Nekovet - Koci Weteryniorz

Nekovet - Koci Weteryniorz Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Nekovet - Koci Weteryniorz, Internista, Włocławek.

I historia zatacza koło.Witam serdelecznie !Długo mnie nie było – dużo pracy, zepsuł mi się laptop a na telefonie pisani...
02/02/2026

I historia zatacza koło.
Witam serdelecznie !
Długo mnie nie było – dużo pracy, zepsuł mi się laptop a na telefonie pisanie długich tekstów to porażka. Trzeba było zostać wykopanym na kolejne zwolnienie, żeby usiąść znów do klepania .
Jak zwykle – pogrudniowe załamanie. Nie wiem jak to jest, grudzień u nas jest zawsze bardzo ciężki – dużo trudnych przypadków, dużo mniej trudnych, dużo roszczeń i pretensji od Właścicieli, problemów, stresu. Ten tak zwany „przedświąteczny czar” i grudniowa klątwa.
O czym dziś?
Może opowiem o tym jakie objawy powinny skłonić nas – jako Właścicieli – do przyjazdu z kotem do Kliniki/Lecznicy/Przychodni . Dodatkowo zaznaczę, które informacje będą istotne w trakcie rozmowy telefonicznej – bo ZAWSZE warto dać znać, że jedziecie, szczególnie ze zwierzęciem w stanie ciężkim – pozwala to przygotować zespół i sprzęt na przyjęcie takiego pacjenta i zwiększyć szansę na wyzdrowienie.
PLUS – informacja ważna. Jako Właściciele niekoniecznie musicie wiedzieć, czy coś wymaga natychmiastowej interwencji, czy możecie pomóc lekami z domowej apteczki. W internecie i na forach naprawdę spotykam dużo głupot. Nie wstydźcie się zadzwonić do jakiejkolwiek placówki weterynaryjnej i zapytać, czy dane objawy wymagają interwencji, czy musicie zwierzę przygotować etc. Kto pyta wielbłądzi, a możecie naprawdę uniknąć błędu i wpłynąć na szybsze wyzdrowienie Waszego pupila.
Psiaki ogarniemy w osobnym poście.
Oczywiście nie poruszę każdego możliwego tematu – no nie da się opisać wszystkiego, poruszę tematy które jako pierwsze przychodzą mi do głowy.
Zacznijmy.
Pierwsza rzecz – jeżeli coś „nie pasuje Ci „ w zachowaniu Twojego kota , jest inne niż zwykle, dziwne i nie takie , ale kot nie piszczy/nie wymiotuje//nie kaszle– to już jest powód żeby przyjrzeć się mu i pomyśleć o wizycie u lekarza weterynarii. Koty są terminatorami, potrafią skutecznie ukrywać swoje dolegliwości więc każda zmiana jest pretekstem do obserwacji i wizyty. Jak to mówią – lepiej zapobiegać niż leczyć. Polecam też zapoznanie się z Feline Grimace Scale Feline Grimace Scale | Easy Acute Pain Assessment in Cats – dzięki której na podstawie pewnych zmian na pyszczku możemy wstępnie ocenić, czy kota boli czy nie. Jako lekarz pracujący z kotami – często wystarczy mi jedno spojrzenie na kota i wiem, że coś za przeproszeniem kota napierdala. Dla Was jako Opiekunów nie musi być to oczywiste stąd strona czy aplikacja FGS może pomóc Wam ocenić ból u Mruczka . (przykładem jest pozycja chlebka uznawana za bólową. Czasem kot chlebkuje, bo może : ) , ale chlebek może być świeży i radosny lub czerstwy i beznadziejny)
A teraz wypunktujmy kilka powodów, które mówią – bier tego sierściucha i do lekarza
1. Kot nie je. A jak nie je od 2 dni to tym bardziej.
W przypadku wielu chorób kocich narządów różnych dotyczących, często pierwszym objawem będzie brak apetytu. Nie będę wymieniać, bo jednostek chorobowych, które możemy w takiej sytuacji jest od groma i dopiero badanie kliniczne oraz wywiad mogą pokierować dalszą diagnostyką (chociaż przygotujcie się minimum na podstawowe bdanie krwi).
Brak pobierania pokarmu przez kota nawet „tylko” przez 48 godzin może skutkować tzw. Stłuszczeniem wątroby czyli odkładaniem się tłuszczów w komórkach wątroby (hepatocytach) co upośledza funkcję narządu. A leczenie takiego dziadostwa to nie w kij dmuchał – hospitalizacja, płynoterapia, często sonda nosowo/przełykowo-żołądkowa a to tylko wierzchołek góry lodowej. Rokowanie znacznie się pogarsza , nie mówiąc już o kosztach leczenia. Kot niejedzący = w 95% kot chory, amen.

