Psycholog Joanna

  • Home
  • Psycholog Joanna

Psycholog Joanna Pomoc psychologiczna, interwencja kryzysowa, diagnoza psychologiczna, psychoterapia indywidualna, par

BUKIET DZIĘKCZYNIENIAWrotycz, dziurawiec, rumianek, mięta, rozmaryn, tymianek, liść laurowy, nawłoć, pietruszka, koniczy...
15/08/2025

BUKIET DZIĘKCZYNIENIA

Wrotycz, dziurawiec, rumianek, mięta, rozmaryn, tymianek, liść laurowy, nawłoć, pietruszka, koniczyna, hibiskus, lawenda, krwawnik.....trochę moich, trochę wyspacerowanych i trochę z zaprzyjaźnionej ziemi.

Mam za co dziękować.
Bo ciągle o coś proszę a ten rok pokazuje, jak wiele pokory oczekuje w zamian.

Gdy przeżywamy wdzięczność, nie ma miejsca na złość, zwątpienie się kurczy, lęk podczepia się pod nadzieję a smutek zyskuje oparcie.

Wdzięczność to dobra praktyka.
Ochronna.
Dlatego tradycja bukietów zielnych 15.sierpnia głosi o ich mocy uzdrawiania.

Tym z Państwa, którzy praktykują, życzę czerpania z zapachu tegorocznych bukietów.
A tym, którzy oczekują racjonalnego, psychologicznego wyjaśnienia - nasza podświadomość kocha rytuały ☺️

🌿💐🍀

AŻ PRZYDZWONI DZWONW starym polskim serialu (bez tytułu, bo jeśli ktoś nie oglądał, to szkoda spoilerować a jeśli ktoś o...
08/08/2025

AŻ PRZYDZWONI DZWON

W starym polskim serialu (bez tytułu, bo jeśli ktoś nie oglądał, to szkoda spoilerować a jeśli ktoś oglądał, to tytuł zna) jest taka scena. Ona umiera a on przy jej szpitalnym łóżku.
- Ewa, kochaliśmy się
- Nie... To ja cię kochałam. Ty pozwalałeś się kochać.

Bardzo dobra scena w bardzo dobrym, starym, polskim serialu. Ta serialowa Ewa usiłowała przez wszystkie odcinki dogonić miłość, na którą się uparła, że jednak będzie. Im bardziej goniła, z tym większą porażką musiała się mierzyć. Od pierwszej randki, która była spektakularnie prognostyczna. A potem było już tylko gorzej. Dlaczego tak się uparła? I dlaczego on kochając po drodze inne kobiety nie stanął uczciwie w tym, jaka jest prawda?

Kobiety mają niebywałą psychopatologię, by z uporem maniaka kochać mężczyznę takim, jakim go sobie wyfantazjowały a nie takim, jaki on realnie jest. Mało tego. Nie biorą pod uwagę aktualizacji. "...kiedyś to byś mnie przytulił w takiej sytuacji" - rzucają słowem jak zaschniętym bukietem z wesela i sobą przy okazji w otchłań rozpaczy, jak za dawnych lat (gdy w otchłani nie było kredytu na dom i dziecka z alergią na pyłki).

Używam stereotypu oczywiście, bo mężczyźni też się w tym poniewierają - tak długo pędzą za wizją, która z realnym bytem ma niewiele wspólnego, aż padną. Często dosłownie, choć nie na amen. Na zawał, serca nomen omen, na przykład. I wtedy zmożeni strachem trafiają do terapii albo z pozwem rozwodowym na biuro podawcze sądu okręgowego.

Psychoterapia par to ciekawa droga definiowania miłości.

Zwykle wyboista, z ostrymi zakrętami. Ludzie boksują się latami we wspólnym życiu i gdy, choćby cudem boskim, trafiają do terapii i zaczynają widzieć się od nowa, bywają zaskoczeni tym, że to, co czują, to w ogóle nie jest ta miłość, którą definiowali jako argument trwania w relacji.

Że ta szafka, do której wrzucają definiowanie tego, co sprawia, że są ze sobą w jakimś uwierającym dyskomforcie tłumaczonym miłością - jest bardzo niefunkcjonalnie urządzona.

Wyciągamy wtedy z tej szafki całą masę przeterminowanych opakowań tego, co ma żywić i gadżetów z jakiegoś momentu.
Znajduje się tam czasem jakiś tematycznie niezwiązany z szafką asortyment lub słoiczek konfitur robiony przez mamę, które miały być słodkie a nie są. Mama nie potrafiła robić innych, bo takie robiła jej mama i tak już zostało - że tak smakuje słodkie.
Albo buty ojca znajdują. Te, w których uciekał po cichu od rodzinnego stołu.
Albo kawał lodu. Ten, który mroził każdy przejaw ciepłej reakcji na czyjąś potrzebę ciepła.
Albo tę fotografię, na której trzeba było udowodnić, że skoczysz przez płot, choć płot był mocno za wysoki.

W szafce bywają też niezwykłe zaskakiwajki.
Na przykład plakat gwiazdy estrady, która z aktualnym osobistym mężczyzną ma tyle wspólnego, że ten też kiedyś miał gitarę.
Albo fetysz jakiś. Pierwsze p***o sprzed 100 lat, które zniekształciło realny obraz kobiecej piersi.

Albo z szafki wypada największy hit hitów - pierwsze oszukiwajki. Z tego czasu, gdy oboje starali się tak bardzo, że zapomnieli jacy są naprawdę. Ale tylko na chwilę - bo nie da się przecież długo obierać ziemniaków na obiad czy pakować pralki w różowej iluzji oszałamiającego piękna tych zdarzeń.
Ot, taka upadlająca obyczajowość codzienności.

Całymi kontenerami wywozimy ten chaos i porządkujemy nazywając co jest czym.

