23/02/2026
Witam serdelecznie!
Chwila przerwy była, bo własne koty postanowiły się pochorować i zostały poniekąd inspiracją do dzisiejszego wywodu.
Bo moje koty to CHOLERY. Stazy boi się połowa zespołu bo jest mordercą a kot Chaos to panikarz pierwszej wody : )
A cóż słyszę często w gabinecie ? Nie przychodziłam/em z nim wcześniej bo jest nieobsługiwalny/a.
A d**a tam, większość nazywanych „nieobsługiwalnymi” kotów wcale nie jest takich okropnych jak będziemy wiedzieć jak takiego Mruczka traktować.
Dziś więc o tym jak iść z kotem do lekarza i nie umrzeć.
Od razu zaznaczę, że to moje własne doświadczenia i jakaś tam nabyta wiedza, wiadomo, że behawioryści mogliby pięć tomów napisać bo są mądrzejsi ode mnie – ale zawsze to coś niż nic😊
Tak naprawdę wszystko zaczyna się w domu.
Wyobraź sobie że żyjesz se w spokoju, żresz saszety, siedzisz na kolanach i nagle ten Twój sługa bierze Cię za w fraki, wrzuca do jakiegoś więzienia, którego nigdy nie widziałeś a potem na domiar złego to więzienie pakuje do jakiejś burczącej maszyny. O dalszych losach wspomnę potem. Chyba niefajnie?
Transporter nie powinien być przedmiotem na tak zwanych gościnnych występach w życiu kota.
Kot ma to traktować jako miejsce „swoje”, stałe w życiu i bezpieczne. Dlatego też warto transporter traktować w domu jako kolejną „budkę” czy mebel dla kota – usunąć kratkę, wsadzić zasmrodzony kocim swądem kocyk, zabawkę i smaczki. Niech będzie to alternatywa łóżeczka, skrytki i miłe miejsce, żeby kot nie kojarzył tego potwora z nieprzyjemnymi i stresowymi sytuacjami.
Jeżeli koleżka jest oporny – kombinujemy ale kluczem jest by robić wszystko POWOLI, małymi krokami. Początkowo karmimy Mruczka/ dajemy smaczki w jakiejś odległości od tej straszliwej budy. Następnie codziennie, powolutku zmniejszamy dystans między smaczkiem a transporterem do momentu możliwości podkarmienia chłopa wewnątrz więzienia. Oczywiście dobre słowo i głaski – jak najbardziej, każdy kot kocha pochwały.
Jak już uszanuje przebywanie w tymże – na krótki czas zamykamy kratkę padając na kolana przed sierściuchem, że łaskawie znosi to z godnością. I znów – czas ten wydłużamy.
I jak już wtedy kot łaskawie czuje chill w transporterze z kratką – możemy próbować podnosić transporter – początkowo nisko i krótko, potem wyżej OCZYWIŚCIE bijąc pokłony i śpiewając chwalebne pieśni.
Na koniec – krótkie przejażdżki samochodem.
Takie postępowanie może nie zmniejszy do zera kociego stresu ale zawsze być zamkniętym w znanym więzieniu i stopniowo przyzwyczajanym do odsiadek.
Jak już jesteśmy o przyzwyczajaniu w domu – zaopatrzcie się w smaczki. Nauczenie kota zaglądania w różne otwory ciała już w bezpiecznym środowisku zawsze ułatwia przetrwanie wizyty bez szwanku. I tak jak w przypadku transportera czynimy to STOPNIOWO chwaląc pana i władzę. Cóż to oznacza?
Warto przyzwyczaić kota do czynności, które zazwyczaj lekarz wykonuje w gabinecie przy okazji tak zwanego badania klinicznego – czyli zaglądania w każdą dziurę i macania wszędzie. Oczywiście z nagrodami w tle za dobre sprawowanie. Stąd – zajrzyjcie czasem w uszy czy oczy. Otwórzcie buzię, pomacajcie po brzuszku, złapcie łapkę na chwilę dając smaczka, chwaląc, żeby kot te czynności traktował jako normalny element życia i nie kojarzył tylko z tym strasznym chamem w fartuchu. Jeżeli nie do końca wiecie jak to robić – poproście lekarza czy asystenta żeby poinstruował Was w jaki sposób tak zajrzeć se kotu w spojówki czy w gębę w sposób jaki czyni to lekarz aby kitek nie mordował tegoż przy każdym badaniu Niekoniecznie musicie mierzyć tempreraturę - tu akurat możemy zostawić bycie potworem lekarzowi. Pozytywne skojarzenia ( żarcie) to dobra waluta.
Wiem, że są również sposoby typu korzystanie z klikera i inne treningi, ale ja się nie znom, nie widziołom.
No okej. Trzeba jechać na szczepienie czy wizytę.