2. Duszność
Przyczyn kocich duszności jest mnóstwo, kiedyś może naklepię coś o chorobach układu oddechowego bo to temat mi bliski. Objawy mogą się różnić w zależności od choroby i układu objętego patologia. Nie będę dokładnie przedstawiać który z objawow wskazuje na co – mówimy dziś o symptomach łatwych do rozpoznania w domowym zaciszu.
Jak to rozpoznać? Najprostszym dla Was objawem będzie oddychanie przez otwartą jamę ustną. Koty normalnie nie oddychają buzią a nosem więc otwarty pyszczek to znak, że coś się dzieje.
Kolejne – świsty, charczenie, kaszel i inne dziwne dźwięki wydawane w trakcie kociego oddychania.
Pozycja ciała – kot z dusznością zazwyczaj przyjmuje pozycję mostkową ( czyli leży jak chleb ale nie do końca) z wyciągniętą szyją oraz często z odstawionymi na boki kończynami.
Wzmożona praca tłoczni brzusznej – nazywa się może trudno ale w skrócie – kot zamiast oddychać klatką piersiową, gdzie widzimy, że rozszerza się ona i zwęża w trakcie wdechu i wydechu – „oddycha” brzuchem .
Pienisty, krwisty wypływ z nosa czy pyszczka – wtedy zapierdalać na cito.
Sine błony śluzowe – język Kitka jest bardziej fioletowy niż różowy, kitek omdlewa – również kota pod pachę i lecimy.
Tachypnoe – brzmi mądrze a zwyczajnie oznacza przyspieszone oddychanie. U kota norma to do 30 oddechów na minutę, co sami możecie policzyć w domu, najlepiej u Mruczka w spoczynku, leżącego. Powyżej – kontakt z weteryniorzem.

3. Omdlenia
Tu krótko – jak Ci Filemon fiknie na podłogę bez wyraźnej przyczyny to nawet jak po 20 sekundach wstanie – sio do lekarza .

4. Drgawki
Objawów neurologicznych jest mnóstwo, ale napady drgawek są chyba najłatwiej zauważalne dla Właścicieli . Często zwierzaki nie reagują wtedy na bodźce , oddają mocz lub kał a po ustąpieniu i „ogarnięciu się” są skołowane. Czasami objawy nie są „książkowe” – miałam pacjenta z padaczką, u którego jedynym objawem było to, że nagle się przewracał, wyciągal szyję i kończyny do przodu, gapił się i tyle.
Drgawki sa rzeczą na cito, nawet jeśli ustąpią – w trakcie dochodzi do wzrostu temperatury ciała w wyniku drżenia mięśni plus komórki nerwowe w kocim mózgu ulegają uszkodzeniu im dłużej to trwa. A jak nie ustępują - motor w tyłku i do Kliniki .
Tu dwie uwagi.
Każdy objaw neurologiczny wymaga lekarza i nie podlega to dyskusji. O tym również napiszę przy okazji. Nie każdy wymaga wizyty natychmiastowej ale wymaga telefonu do placówki i dopytania, czy jest to sprawa na tak zwany natentychmiast.
Druga – jeżeli macie i kota i psa POD ŻADNYM POZOREM nie podawać antypchłowokleszczowych psich preparatów kotom, czytać ulotkę i sprawdzać, czy przypadkiem nie ma tam rysunku przekreślonego kota. Jeżeli jesteście mądrzy i nie podajecie preparatów międzygatunkowo – i tak warto sprawdzić , bo jeśli preparat psi zawiera pyretroidy wskazana jest czasowa izolacja psa od kota – zatrucie permetryną jest bardzo niebezpieczne dla kota, ciężkie w leczeniu i c**jowe w rokowaniu.

5. Krwista sr***ka albo sr***ka przewlekła
Tu chyba nie muszę tłumaczyć jak to sprawdzić ; ) Może to nie stan nagły ale warty uwagi. Wiadomo, każdemu się sr***ka zdarzy, szczególnie jeśli wiecie, że kitek dostał nową karmę albo ciocia nakarmiła fragmentem obiadu. Jeżeli jednak sr***ka po dniu nie mija – polecam nie czekać gdyż sr***ka – tak jak brak apetytu – może mieć podłoże różne.