Bo z tą miłością wystarczy być "na prawdziwo" od najszybciej jak się da. Gdy juz skończy się to hormonalnie uwarunkowane jedzenie z dzióbków należy zmierzyć się z realnym rozmiarem wzajemnych zasobów.

Filmowa Ewa z cytowanego dialogu mogła w każdej chwili "pieprznąć drzwiami" i się nie męczyć tym kochaniem. Miała naturalnie masę powodów, które ją powstrzymały: motyw "tak mocno będę cię kochać, aż mnie pokochasz", lans bycia żoną prestiżowego inżyniera męża, z czasem poświęcenie dla dzieci, motyw "nie oddam go innej", nie oddam też wspólnego dorobku i wygodnego życia (jakkolwiek absurdalnie ta wygoda brzmi) ...i może kilka innych, które wiele z nas, kobiet, zobaczy w swojej historii. Bo to nadal bardzo trudna, niezwykle ciężka historia wielu kobiet.
A on? Też z motywami po sufit. I choć to nie walka o podium, to ciężko wyczuć, kto wyprzedza kogo. Bo każdy ze swoim bagażem motywów. Często z tak odległych bajek, że aż ciężko uwierzyć, że się spotkali. Prawda jest też taka, że nikomu, poza nim i nią, nic do tego. Bo nikt poza nimi nie wie, co w ich szafce się uzbierało i dlaczego to trzymają. Dlatego nie ma sensu przekonywać na siłę ludzi do rewolucji życiowej, bo z perspektywy obserwatora ich świat wygląda jak ciemny loch.
Musi przydzwonić dzwon. Wtedy mają szansę zobaczyć, że tam nie ma żadnych krat i nikt nikogo nie więzi.

Żyjemy w czasach "eldorado" doświadczania traum w relacjach, które możemy wrzucać na warsztaty dziesiątek terapeutycznych metod. Nawet i tych z piekła rodem, niech tam. Możemy korzystać z analiz, brania pod mikroskop, pozyskiwania narzędzi celem korekt. Na każdym rogu gabinet psychoterapii, warsztat rozwoju na gorącej wyspie czy sesji otwierania trzeciego oka. Każdy sposób cenny, jeśli prowokuje zmiany perspektywy.
Żyjemy w czasach i w kulturze, które kobietom i mężczyznom dają wiedzę, możliwości, niezależność i wolność kreowania dystansu w związkach, decyzyjności, ocen i dbania o siebie.

A jednak nadal w zbyt dużej liczbie przypadków godzimy się na życie w iluzji tego, co nazywamy "miłością".

Aż przydzwoni Dzwon 😉
Bo wcześniej czy później przydzwoni.
Zdarza się, choć coraz rzadziej, że oszołomienie wynikające z faktu przydzwonienia jest ignorowane. No i wtedy jest jak w tym serialu - dopiero przy ostatecznym pożegnaniu ludzie mówią sobie prawdę. Jeśli mają okazję. Bo wiadomo, życie to nie serial.
Coraz częściej jednak jest tak, że "dzwon" wybudza.
Tego, co rozbujało ten dzwon jest tyle, że bez filtrującego procesu z zewnątrz ciężko to zobaczyć w spójnym kawałku. Dlatego dobrze, że tyle tych psychoterapii teraz jest i gabinetów i warsztatów. Jest szansa trafienia we właściwe miejsce.

Trzymam kciuki za tych z Państwa, którym przydzwoniło! ☺️

Teraz już będzie z górki.

🔔

KATARYNIARZ"...Te same postacie odkopią spod ziemiI znowu zobaczę, co nieraz widziałemŻe mędrcy przyznali znów laur akad...
07/08/2025

KATARYNIARZ

"...
Te same postacie odkopią spod ziemi
I znowu zobaczę, co nieraz widziałem
Że mędrcy przyznali znów laur akademii
Za dowód niezbity, że czarne jest białe

Złoczyńca przed sądem oskarży ofiarę
I znów od wyroku umywa ktoś ręce
I w krąg zawirują z cykutą puchary
I kogoś tam znowu wygnają z Florencji

W gruzach miasta barbarzyńcy
Będą palić święte księgi
A ja gram na katarynce
Więc słuchajcie mej piosenki
A ja gram na katarynce
Więc słuchajcie mej piosenki

Gdzieś tam jakiś naród ginie
Drugi będzie rósł w potęgę
A ja stary kataryniarz
Wciąż tę samą gram piosenkę
A ja stary kataryniarz
Wciąż tę samą gram piosenkę

Kto zgadnie, czy smutną gram pieśń, czy radosną
Co żywych i zmarłych do tańca porywa
Runęła Bastylia a mury znów rosną
Rzym płonie a błazen na lutni przygrywa

I brzmi walc upiorny a świat poszedł w tany
I znów ku wiatrakom ktoś pogna na koniu
Znów Abel padł martwy, morderca - nieznany
A kto za lud walczył, obcięte ma dłonie.."

Jest taka piosenka, która gdyby był kanon piosenkolektur szkolnych, powinna tam być. Słowa napisał współczesny poeta Jerzy Czech (matematyk z wykształcenia) a muzykę Przemysław Gintrowski, który ją wyśpiewał jak to on, tak, że ciary...

Piosenka jest o życiu. I o tym, że dramaty, w które dajemy się wkręcać, są niezmiennie powtarzaną melodią.

To, co dzieje się aktualnie w narodzie i na ringu międzynarodowym a także w globalnej plotkarskiej przestrzeni, którą postrzegam jako mechanizm obronny zbiorowej osobowości, to taka właśnie melodia.

Idzie sobie przez świat taki stareńki kataryniarz. A człowiek jak beton. Nie rozpoznaje, że to już było. I daje się porwać w kreowanie dramatycznej melodii tracąc energię, zdrowie, czas.
Na co?

