30/04/2026
W renesansie istniało dość specyficzne zaburzenie, które dziś brzmi jak czysta abstrakcja – ludzie wierzyli, że są zrobieni ... ze szkła.
Najsłynniejszym przykładem był król Francji, Karol VI, który kazał owijać się w grube koce i panicznie bał się dotyku, bo był przekonany, że przy najmniejszym kontakcie po prostu rozpadnie się w drobny mak.
Właściwie to nie jest tylko opowieść o dawnym szaleństwie, ale o tym, jak umysł próbuje nazwać stan, na który brakuje mu słów.
Często patrzymy na takie przypadki jak na medyczną ciekawostkę, ale w praktyce ten „szklany król” mówił nam coś bardzo ważnego o poczuciu bezpieczeństwa. Człowiek, który czuje się tak kruchy, nie wymyśla sobie problemu dla zabawy – on w ten sposób komunikuje, że świat wokół stał się dla niego zbyt twardy i nieprzewidywalny.
My dzisiaj też bywamy „ze szkła”, tylko używamy do tego innych określeń.
Mówimy, że coś w nas pękło albo że czujemy się wewnętrznie rozbici. To są te momenty, kiedy psychika, przygnieciona nadmiarem wymagań i wiecznym pośpiechem, szuka jakiegokolwiek ratunku w metaforze. Szkło pasuje tu idealnie – jest czyste i szlachetne, ale jednocześnie budzi lęk, bo gdy się rozleci, staje się śmiertelnie ostre.
Zamiast recenzować kogoś jako osobę słabą, lepiej spróbować zrozumieć, przed czym ten człowiek musiał się w sobie schować. Rezygnacja z roli sędziego, który wie lepiej, na rzecz kogoś, kto po prostu akceptuje tę rzekomą kruchość, to często najskuteczniejszy kierunek wsparcia.
Zrozumienie, że nasz umysł buduje takie „szklane schrony”, żeby nas chronić, paradoksalnie daje siłę do tego, by przestać walczyć z samym objawem.
Zanim wrócicie do swoich spraw, warto pomyśleć o jednej rzeczy, którą uważacie w sobie za słabość albo pęknięcie. Może to wcale nie jest wada, tylko szczelina, przez którą widać coś, co wymaga od nas po prostu większej łagodności?