6. Mojemu kotku urósł brzuszek.
Jeżeli Twój kot nagle z przodu wygląda jak modelka a bebzon mu wywaliło tak, że patrząc z góry widzisz okrągłe „O” - nie czekaj. Może to być skutek gromadzenia się płynu w jamie otrzewnej w wyniku krwawienia/choroby serca/entero i nefropatii białkogubnej/zakaźnego zapalenia otrzewnej i wielu innych.

7. Jakiś taki blady albo żółty
Nagle Mruczkowe oczy i dziąsła zrobiły się białe lub żółte ? Weteryniorz zaprasza, tak jak sine śluzówki – żółte i białe kolory w palecie nie są pożądane przez kota.

8. Kitek rzyga, ale pewnie to kłaczki
Każde nagłe i przewlekłe wymioty to powód do wizyty na czczo u swojego lekarza. W zależności od rasy/wieku/warunków domowych zwierzęcia przyczyn może być wiele. I tak, mogą być to również sławne kłaczki, jednak niewykluczone będzie ciało obce w przewodzie pokarmowym, niewydolność nerek, nadczynność tarczycy czy przewlekłe zapalenie przewodu pokarmowego,

9. Chodzi do kuwety/zostawia plamki moczu w domu/napina się przy siusianiu
U kotów zapalenie dolnych dróg moczowych to już sprawa znana, częsta i obecna. Szczególnie u samców/ grubasków,/żrących suchą karmę/wrażliwych emocjonalnie. Olanie tematu może skutkować niedrożnością cewki moczowej oraz ostrą niewydolnością nerek , co skutkuje znieczuleniem pacjenta, cewnikowaniem celem udrożnienia cewki oraz płynoterapią przez kilka dni. Nic miłego dla kota, który musi przeboloeć cewnik i kołnierz , oraz dla Właściciela – bo trzeba sprzątać po kocie/odkręcać cewnik i codziennie znosić wizyty. Serio, lepiej przyjść chwilę wcześniej jak zaczyna się kuwetkowe marudzenie niż czekać i fundować kotu wakacje w lecznicy.

10. Mój kot zeżarł…..
Wsród substancji toksycznych dla kota ( o tym też pewnie osobno naskrobię) są m.in. ( bo całości nie wymienię ) czosnek, cebula, czekolada, paracetamol, ibuprofen, gwiazda betlejemska, płyn do chłodnic, konwalie, winogrona i rodzynki, szczypiorek, różnego rodzaju substancje niedozwolone, nikotyna a u Mruczków miłośników polowań - również trutki na myszy i szczury … A poza nimi wszelkie gumki, wstążeczki, zabaweczki. Jeżeli podejrzewasz małego złodzieja – lepiej podjechać do Kliniki i wywołać wymioty niż czekać aż przyjdą objawy zatrucia lub niedrożność przewodu pokarmowego . Pierwsze = hospitalizacja i leczenie przyczyn +/- efektów zatrucia , drugie – zabieg. Po co?

11. Ciągnie za sobą łapy
U kotów w wyniku kardiomiopatii lub przyczyn innych (np. nieudanej próby wyskoczenia przez uchylone okno) może dojść do choroby zakrzepowo-zatorowej . Pomijając umiejscowienie zatoru w miejscach innych, co kończy się zgonem – często mamy do czynienia z zaburzeniem ukrwienia w kończynach miednicznych, co skutkuje silnym bólem, obniżeniem ciepłoty w/w kończyn, brakiem tętna w tętnicach udowych oraz brakiem krwawienia po przycięciu pazurów. Dodatkowo – poza opisaną wyżej chorobą – możemy mieć do czynienia m.in. z dyskopatią lub innymi schorzeniami. Wszystkie powyższe wymagają natychmiastowej interwencji.

12. Wypadki/upadki/urazy/potrącenia/pogryzienia
Wspomniałam, że koty to terminatory . Nie można im ufać. Jeżeli podejrzewacie/zauważycie jakiś uraz a kot WYDAJE się okej – i tak weźcie go do lekarza. Za kilka godzin może być po Waszym Przyjacielu, choć z pozoru wygląda na to, że nic się nie stało. Nie zawsze wyznacznikiem jest to, że kot wstał i patrzy i wszystko jest okej, nie zawsze będzie widać krwawienie lub utratę przytomności. Pewne sprawy potrzebują czasu, lepiej sprawdzić wcześniej czy na pewno wszystko jest w porządku niż potem walczyć o życie.