Na przykład na oburzenie kostiumem nowej pierwszej damy, tekstem tej odchodzącej "że jest już wolna i może iść, bo to juz jest koniec", wcześniej przedwczesną owacją na cześć niedoszłej pierwszej damy i że one wszystkie to mają coś na punkcie pierwszej damy króla tego świata za oceanem - tego, który nim jest, bo tak się czuje a nie z powodu koronacji, której nie było. Szambo wylewa się na nich wszystkich - ludzi, których wylewający nigdy nie poznali i nie poznają osobiście a siła w tym taka, jakby miało to użyźnić grunt pod uprawę ratującą życie.

Ta melodia ma też nuty przejmująco bezradne o tym, że przy biesiadnym stole podejmowane są decyzje w sprawie tych, którym głodem odbierany jest dom. Ta melodia juz tez była grana. Po wielokroć.

Stary kataryniarz przypomina też o niezmiennie odtwarzanym programie stawiania barykad - gdzie ludzie, jak pionki są rozgrywani tylko dlatego, że jakiejś idei, która przekonała ich bardziej niż inna, przypisano kolor. I pionki muszą się z tego powodu zbijać na planszy, aż do zakończenia gry. A potem kolejne rozdanie.
O tym jest też inna piosenka P.Gintrowskiego. "Dylemat", doskonała.

Tak mi się przypomniały obie, bo po dość długim czasie detoksu od informacji "co na świecie", zainfekowałam się telewizją i internetem. I zrobiło mi się niedobrze. I żeby to odkręcić, musiałam na szybko znaleźć coś w bazie danych moich kół ratunkowych. Żeby sobie jakoś poradzić, wyjaśniając. Bo wiedza na temat tego, czego się dowiadujemy, pomaga 😉
I wykopałam "Kataryniarza" i dokojarzony w temacie "Dylemat".
Polecam Państwu, bo może kogoś też mdli. I potrzebuje stabilizatora. U mnie już lepiej.

https://youtu.be/0FqWubDMw9k?si=NTsoQccd8q-uw8Lr

https://youtu.be/u_6Dcheobdo?si=_XComjJqWAjIHmQz

🌿

DO TERAPII !!!Żyjemy w czasach obfitości. Generalizując.Mamy dużo rzeczy, opcji, możliwości, wątpliwości, potrzeb, oczek...
05/08/2025

DO TERAPII !!!

Żyjemy w czasach obfitości. Generalizując.
Mamy dużo rzeczy, opcji, możliwości, wątpliwości, potrzeb, oczekiwań, bodźców, frustracji i traum.
Taki rynek do zaopiekowania. Marzenie różnej maści opiekunów i handlowców.

W tej obfitości, w odpowiedzi na potrzeby rynkowe, rosną jak grzyby po deszczu pomysły na zaopiekowanie naszych lęków głównie.

Psychiatria opracowuje kolejne klasyfikacje chorób a my jak w dzikim tańcu coraz częściej potrzebujemy diagnozy, bo co nazwane, to oswojone...i mniej boli.
Alternatywne metody z pogranicza parapsychologii, astrologii i innych kosmicznych źródeł też dają popis manifestacji w odpowiedziach na pytania, co komu dolega, jaki kto jest i co z tym robić koniecznie.

Przykład ilustrujący szaleństwo, które z zaciekawieniem obserwuję.
Jakiś czas temu hurtowo diagnozowany Zespół Aspergera u dzieci ustępuje miejsca ADHD u dorosłych. Robi się tak, że nie wypada nie mieć. Obecność zaznacza też "borderline", ale póki co w tyle jeszcze.
Tak się porobiło niekiedy, że, gdy się ma ADHD lub "border", to jakoś lżej...
Można tym wiele wyjaśnić, odpuścić, oddać do terapii.

Do terapii!

Fakt, sama często łapię się na tym, że swoim skrętom mówię "do terapii". Idę gdzieś, albo chałupniczo łatam. Ale pojedynczy objaw, reakcja na bodziec czy zwyczajne wyczerpanie i związana z nim frustracja nie są powodem do wizyty u psychiatry, wrzucenia się w pełnoskalową psychoterapię czy warsztat rozwoju przeciw zwijaniu.

To, że mamy pełne lodówki nie oznacza, że mamy zajadać pustkę. W diagnozie. I w terapiach.

Nie wszystko jest chorobą, zaburzeniem, nawet jeśli objawowo zgadza się z tym, co powie internet (czy nawet niestety diagnoza specjalisty postawiona w kwadrans).
Nie wszystko jest "do terapii."

Natomiast wiele jest biznesem.

Okrutnym, tarzającym nas w obfitości ofert szaleństwa, za które chętnie zapłacimy, byle "nie bolało" - biznesem.

Zdarzyło mi się wyprowadzać z błędów autodiagnostycznych. I w gruncie rzeczy lubię to robić. Choć mogłabym na tym zarabiać. Na czyimś lęku przed szaleństwem, depresją, nerwicą czy teraz tym na czasie w obfitości ADHD.
Z jakiegoś powodu oczywiście pojawia się pomysł "o, to mam!". I to jest do przegadania. Ale nie z receptą na sześciomiesięczną farmakoterapię i pakowanie się w długodystansowy proces terapeutyczny. Bo to właśnie jest szaleństwo.

Bierzmy z tej obfitości. Z sensem. I umiarkowaniem.

Objawy są po to, żeby się im najpierw przyjrzeć i umieścić w kontekście. Bywa tak, że pacyfikowanie ich diagnozą i natychmiastową terapią w kolejnej i kolejnej metodzie oddala od odzyskania równowagi.

Uzdrawiajmy się spokojnie. Zanim opróżnimy opływającą w obfitość lodówkę, zapytajmy, czy faktycznie jesteśmy głodni.

🥣

INKLUZJA I LASY BURSZTYNOWENie da się psychologią doświadczać życia bez znajomości historii. Historii szeroko pojętej - ...
02/08/2025

INKLUZJA I LASY BURSZTYNOWE

Nie da się psychologią doświadczać życia bez znajomości historii.
Historii szeroko pojętej - świata, sztuki, literatury, muzyki, rodu, itd. Psychoterapia to w dużej mierze wykopki archeologiczne.