I tu rada ode mnie – szczególnie u kotów tak zwanych trudnych – zapisać się na wizytę. Zmniejsza to (choć nie zawsze wyklucza) czas spędzony w poczekalni wśród innych zwierząt, zestresowanych Właścicieli, dźwięków telefonu, pomp i rozmów, szczekania psich kolegów, szczególnie że nieczęsto się spotyka osobne poczekalnie dla psów i kotów. U mnie tychże nie ma – często polecam więc Właścicielom kotów wrażliwych psychicznie zostawienie na sekundę kota w samochodzie, zarejestrowanie się – wtedy kotek se siedzi w spokoju i od razu jak nadejdzie jego kolej z drzwi przychodni wędruje do gabinetu, nawet jeśli nie jest zapisany. Dodatkowo – jeżeli nie jesteście umówieni i po prostu znaki na niebie i ziemi uniemożliwiły zapis na konkretną godzinę – posadźta tego Mruczka w tym transporterze na wysokości/kolanach/krześle , niech ma wgląd w otoczenie - na ziemi nie lubimy siedzieć.
No dobra. Weszliśmy.
Lekarz nie zdąży nic powiedzieć a Właściciel albo kota na podłogę, albo na stół i wyszarpuje tego Mruczka przez te drzwiczki sa wszarz. No jak widzę wyszarpywanie za wszarz to się wkurwiam.
Jakby mnie lekarz po wejściu do gabinetu wziął za fraki i poszarpał w te i nazad i jebnął na krzesło to bym się zdenerwowała. Kot też, wierzcie mi ma prawo się zestresować.
I tu wracamy do kwestii transportera – wybór w internetach i sklepach jest wielki, piękny i uroczy. Piękne torby, wiklinowe koszyczki, fantazyjne plecaki, wygodniejsze niż te straszne budy.
Ale te straszne budy to wbrew pozorom świetny wybór, jeśli mają określone cechy.
Pomijam fakt higieny – kot w stresie lub po prostu ze zwyczajnej potrzeby życiowej może zrobić kupę, siku lub zwymiotować podkreślając tymże stosunek do nas wszystkich. Ani wiklinowe kosze, ani plecaczki, ani torebeczki – nie są rzeczą, którą możemy umyć chociażby w gabinecie. A kot – jak nikt inny – bardziej niż więzienia nienawidzi więzienia skąpanego w resztkach kupy, moczu, rzygów.
Najważniejszą dla mnie jako lekarza pasjonującego się kotami jest możliwość ŁATWEGO i szybkiego zdjęcia pokrywy transportera (bo są szuwaksy na śruby co zajmuje czasu a czasu). Tak, mówię o transporterach typu kloc z kratką , najczęściej w dwóch kolorach z zaczepami naokoło, gdzie zdjęcie „góry” jest łatwe, szybkie i przyjemne. I wiem, że są niewygodne w noszeniu. A jak mają jeszcze taką kratkę na dachu co ją można otworzyć… miód malina.
Dlaczego tak?
O wyszarpywaniu/wyrzucaniu kota wspomniałam – trudno się nie bać będąc kotem. Dodatkowo w tym swoim dołku na swoim kocyku kot czuje się bezpieczniej, nie dotyka kocią osobą zimnego stołu plus my-jako oprawcy – możemy większość badania przeprowadzić w komfortowych warunkach. Nie mówiąc o kotach bólowych, których szarpanie nie poprawia sytuacji.
Naprawdę, dobry transporter potrafi ułatwić pracę, zniwelować stres koci oraz ograniczyć ofiary śmiertelne wkurwionego mruczka .
Okej, transporter wybrany, lekarz się cieszy.
Weszliście do gabinetu z kotem w tym transporterkowym Graalu i co?
Postawcie kota na stole czy innym miejscu wyżej niż podłoga i oceńcie czy Wasz kot jest na tyle stabilny i normalny żeby otworzyć mu drzwiczki i pozwolić zdecydować pozwiedzać czy jednak niech siedzi na razie i się nie rusza (raczej nie polecam samodzielnej decyzji na pierwszej wizycie, czasem niech oceni to lekarz czy kotek będzie eksplorował otoczenie czy raczej zrobi rozróbę). Jak kot chętny zwiedzać – niech zwiedza, poczuje się bezpieczniej bo sprawdzeniu każdego kąta.
Następnie – jeżeli lekarz nie zdecyduje inaczej – rozgośćcie się na krześle i pozwólcie porozmawiać o rzeczach ważnych czyli zebrać temuż lekarzowi wywiad. Jeżeli nie jest to sprawa sugerująca stan zagrożenia życia – nie wpadajcie do gabinetu wyszarpując kota od razu na stół do badania. Ten wywiad również jest bardzo istotny a po co stresować zwierzę, a niech się pogapi na otoczenie w tej swojej znanej już budce, na badanie przyjdzie czas.
