, a przetrwanie wymaga czujności, ruchu, dążenia.
Dlatego w świecie, który bombarduje nas bodźcami, chciwość staje się formą ciągłego pobudzenia. Ciało, które żyje w niej latami, nie potrafi już usiąść bez planu. Chce czuć napięcie, bo tylko napięcie daje iluzję życia.
Ale chciwość ma też swoją delikatną stronę. To ta sama siła, która kazała ludziom szukać ognia, odkrywać, tworzyć, uczyć się. To ten sam impuls, który pcha nas do zmian, gdy coś boli. Jej energia nie jest zła — jest po prostu niezaopiekowana. Chciwość staje się destrukcyjna, gdy próbujemy nią zapełnić brak, który nie jest materialny. Bo tego, co naprawdę boli, nie da się nasycić czynem.
Dlatego praca z chciwością nie polega na wyrzeczeniu. Nie chodzi o to, żeby niczego nie chcieć. Chodzi o to, by zauważyć z czego się chce. Czy z ciekawości, czy ze strachu. Czy z pełni, czy z deficytu. Bo dopiero wtedy, gdy umiesz powiedzieć sobie: „mam już dość, nic nie muszę udowadniać”, mózg dostaje sygnał, że świat jest bezpieczny. A dopiero wtedy można naprawdę odpocząć.
Chciwość więc nie jest grzechem. Jest próbą ratunku. Jest biologicznym gestem w stronę życia, tylko pomylonym kierunkiem. Chce przynieść ulgę, a przynosi znużenie. Chce zapełnić brak, a go powiększa. Ale jeśli spojrzysz na nią z czułością — zobaczysz w niej nie zachłanność, tylko zmęczenie. To ciało, które przez całe życie było w ruchu, wreszcie chciałoby się położyć.
I może wtedy usłyszysz w sobie coś prostego, jak westchnienie po długim dniu:
„Już wystarczy. Już mam.”
Bo to jest moment, w którym kończy się chciwość, a zaczyna spokój.