Mój ulubiony kamień to bursztyn. Mogę godzinami przyglądać się okazom muzealnym, lubię nosić i dotykać. Miejsca, gdzie mogę kupić kolejny kamyk to wyzwania dla mojej płynności finansowej.
Dokopałam się do rdzenia tej fascynacji.

40 milionów lat temu dzisiejsze Morze Bałtyckie porastał las.
Las bursztynowy.
Sosny, świerki, jodły, modrzewie, dęby i palmy w klimacie subtropikalnym. W tym samym czasie na terenie dzisiejszej Europy Środkowej żyło Morze Tetydy. Potem ruchy tektoniczne i zlodowacenia wszystko poprzestawiały. Ale drzewa zdążyły podzielić się żywicą, która spływając, zatapiała napotkane po drodze żyjątka, listki i różne paproszki będące dziś źródłem uciechy dla archeologów. Nazywa się to inkluzją. Bursztynu, w tym przypadku.
Termin został zaadaptowany do nauk społecznych i aktualnie, w moim odczuciu (bo nie w ocenie przecież), nieco nadużywany. I ja zupełnie nie o tym.

40 mln lat temu rozpoczął się pewien proces, z którym spotykam się w oczku kolejnego pierścionka czy wisiorka. Żyję na tym świecie w tym rozdaniu niespełna 50 lat. Mam w domu książki, które mają 100 lat. Sięgam znajomością osobistych przodków do 150 lat wstecz. Lubię się włóczyć po średniowiecznych zamczyskach sprzed 800 lat...ale konfrontacja z wielkością 40 milionów lat - jest błyskiem oświecenia rzuconym przez najlepszego nauczyciela na świecie, pokorę.

Żyjemy sobie dochodząc do wieku indywidualnej świetności (każdy swojej) i panoszymy się na mniejszym lub większym, danym nam przez różne okoliczności - ogródku. Uprawiamy go albo zaniedbujemy, przetwarzamy na jego terenie produkowane osobiście śmieci albo budujemy zasoby dla tych, którzy być może będą pamiętać o naszym istnieniu. Przekopujemy się na ogródki sąsiadów, z zazdrością lub racjonalizowanymi motywacjami walki o równość czy coś tam, co akurat ideowo styka się w czasie. Podpinamy i dajemy się podpinać pod wyczerpujące energię procesy z tym związane.

A potem być może kolejne ruchy tektoniczne to wszystko poustawiają tak, że będziemy jedynie "dowodami inkluzywnymi". Zatopionymi w żywicy, bo ja o tym przecież.

O tym, że bursztyn wyrzucony na plażę bałtycką przez jesienny sztorm, daje nam niezwykle cenną lekcję poprzez prezentowaną inkluzję.

40 milionów lat temu...
Do tej pory nie mamy pewności, co się wtedy działo, ale możemy dotknąć kamyczek, który tam się wtedy zaczął.

Dzielę się z Państwem tym momentem oświecenia, bo może nie tylko dla mnie głęboko odciążającą okaże się refleksja, że zjawisko inkluzji w kontekście historii lasów bursztynowych ustawia nas w szeregu przywracając równowagę.
To doskonałe narzędzie do pracy z ego 😊

🐚🪼🐌🌿🕰

GDZIE DOCIERA SŁOŃCE, TAM NIE MUSI LEKARZMam afekt solarny. Lunarny też, ale solarny przewlekle. Jak mi się coś robi nie...
30/07/2025

GDZIE DOCIERA SŁOŃCE, TAM NIE MUSI LEKARZ

Mam afekt solarny.
Lunarny też, ale solarny przewlekle.
Jak mi się coś robi nie tak, to wołam słońce.
W każdej minucie i formie jego obecności.
O wschodzie inaczej, w południe inaczej a gdy zachodzi to w ogóle magia ukojenia w procesie zdrowienia. Efekt podbija zapach sosnowego lasu i piasek morski pod stopami. Nie potrzebuję grila słonecznego, choć to natężenie mi nie przeszkadza. Nie potrzebuję kurortu chronionego przez wojsko czy sponiewierania lotem puszką, żeby doświadczać. Czasem wystarczy chwila w parku, lesie czy na tarasie ulubionej knajpki od południowej strony.
Odsunięta szyba w aucie, na światłach czy w korku w kierunku słońca też robi.

Słońce przywołuje porządek. Uczy, że wszystko ma swój naturalny początek, szczyt i musi mieć koniec.
Słońce karmi dojrzewające pomidory i uzdrawia robiącą w naszym świecie aktualnie furorę witaminą D ludzi.

Słońce nie pozwoli, by pleśń zapanowała nad światem.

Słońce wskazuje kierunek tym, którzy w drodze.

Słońce rozjaśnia ciemny kąt, w który wcisnął się demon ciemną nocą siejąc lęk i zwątpienie.

Gdy wystawiamy się do słońca dostajemy ciepło. A ciepło zawsze otula. Rozpuszcza lodowe grudki, którymi celują w nas zamrażając ducha, ci i to z ciemnej strony mocy. I ja całkiem serio o tym zjawisku. Ciemna strona mocy nie lubi słońca. Bo ono wnosząc jasność bezlitośnie demaskuje, klasyfikuje i nazywa wprost wszystko, co tam brzydkie, złudne, paskudnie uwodzące, kłamliwe i agresywne.

Ostatecznie słońce to centrum znanego nam świata. Nie bez przyczyny tak to ułożono.

Polecam Państwu terapię Światłem 😉
Dosłownie i w bardzo szerokiej metaforze.
W metaforze nawet bardziej.
Bo dosłownie, to w sumie, co kto lubi.