Więcej grzemchów na ten moment nie wymyśliłam, piszcie jeśli coś Was męczy a tego nie poruszyłam – to jest –– szeroka dziedzina, że życia mi nie starcza , opisałam to co mi przyszło pierwsze do łba, ale wiem że nie wyczerpałam tematu.

A teraz tak – dzieje się coś niedobrego z Waszym kotem, pakujecie go w samochód i dzwonicie z domu lub z samochodu jeśli macie połączenie z telefonem do placówki, do której zmierzacie . I co powiedzieć?

Przede wszystkim spróbujcie zachować spokój.
Wiem, że to jest za*****ty stres jeśli coś się zwierzu dzieje, ale im więcej informacji podacie tym lepiej przygotuje się ekipa na Wasz przyjazd.
Potem postarajcie się przedstawić , dać znać czy macie kartę i:
- chociaż w skrócie powiedzieć co się dzieje – wypadek, nie sika, nie je od 4 dni, źle oddycha, ciągnie łapy za sobą, pogryzł go pies , leży jak szmata, wymiotuje spektakularnie/jest gorący/zimny/blady/ zeżarl…
-Czy wychodzący czy nie i ew. podejrzenia
- wiek i orientacyjną wagę zwierzęcia/ew rasę
- czy na coś choruje
-przytomy/nieprzytomny
-leje się krew / nie leje się krew
-reaguje na dźwięki/bodźce

Sprawdziłam właśnie ile zajmuje przedstawienie w skrócie powyższych informacji – mnie zajęło pół minuty, ale jestem w branży. Myślę, że każdy z Was ogarnie to w max minutę, bo naprawdę wystarczą komunikaty.
Ta minuta może uratować Wasze zwierzę.

I na koniec – jak się zachować już w gabinecie?
Dajcie nam pracować. Jeżeli mamy do czynienia z pacjentem w ciężkim stanie – często nie odzywamy się przez jakiś czas, bo skupiamy się na tym, żeby tego zwierza wyciągnąć . To nie jest olewanie Właściciela i jego emocji, ale Wasze przejęcie czy panika często nas rozpraszają. Jeśli lekarz prosi Was o wyjście z gabinetu – nie robi tego złośliwie. My wiemy jakie to emocje, sami mamy zwierzaki i też panikujemy – jak Wy. Sama płaczę w kącie jak coś się dzieje moim zwierzakom.
Ale dla mnie jako lekarza przyjmującego Was początkowo kluczem jest ratowanie pacjenta, do tego my jako zespół musimy się skoncentrować, działać, zachować spokój.
Ja osobiście – w przypadkach emergency – początkowo się nie odzywam. Staram się zakomunikować , że za chwilę porozmawiamy, bo teraz k***a walczę. I czasem wyganiam z gabinetu jak ktoś za bardzo panikuje a z drugiej – jak mam Właściciela spokojnego/ zestresowanego ale stabilnego, często angażuję go lub rozmawiam o sytuacji w trakcie wykonywanych czynności.
To nie jest złe, że się przejmujecie, płaczecie, denerwujecie o stan swojego zwierzęcia. Czasem nasza stanowcza postawa nie jest podyktowana niechęcią czy uprzedzeniem do Waszych emocji, nie wkurzajcie się , napijcie się wody, poproście kręcącego się pracownika o zapytanie jak sytuacja.
My wiemy, że się boicie. Wiemy. Ale żeby móc pracować musimy się skupić.

No i tyle Drodzy, trochę nieskładnie bo wyszłam z wprawy. Nie jest to popularna strona ale Czytelników dawnych przepraszam za przerwę.
Mam nadzieję, że wrócę do klepania pierdelet na tym fanpejdżu :]
Trochę czasu minęło , może jakieś propozycje na posty?

Trzymta się, jeśli ktoś tu jeszcze zagląda : )
Buziaki,
Kaśka

02/08/2025

Walczym.
Mimo wpisów kolejnych, bez refleksji i przemyśleń napisanych przez bohatera dramatu .

A poszedł taki jeden, jeszcze ze szkalowaniem Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna, która dwukrotnie w sposób merytoryczny i omijający emocje odniosła się do sytuacji .

Mam nadzieję, że cała ta sytuacja coś zmieni.

Nie myślalam, że kiedykolwiek będę się angażować w tego typu sytuacje.

Ale to ja. Ten lekarz . Bez serca, biorący kase.