Ważnym jest odpowiadać na pytania spokojnie, nie podnosząc głosu i nie generując niepotrzebnych hałasów. Robimy miłą atmosferę proszę Państwa. I tu zaznaczę – jeżeli macie oczywiście możliwość – nie zabierajcie dzieci czy też połowy swojej rodziny na wizytę, szczególnie u kota lękliwego lub agresywnego. W przypadku dzieci – pomijając fakt, że ciekawość często wygrywa a i czasem ciężko wytłumaczyć, że teraz trzeba być cicho – gabinet nie jest miejscem do końca bezpiecznym, są leki, są igły, kot może zareagować agresją ze strachu. Jeżeli wiecie, że młode stworzenie umie opanować emocje – luz, nawet dam posłuchać serduszka. Ale czasem z emocji pełno takiego stworzenia, co nie ułatwia pracy lekarzowi, jest ryzykowne, stresuje zwierzę i nie pomaga się skupić Właścicielowi. Ofkors – czasem bywa tak, że nie ma wyjścia i dzieci trzeba zabrać ze sobą, proza życia, nikt krzyczeć nie będzie. Ale jeżeli nie ma opcji zostawieniu małego, ciekawskiego i ruchliwego Kolumba – wytłumaczcie proszę jak zachowywać się w gabinecie bo tu czasem naprawdę nie ma żartów.
Co do wycieczki całej rodziny – ja naprawdę rozumiem, że rodzina może martwić. Ale czasem co za dużo to niezdrowo – hałas, sprzeczne informacje w wywiadzie i zamieszanie. Jeżeli martwicie się o swoje zwierzę i wszyscy chcecie być na wizycie – zachowajcie proszę spokój, mówcie cicho i niech będzie jedna osoba, która że tak powiem z braku innego słowa – prowadzi, dominuje i decyduje. Chaos to zło ( ten inny chaos, nie kot Chaos) . O tym, jak ważny jest wywiad – kiedy indziej.
No okej, porozmawialim, Mruczek w transporterze, dzieci grzeczne, rodzina zgodna. Zawsze też poinformujcie o tym, że kot jest agresywny, lękliwy – wtedy wiemy jak się przygotować.
Czas na badanko!
I tu – po zdjęciu pokrywy idealnego transportera – dajcie nam pracować. Jak Mruczek syknie – nie panikujcie, jak drapnie – również. Asekurujcie też zwierzę, mówcie do niego, wykonujcie polecenia lekarza lub – jeżeli jest technik i asystent i zapadnie decyzja, że to asystent trzyma zwierzę przy badaniu – naprawdę nie pakujcie rąk na siłę. Czasem chęć pomocy bardzo przeszkadza. Koty są różne i u jednego lepiej żeby trzymał Właściciel, u drugiego – niekoniecznie. My nie robimy Wam na złość naprawdę. Spokój i współpraca nas uratują. I jeżeli lekarz mówi – proszę oddać kotka technikowi, damy radę, niech Pan stanie tak, żeby widział, głaszcze/nie głaszcze – nie walczta. My naprawdę wiemy co robimy, choć dla Was może być to trudne.
Jeżeli jesteście typem Właścicieli, którzy bardzo się przejmują i panikują – powiedzcie o tym i nie obrażajcie się jak będzie prośba o posadzenie zadka na krześle lub wyjście z gabinetu. Wy czujecie, koty czują, czasem łatwiej opanować łobuza bez obecności ukochanego pancia. I naprawdę, nie mordujemy wtedy tych zwierząt, nie wykręcamy im bebechów na drugą stronę. Nieczęsto się to zdarza ale tak – czasem wypraszam z gabinetu na czas procedur.
Jeżeli boicie się własnego kota w gabinecie bo zmienia się w tygrysa – odejść lub wyjść, broń cię buku próbować trzymać – kocisko wyczuje Wasz strach i zrobi armagjedon.
A jak już mdlejecie na widok zastrzyków , krwi – sio natychmiast!
Serio, brzmi okrutnie, ale jak macie tendencję do paniki, palpitacji serca przy każdym ukłuciu – wyjdźcie. To wpływa źle na kota, na nas jako pracowników i na Was również. MA BYĆ SPOKOJNIE I MIŁO amen.
I tu również – technik poskramiania zwierza jest sporo. Są kocyki do kociego burrito, są torby iniekcyjne, są rękawice i kagańce – czasem trzeba ich użyć, są takie egzemplarze. Staramy się używać ich jak najrzadziej, ale weź kotowi Stazie pobierz krew bez kocyka…. Nie róbcie dram, serio. Wiadomo, że kotowi czasem się nie podoba, mnie się nie podoba kot jak jest niedobry i mnie gryzie po rękach😊 Ale czasem wsadzenie kota w torbę czy założenie kagańca skraca do minimum czas okropnych zabiegów co jest na plus dla nas wszystkich.