🌞🌞🌞

CO U SUPERMANAZdradziłam Batmana, żeby  zdobyć tę wiedzę. Czasem trzeba zajrzeć w cudze universum, żeby złapać perspekty...
26/07/2025

CO U SUPERMANA

Zdradziłam Batmana, żeby zdobyć tę wiedzę.
Czasem trzeba zajrzeć w cudze universum, żeby złapać perspektywę we własnym.
A to u Batmana, a to w Star Trek czy gdzieś w odległej galaktyce.
Tak jak w Gwiezdnych Wojnach irytowała mnie kiedyś topornie poprowadzona jatka rodowa, więc serce zaniosłam na pokłady Star Trek - tak u Supermana ciężko było mi znieść głównie majtkowy outfit, więc stanęłam przy klasie Batmana.
Aż tu przyszedł kryzys roku 2025 i w kinie na drodze życia w deszczowy dzień zagrano tylko dwa filmy: Smerfy i Supermana. Batman zrozumie, gdy mu doniosą.

Piszę o tym banalnym zdarzeniu, bo mieści w sobie - poza wątkami nanotechnologii i kieszonkowego wszechświata - kawałek systemowego podejścia psychoterapii rodzin.

Rodzice zawsze dziecku namieszają i nie ma co się oszukiwać, że da się temu zapobiec. Mamy to w ludzkich ustawieniach fabrycznych i już. Tak przy okazji, im szybciej zabezpieczymy pociechom fundusze na psychoterapeutyczne działania korygujące w przyszłości, tym lepiej.
No i właśnie o tym jest ta opowieść. Nie o funduszach. O tym, co rodzice dzieciom.

Poza działkami, domami, złotymi garami w sejfach, zostawiamy dzieciom dwa nieporównywalnie ważniejsze zjawiska.

SŁOWA i WSPOMNIENIA.

Mówimy często: "moja mama zrobiła..., mój tata mówił..."

I to, jak mocno i głęboko ważne są te słowa od rodziców i wspomnienia z nimi jest rdzeniem wielu psychoterapeutycznych procesów. Śmiem twierdzić, że wszystkich.
Co słyszymy, a czego lepiej żebyśmy nigdy nie usłyszeli.
Wspomnienie jakiego zdarzenia z nimi uzdrawia a jakiego prowadzi do choroby.

To jest nasz spadek, dziedzictwo, czasem obciążenie, czasem błogosławieństwo.

Jako dzieci musimy to dźwignąć i zdecydować, co zabieramy w dalszą podróż.

Jako rodzice powinniśmy jak najwcześniej uświadomić sobie, co zostawimy.

Drogi Batmanie. Sam widzisz, że musiałam... Twoja historia z rodzicami i dziedzictwem też nielekka, ale Superman miał inaczej jeszcze...hm, nieziemsko, dosłownie. Żal nie wspomnieć, bo może komuś się przydać.
A wielu z batmańskich wyznawców może zignorować chłopaka w czerwonych majtkach niesłusznie...
Btw, czerwony kolor w tej okolicy wzmacnia czakrę podstawy - można skorzystać kto z Państwa potrzebuje 😉 ...na pewno nie zaszkodzi.

🎦

Taka nutka... Może komuś z Państwa posłuży wspierająco, ku lepszemu 🍀🍀🍀
25/07/2025

Taka nutka... Może komuś z Państwa posłuży wspierająco, ku lepszemu 🍀🍀🍀

Utwór-manifest pod tytułem „Powiedz mi jak?” stworzył DOBRY we współpracy z Piotrem Fronczewskim i producentem muzycznym Kubą Galińskim. Reżyserem klipu jest...

NO I LIPAJest takie powiedzenie. Pasuje do "gonić w piętkę" i  do "kto nie czuł, niech pierwszy rzuci kamień". I mojego ...
11/07/2025

NO I LIPA

Jest takie powiedzenie. Pasuje do "gonić w piętkę" i do "kto nie czuł, niech pierwszy rzuci kamień". I mojego ulubionego z najpaskudniejszych samopoczuć z dawnych lat "ch***ia z grzybnią".
Obserwuję wysyconą niezdecydowanym latem, psychotyczną polityką, tranzytami gwiazd, szukaniem siebie na kolejnych cudwarsztatach wyjaśniających nową teorią te same praktyki i wreszcie przebodźcowaniem - tendencję do marudzenia. I zapadania się w sobie. Niestety często obiektywnie uzasadnionych.

Z tymi z Państwa, którym nowy, bo dotąd nieznany kawałek muzyczny, wpuszcza promień światła "w lipę", dzielę się dziś odkrytym, który wezmę do auta i tak długo będę jeździć po wieczornym mieście, dopóki mi się nie znudzi.
To często lepsze niż nowe techniki, modalności i analizy. Męczące.

A tu proszę:
https://youtu.be/jKQYxV6PCaI?si=O6i9ySmuxu6BQkjO

CHLEB ODDANYUsłyszałam to piękne powiedzenie od mojej terapeutki, superwizorki i przyjaciela w jednej osobie, gdy ostatn...
07/07/2025

CHLEB ODDANY

Usłyszałam to piękne powiedzenie od mojej terapeutki, superwizorki i przyjaciela w jednej osobie, gdy ostatnio musiałam zmierzyć się z tobołkiem spraw wymagających głównie czasu.
Są takie. W ich przypadku tobołek może rozsupłać wyłącznie czas. Żadna terapia, medytacje, psychodeliki, szaleństwo, wglądy, otulanie miłością, tony książek i tłumy mądrch ludzi po drodze.
Czas wyciąga z tobołka taką sprawę, jedną czy drugą, często hurtem i mówi: teraz.

I zwykle czujemy, że przeczołga nas po przestrzeni, którą zobaczymy na nowo.