Ten lekarz , który żyje swoją pracą i pacjentami.
Ten, który nie spi po nocach przez analizowanie kazdego przypadku.
Ten, którego rodzina nie chce słuchać, bo gada o pacjentach, bo to jego życie i nie czaisz, że ktoś tego nie rozumie.
Ten , który musi mieć kontakt ze specjalistami, bo nie daje rady psychicznie

Ten od korzystania ze współprac z bigpharmą , leżący obecnie na Malediwach z drinkiem w ręku.

Nieważne, że moje Malediwy to kot i książka.

Ten, który leczy się na tak zwaną manipulację , bo moje cztery diagnozy to przecież wymysl.

Pomijając moj pierdolnik we łbie i moje leczenie- nie znam człowieka w branży, który się nie leczy.

Taka to nasza manipulacja.

Trzymajcie za nas kciuki. To, co się dzieje obecnie nie pomaga naszym głowom i sercom. Oby poszlo w dobra stronę.

Nomv

30/07/2025

Kochani.
Tradycyjnie witam serdelecznie.

Chciałabym podziękować za każdy komentarz, polubienie i udostępnienie dotyczące poprzedniego wyrzygu. Odpaliły się we mnie duże emocje i nie do końca byłam pewna, czy powinnam mieszać się w tę dramę, jednak mój wewnętrzny buntownik nie mógł siedzieć cicho. Zazwyczaj mam gdzies te nagonki, komentarze, znam swoje intencje i wiem czym dla mnie jest bycie lekarzem weterynarii . Nie mogłam jednak przejść obojętnie, bez własnego głosu w sytuacji, która poruszyła Kolegów z mojej"branży" oraz Właścicieli zwierząt - naszych potencjalnych pacjentow.

Ale wzruszył mnie odzew Wasz oraz reakcja naszego weterynaryjnego środowiska. Machina ruszyła. I walczymy o swoje.

Nie dla pieniędzy. Tylko żeby takie sytuacje nie zabiły w nas pasji i chęci do tego, by walczyć dalej o naszych pacjentów, o nas jako grupa , o siebie samych.

W tym, co często słyszę i muszę znosić ja i moi Koledzy - reakcja Wasza i innych osób spoza branży,reakcja techników weterynarii, lekarzy na posty znanej Pani - czy tu, czy na stronach innych- jest budująca.

W imieniu swoim i nie swoim - dziękuję.

Jednak pamiętajmy - hejt to dz**ka. Ta Pani nie zasługuje na życzenie śmierci, jednogwiazdkowe opinie jej biznesu dodawane przez randomowych ludzi, szkalowanie aspektów jej prywatnego życia czy sukienki, którą zaklada. Bo nie w tym jest rzecz całej "afery".

W tej sytuacji należy się reakcja na słowa, które zostały wypowiedziane, na konkretne zachowanie, wywiady i elaboraty o sprawach, o których nie ma się pojęcia. Należy się przedstawienie realiów.

Wkurwiajmy się mądrze.
I trzymajmy się razem.

Mam taką myśl i nadzieję, że może ta sytuacja była potrzebna. Może właśnie potrzebny był ten post Pani R. Żebyśmy jako ludzie, jako technicy i weterynarze w końcu wspólnie opowiedzieli nasze historie i opisali naszą codzienność. I żeby w końcu publiczne rzyganie na każdego z nas, w każdym możliwym zawodzie - jeśli nieprawdziwe- miało prawne konsekwencje.

Może i złudne to nadzieje.
Może nie mam racji i odejdzie to w niepamięć.

Ale wierzę, bo chyba czas trochę tupnąć nogą.

Trzymajcie się wszyscy. Z branży i nie z branży, nie dajcie się zakrzyczeć, tłamsić , nie znośnie oszczerstw jeśli nie są prawdziwe. Dbajcie o samych siebie.

A ja chce wyrazić wsparcie dla każdego z nas, kto się zmaga z demonami, kto ma dość , dla każdego, kto się leczy i jest ( lub nie jest, jednak do postu pani nawiązać muszę) w tej "wymyślonej i manipulującej grupie" z depresją i myślami/próbami na S.
Wiem jak jest. Straciliśmy wielu z nas.
Nie dajmy się stracić samym sobie i nie bójmy się prosić o pomoc.

Jestem z Wami i przytulam każdego z osobna.

Nie damy się.

NOMV.

28/07/2025

Miałam się nie odzywać w tej sprawie, bo szkoda strzępić ryja .
Ale nie pozwolę na publiczne mieszanie z błotem Kolegów z mojej branży.