A jak do urwy nędzy zobaczę trzymanie za kark to zabiję, zamorduję i kopa zasadzę. To jest ostateczność, nie łapcie swoich kotów za kark drodzy ludzie, to już wiedza średnioweczna. Ja mam może 3 pacjentów na moje 11 lat pracy dla których jest to sposób a i tak zawsze mam wyrzuty sumienia.
Nawiążę też do pobierania krwi. Nie wiem jak jest w innych miejscach, ale często się spotykam z lękiem ze strony Włascicieli, gdy mówię, że pobiorę krew z żyły jarzmowej (inaczej szyjnej czyli takiej dużej wesołej na szyi). Naprawdę, większość kotów znosi to lepiej niż trzymanie rączki i trwa to chwilę, gdyż naczynie jest na tyle duże, że można „zaciągnąć” krew strzykawką i trwa to krócej. Fakt, trzeba ogolić więcej futerka niż na rączce – ale futerko odrośnie.
I jeszcze kontynuując temat krwi oraz wenflonów– czasem musimy próbować kilka razy. Komu pielęgniarka nie zafundowała siniaka w trakcie pobierania krwi niech rzuci kamieniem. Nam też się zdarza w okolicznościach różnych. I nie wynika to tylko z braku umiejętności, nie sapcie nam nad głowami 😊
No dobra, zwierzę zbadane, krew pobrana, zaszczyki zrobione. Dajcie smaczka i w domu dajcie kotowi odpocząć i się uspokoić.
A jak nie daj borze lekarz zalecił podawanie tableteczek a kot wyczuje wszystko w żarciu i nie zeżre – poproście o instrukcję jak to uczynić ten haniebny proceder już w gabinecie, chociaż warto już wcześniej – otwierając pyszczek, nagradzając – uczyć kota poszczególnych manewrów.
I teraz część z Was czyta powyższe pierdololo i myśli – no głupia, pojebana , Łatek to ją zeżre w 3 sekundy .
Wielokrotnie słyszę, że NIE DA SIĘ MU POBrAĆ KRWI BEZ ZNIECZULENIA . I okazuje się, że jednak się da. Na palcach mogę policzyć te potwory, które trzeba poddać sedacji do badania w tym pobrania próbek– czyli jest ich niewielu.
Bo nie trzeba od razu delikwenta znieczulać moi Kochani.
A powyższe porady nie sprawdzą się u kotów walczących o życie lub trzęsących się ze strachu.
Tak naprawdę te wszystkie „okropne” koty po prostu się boją i mordują żeby uratować swoje życie przed potworną ręką lekarza i to jest zrozumiałe.
Wystarczy przygotować się wcześniej poza powyższymi sposobami.. Dysponujemy lekami doustnymi, które mogą pomóc kotu i nam przejść przez koszmar wizyty i pobierania próbek do badań. I nie mówię tylko o kotach mordercach ale również tych, które bardzo się stresują i boją. Raz w roku minimum przegląd się należy i jeżeli Wasz Sierściuch jest typowym skurwikłakiem lub lękowym koleżką – zanim zapiszecie się na wizytę zgłoście się do Przychodni, do której chcecie pójść i poproście o cukierki dla Waszego przyjaciela. Ja mogę się szarpać z kotem, Wy możecie, technicy mogą. Tylko po co, skoro można na spokojnie i bez walk, strat w ludziach . A dysponujemy pierdyliardem preparatów, od supli do leków.
Nawet Mruczuś zasługuje na fazę raz na jakiś czas 😊
Mam nadzieję, że powyższe wypociny sprawią, że przestaniecie panikować na myśl o wizycie z niedobrym Filemonem. Da się po ludzku. Naprawdę!
Ja swoich kotów bez leków uspokajających nie biorę do pracy jeśli chorują. Kiedyś wychodziłam z gabinetu w trakcie męczenia ich, teraz jestem tą zlą co trzyma i się wstydzi za ich zachowanie plus wybiera dyżury z osobami, które tych parchów się nie boją bo wiem, że pójdzie sprawniej. A niektórzy nie chcą się dotykać do Stazy po dziś dzień, nawet jak jest po lekach bo piękny cyrk kiedyś odstawiła ; )
To tylko strach i możemy chociaż trochę go ograniczyć.
Pozdrówcie Mruczki, szczególnie te niemile bo je najbardziej lubię Dziady Kalwaryjskie 😊
I trzymajcie kciuki, bo taka cholera będzie jutro na pobraniu krwi.
Trzymta się ciepło, podrzucajta tematy.
A tym, którzy się bujają – najlepszego z okazji Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją 😊
Do widzenia 😊