Dzieje się tak wtedy, gdy w tej przestrzeni wyrównuje się ciśnienie. Ciśnienie emocji, reakcji poznawczych i zachowań, które latami szalało hamując oddech i zdolność rozpoznania, co tu się zbyt długo odwala. Nie dzieje, odwala. Pasuje mocniejsze "od..", ale niech nam forma nie zasłania treści.

Wyrównanie ciśnienia to warunek życia. Bez wyrównania, to ciągła walka o przetrwanie.
Może to być przestrzeń relacji - ze sobą czy z innymi, przestrzeń zawodowa, rodzinna, związana z rolą - dziecka, rodzica, siostry, brata, żony, męża, kochanka, przyjaciela, ubogiego krewnego czy bogatego wujka.

Prawdopodobnie każdy z nas ma jakąś swoją przestrzeń niewyrównanego ciśnienia. I ból, który się pojawia, gdy tam zaglądamy.

Gdy z tym pracujemy, potrafimy nazwać tę przestrzeń i ból i określić siebie w roli. Potrafimy przerzucić tony kamieni, żeby odgruzować to, co popadło w ruinę, bo nie byliśmy w stanie, nie byliśmy gotowi, żeby dźwignąć. W czasie zaciąganych długów. Z czyjejś strony. Czasem swojej a czasem nie. Mniejsza o kierunek. W efekcie nastąpił problem z ciśnieniem. Przez długi czas tkwiąc w takim chorobowym stanie, zapomnieliśmy, że sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta.
Gdy ciśnienie szaleje, należy je wyrównać.
Gdy mamy długi, należy je spłacić.
Gdy zjedliśmy komuś chleb, należy mu ten chleb oddać.

I teraz na scenę wchodzi główny rozgrywający - Czas.

Ciśnienie potrzebuje czasu, żeby się wyrównać.
Na spłatę długu, potrzebny jest czas odpracowania.
A chleb nie piecze się w sekundę.

Może dlatego prawdziwi mędrcy to ci z siwizną na skroniach... Doświadczeni wyrównywaniem ciśnienia i pieczeniem chleba.

"Chleb oddany" to wyrównanie.

Dobrze dla nas, jeśli w dobrym. Choć nie o wartościowanie tu idzie.

"Chleb oddany" to zakończenie procesu zmagania się o uznanie krzywdy, winy, sprawiedliwości, spalenia karmy, spłacenia rachunku. Zrozumienie, że nastał pokój. Bo wszystko, co miało wybrzmieć, wybrzmiało.

"Chleb oddany" to błogosławieństwo.

Dotknięcie tego stanu, nawet jeśli opłacone przejściem przez ciemną dolinę to zawsze ostatecznie stanięcie w jasnym i ciepłym.
Nerwy lubią ciepło. Podobnie jak wypiekany chleb, który lubi w cieple wyrosnąć.

Tym z Państwa, którzy mierzą się z różnicą ciśnień, w smutku, bezradności czy szaleństwie szukają wyrównania w jakiejś swojej procesowanej przestrzeni - życzę "chleba oddanego".

🥖🥖🥖

CHCIAŁEŚ BYĆ MARYNARZEM Kiedy umiera ktoś bliski, okoliczności budujących to, co się z nami dzieje, jest tyle, ile każdy...
03/07/2025

CHCIAŁEŚ BYĆ MARYNARZEM

Kiedy umiera ktoś bliski, okoliczności budujących to, co się z nami dzieje, jest tyle, ile każdy potrzebuje do uporania się z historią tej konkretnej relacji.

Jaka była, przepuszczona przez subiektywne filtry a jaka była naprawdę.

Każda relacja zbudowana jest na bazie naszych indywidualnych potrzeb, oczekiwań. Czasem, gdy nie są zapokajane, jesteśmy gotowi namalować właśnie nimi piękne wyobrażenie, które tak długo będziemy kolorować, aż uwierzymy, że jest realne. Zdarza się, że ten "maniakalny upór" wydrąży skałę i w realu uzyskamy choćby skrawek tego, co usiłujemy sobie w takiej relacji wywalczyć.
Gdy przychodzi moment, gdy się kończy - pojawiają się bardzo silne emocje.

Emocje żałoby.

Żałoby zapoczątkowanej przez zerwanie kontaktu lub bardzo ostateczny sposób - śmierć.
To bardzo trudne słowo dla większości z nas.
Nieodwracalne.
Nawet jeśli weszliśmy na poziom ufności, że to nie koniec, to i tak w końcu musimy urealnić się w tym, że choćby nie wiem, ile inkarnacji czy spotkań na niebiańskich łąkach przed nami - to teraz już koniec. Już ani jednej sekundy, słowa, spojrzenia i gestu.

Gdy to zawsze szokujące spostrzeżenie zdołamy w sobie juz pomieścić, zaczyna się żałoba.

Jest potrzebna, żeby nie oszaleć. Żeby nie ugrzęznąć w rozpaczy za tym, co się nie wydarzyło a przecież miało.

W żałobie przytulonej do prawdy na temat tej zakończonej relacji, dojdziemy w końcu do punktu, w którym usłyszymy w sobie przekonanie - wydarzyło się tyle, ile miało się wydarzyć.

Na to się umówiliśmy.

Możemy też przyjrzeć się temu, na co umówił się ten ktoś, kogo żegnamy. Sam ze sobą. Wtedy też robi się lżej...

W moim życiu niespełna 50 lat temu pojawił się młody chłopak, który chciał być marynarzem. I jest taka piosenka, która jest o tym, na co się ze sobą umówił...

Zdążył mi powiedzieć, że jednak żałuje... kilku zakrętów i bryk, które skasował.
I jestem wdzięczna, że zdążył. Łatwiej się pożegnać.
Ponieważ czytał "mojego fejsbuka" i czasem komentował nie-online, zrobię tu sobie domknięcie dialogu...

Każdy sposób na domknięcie dialogu jest dobry, jeśli pozwala puścić i pójść dalej.

"Chciałeś być marynarzem
Chciałeś mieć tatuaże
Podróżować zwiedzać świat
Pięknie żyć garściami życie brać
Chciałeś być piosenkarzem
Chciałeś mieć pełne sale
Podróżować zwiedzać świat
I wiele pięknych pięknych kobiet znać
Przemierzyłeś cały świat od Las Vegas po Krym
Zgrałeś tysiąc talii kart które lubią dym
Skasowałeś kilka bryk nie żałuję dziś
Nie żałujesz dziś?
Chciałeś dać coś dobrego
Dałeś tylko siebie
Los okrutnie z ciebie drwił
Gorzkich nauk nie oszczędził ci
Chciałeś wnieść coś nowego
Chciałeś mieć więcej wiary
Los okrutnie z ciebie drwił
Twojej wiary nie odebrał ci?
Przemierzyłeś cały świat od Las Vegas po Krym
Zgrałeś tysiąc talii kart które lubią dym
Skasowałeś kilka bryk nie żałujesz dziś
Nie żałujesz dziś?"

Zdążyłeś odpowiedzieć.
Chleb oddany.

Bardzo emocjonalnie zareagowałeś też kiedyś na inną piosenkę. I też zdążyliśmy o tym pogadać, za co możemy sobie wzajemnie podziękować...
https://youtu.be/jr2PbOGaWn8?si=RjqKb0zzb3RMBqIp

💌

https://youtu.be/3z-jNRAwSHk?si=1RqD3Cz4FWRIjHqe
..

CHUDY CIEŃ, KTÓREGO NIE WIDAĆCześć. Mam na imię Joanna. Manifestacją mojego cierpienia była anoreksja. Od 23 lat moje ci...
21/06/2025

CHUDY CIEŃ, KTÓREGO NIE WIDAĆ

Cześć.
Mam na imię Joanna. Manifestacją mojego cierpienia była anoreksja.
Od 23 lat moje ciało już wie, że nie warto.
Teraz jednak często wyłapuję śladowe rzuty stanu umysłu, jakim ona jest.

Anoreksja to stan umysłu.
Sposób radzenia sobie z myśleniem. I czuciem tego, o czym się myśli.
Czuciem objawionym całym wachlarzem nadmiernie pokolorowanych emocji. To czucie mocniej, więcej, często nie do udźwignięcia w danej gotowości.

Część oprogramowania instalowanego zwykle etapami.

Czasem zainfekowana wirusem puszcza wodze fantazji i daje się ponieść świeżo i na szybko pisanym historiom. Czasem, jak mawiają znajomi Amerykanie: "s**t happens" i zasila ją silniejszy czynnik bardzo zewnętrzny, niezależny od tego, co napisze własna ręka na kolejnej stronie historii, której się jest frontmanem. Bo flamaster w cudzej dłoni okazał się silniejszy. I tyle.

To stan umysłu, który nie zawsze liczy kalorie, często w ogóle (nigdy nie liczyłam). Nie zawsze obsesyjnie myśli o swoim wyglądzie i jest na dietach (w tym czasie nigdy nie byłam i nie ważyłam się, nie miałam nawet wagi). Nie zawsze jest w stereotypie rozpoznania sklasyfikowanego przez WHO. Chudy cień jest łącznikiem, ale to co ze sobą robi i dlaczego jest ZAWSZE historią indywidualną.

Świat mocno przyspiesza i daje sygnały, by wyrażać się otwartym tekstem. I zaczynać od siebie. A że mam już swoje lata i komfort słusznej perspektywy, pozwolę sobie na, mam nadzieję służący sprawie, kawałek ekshibicjonizmu. Nie zdecydowałam jeszcze, czy ta fejsbukowość będzie pierwszą stroną książki w fabule czy dalszym ciągiem pracy naukowej (anorektycy umysłowi zaczynają i często nie kończą wypsztykawszy się początkowym entuzjazmem). Fabuły są finalnie zdrowsze, radośniejsze (nawet jeśli w tragicznym rdzeniu) i pozwalają na wielowątkowość - a anoreksja taka właśnie jest, wielowątkowa.

Moją pierwszą pacjentką ponad dwie dekady temu (czyli w bardzo innym świecie) w szpitalnej poradni psychiatrycznej była bardzo młoda dziewczyna z rozpoznaniem bulimii.
Od wielu lat nie używam już określeń "chora na", a to, o czym napiszę, może wyjaśni dlaczego. Rozpoznań zaburzeń odżywiania było już wtedy sporo, więc podjęłyśmy z koleżanką, też psycholog, próbę stworzenia programu pracy z tematem, w tym grupę wsparcia. Był to też czas, gdy bulimia, otyłość i anoreksja były wrzucane do jednego worka. Błędnie.

Sama wtedy kotłowałam się ze swoimi resztkami sprzątanymi po ogromnych bitwach, sądząc, że wojnę mam wygraną. Myślałam, że jadę czołgiem, który rozjedzie w pył problemy "chorych na" tylko dlatego, że napisałam pracę o zaburzeniach odżywiania, jeździłam w różne rejony kraju, żeby testować super-test i przeczytałam wszystko, co wtedy było do przeczytania na ten temat. No i miałam ten cudowny "haj" poczatkującego, który jeszcze nie wie, że wsadza głowę między drzwi.
A! ...i nie wiedziałam, że moja historia przypudrowana psychoterapią własną i tempem, które przyspieszyło w kwestii poznawania świata, nadal się pisze.

To pierwsze nazwisko w pierwszym kalendarzu pierwszego dnia pierwszego roku mojej pracy zawodowej, było jak znak od bogów. Oni mi nie kiwali.
Oni krzyczeli "spójrz w lustro!".
Bo mój stan umysłu nadal anorektyzował.

Trochę służącego ekshibicjonizmu.
W liceum mi wybiło. Przewodnicząca samorządu szkolnego z celującym z polskiego na maturze - zwariowała. Mniejsza o mało chwalebną etiologię. Następnie na studiach nie wiedziałam, że moje ciało sponiewierane przez emocje kontrolujące zdrowy rozsądek i worek mechanizmów obronnych zaczęło krzyczeć. Studiowałam w zachwycie (a może w hipomanii) dwa kierunki. Mieszkając w akademiku udzielałam się towarzysko bardzo intensywnie, co ratowało mnie wbrew pozorom jak sanatorium rozchwiany kręgosłup.
A w tle budziły się demony, które zdecydowanie nie pasują do fejsbukowego postowania, bo to nie opis przypadku przecież.
Jeden z ludzkich wykładowców zauważył problem i w efekcie owocnej sugestii zaczęłam psychoterapię.
Dlatego, zaprawdę powiadam Wam - studenci psychologii - studiujcie nie-online, bo zapewniam Was, wielu z Was taki czujny wykładowca fejstufejs by się przydał. Chociaż...teraz podobno szuka się w tym zawodzie zysku a nie ratunku w studiowaniu.

Wracając, dopiero po powrocie zza oceanu, gdzie mnie poniosło tuż po obronie tytułu, zobaczyłam zdjęcie zrobione mi w drodze na lotnisko. W ciemnych kolorach, żółtych wystrzyżonych włosach i w towarzystwie słodkich bułek. Tak, bo anorektycy zwykle lubią i umieją piec, gotować i urządzać przyjęcia - z niczego robi się dużo, musi być dużo wszystkiego. Żeby było czym się zasłonić.
Patrząc na nie po roku, wyglądałam już inaczej. Kolorowo ubrana, w adidasach i długich blond, patrzyłam na siebie z fotografii jak na dowód, że skuteczna psychoterapia to życie w ciągu przyczynowo-skutkowym. Zobaczyłam. Choć jeszcze bez szans na przepracowanie. Usłyszałam jak z zaświatów swoje ciało.
I myślałam, że to koniec tematu. A to był dopiero początek zdrowienia.

I zaczął się nie w gabinecie psychoterapeutycznym. Dostałam w prezencie urodzinowym sesję u tarocisty (psychologa z wykształcenia zresztą, co być może miało znaczenie). Rozdygotana kolejną historią życiową, na którą się nadziałam, usłyszałam: CO MA BYĆ? A NIC NIE BĘDZIE, BO WSZYSTKO JEST OK. Pomyślałam "ty ściemniaczu, jest bardzo daleko od ok" i poszłam sobie.

Z perspektywy czasu, wydarzeń i licznych historii podobnych mniej lub bardziej, którym już z inną głową towarzyszyłam, uznaję to zdanie za wybitne.
Wybitne.
Nie był ściemniaczem.

Anoreksja to nie choroba, to stan umysłu. Rozpoznanie, które jest potrzebne, żeby medycznie zaopiekować temat, jeśli tego wymaga, to jedno - a to, jak się z tym żyje i kiedy to odchodzi, to drugie.
Można spędzić miesiące w ośrodkach,w oddziałach szpitalnych czy na ambulatoryjnych kozetkach, które przywrócą wagę. Ocalą fizjologię. I to ważny etap.
W moim przypadku było spontanicznie ekstremalnie - anioły uzdrowienia wysłały mnie na rok do ojczyzny fast foodów i Starbucksa (do którego teraz mam słabość, pielęgnowaną smakiem zmiany perspektywy). A smaki w anorektycznym stanie umysłu wiążą i wikłają, nawet post factum, taki objaw zejściowy. Przyjemny w analizie.

Anoreksja to bardzo długi stan.
Albo i nie.
Bo nie chodzi o czas. Chodzi o kumulację przeżyć, które muszą się pojawić, żeby zobaczyć siebie prawdziwego na fotografii. W gotowości do zejścia wgłąb, żeby zobaczyć, co, kiedy i dlaczego tam się porobiło.

A potem, gdy psychoterapia ponazywa, oczyści wstępnie tę stajnię Augiasza, pojawi się olśnienie. Nie psychiatryczne, zdrowe jak koń olśnienie, które poprowadzi, jak koń w hipoterapii.

Może nim być ktoś, kto pokaże exit, lub powie coś, czego nie potraktujemy niepoważnie. A może drzwi, które się otworzą i należy przez nie przejść. Może obrazek na ulicy albo czyjaś historia, jako świadectwo, nawet nie per analogiam.

Podaję więc dalej, mając perspektywę i inny stan umysłu jako narzędzia:

Nic nie będzie, bo wszystko jest ok...dziewczyno, która czujesz, że coś jest nie tak i chłopaku, którzy boicie się własnego chudego cienia...

Tego, którego nie widać.

Jest przesprytnie i nieświadomie maskowany przez Ciebie czekającego na gotowość.
A ona przybędzie prześwietlając tego chudego tak, że zobaczysz to kiedyś wyłącznie na fotografii.

💚

Tym z Państwa, którzy mierzą się z tematem lub stoją przy tych, w których gotowość zaledwie się tli, polecam pierwszy krok, dokładnie w takiej kolejności:
* konsultacja z zaangażowanym internistą,
* kontakt z psychoterapeutą, który określi na wstępie metodę i to, czy jest ona spójna z tym, co w duszy gra potrzebującemu,
* kontakt z wyspecjalizowanym w tej konkretnej dziedzinie psychodietetykiem.

Anoreksja boli inaczej niż tylko wychudzone ciało. Ale to nim najpierw należy się zaopiekować.

🍼

Znalazłam niedawno tę fotografię na dnie kuferka sprzed lat. I nareszcie mam odwagę podzielić się jej dość powierzchownie tu streszczoną historią. Może komuś się przyda. Info, że to nie wyrok, jeśli damy sobie szansę na gotowość.

Address


Telephone

+48604102431

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Psycholog Joanna posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

  • Want your practice to be the top-listed Clinic?

Share