Witam serdelecznie.
Dziś odniosę się do wypowiedzi pewnej Pani, która straciła swojego Przyjaciela a przy okazji zrobila gównoburzę i nagonkę na moich Kolegów po fachu.
Rozumiem ból i uczucia towarzyszące odejściu zwierzęcia. Sama znam ten ogrom cierpienia, niejednego Przyjaciela pożegnałam.

Ale jasny c**j mnie strzela, bo - może nie publicznie - Ale podobna opinia spotkała mnie nie raz.

Jestem lekarzem weterynarii. Jest to moja pasja. Kocham to, co robię i radość sprawia mi fakt, że moj zawód jest jednocześnie tym, co daje mi powera. Ale nadal- jest to moja praca . Za siedzenie po nocy, za pisanie maili z domu, chociaż w pracy zamiast siedmiu godzin bylam 12 - należy mi się wynagrodzenie. Za wiedzę, zaangażowanie, za branie na siebie emocji Właścicieli również, choc nikt nie dał mi lekcji jak radzić sobie z ciężkimi rozmowami. Za kursy i książki za ciężki pieniądz. Za nerwy, łzy, smutek i wkurwienie na ignorancję ludzi, którzy zwierzę traktują jak rzecz.
Jest to moja pasja, ale ja też muszę zapłacić rachunki.

I będąc w tym weterynaryjnym bezdusznym lobby po 11 latach pracy skupionej na kasie, wyzysku i braku sumienia Droga Pani Moniko- mieszkam w wynajmowanej, małej kawalerce , bo takie właśnie kokosy ciągnę od Bogu ducha winnych właścicieli. Nadal nie mam prawka, bo ciężko mi odłożyć.

Moi koledzy - z racji bycia nieempatycznym i nastawionym na kasę - są w grupie ludzi o najwyższym odsetku samobójstw.

To jest nasza wiedza, nasz zapierdol, nasze zaangażowanie, godziny nauki, łez i zalamań nerwowych.
I osobiście strzela mnie jasny c**j, że wczoraj wspaniali Właściciele, zwykli ludzie , zapłacili o wiele wiecej niż to, co przedstawia wyzej wymieniona Pani . Za podobna walkę o życie, ciężka, z małym prawdopodobieństwem sukcesu.

I kurde wiecie co? Jeszcze bezczelnie takiemu nastawionemu na kasę "lekarzowi" podziękowali a dodatkowo - o zgrozo - dali czekoladki. Ja się wzruszyłam, bo to maly gest, bo nie oczekuje aplauzu i czerwonego dywanu , to moja praca - a jednak raz na r***i rok ktoś docenił ze ponad dwie godziny z zespołem walczyliśmy o życie pieska .

Nie mam zgody na to, co szerzy ta osoba, przedstawiając tylko rozliczenie bez opisu wizyty, który realnie by powiedzial jak walka o pieska wyglądała. I jak ta walka wyglada na codzień u nas, w każdym zakładzie leczenia zwierząt.

Nie mam zgody na wyrzyg z dodatkiem wizerunku lekarza będącego kierownikiem Veterio ( dość zabawnie nazwanego "dyrektorem")

Nie mam zgody na wycenienie walki o ukochanego psa na mniej niż 1800zlotych w momencie, gdzie znam dokladnie realia próby zawalczenia o psiokocie życie, wiem ile kosztuje to nas - zwykłych, nastawionych na kasę weterynarzy.

Pani Moniko, zapraszam na miesięczny staż.
Zapraszam do otworzenia własnej placówki, której utrzymanie miesieczne to nie jest 30 złotych.
Zapraszam do zapieprzu, mierzenia sie ze śmiercią, reanimacjami i emocjami, które w domu przerabiamy, bo kochamy obce zwierzęta.
Nasza praca to nasza wiedza. Zaangażowanie. Nadgodziny, łzy . Samobójstwa.

Zapraszam poobserwować, jak zwykli ludzie bez sławy potrafią zapłacić za swoje zwierzątka każdą kwotę i poobserwować lekarzy, którzy często liczą mniej, bo chcą zwyczajnie pomoc.

Zapraszam do zastanowienia się, czy nie strzela sobie Pani w kolano publicznie mówiąc, że dana kwota to zbyt wiele za walkę o - jak Pani mowi - ukochanego psa.

Weterynaria Pani Moniko to pasja i jaja, które musimy mieć mierząc się z takimi oszczerstwami, które Pani raczy na nas rzucać.,

Rzucać w momencie, gdzie walka o życie "ukochanego" pieska nie jest warta wydanych 1800zl.

Ta walka to wiedza i doświadczenie zespołu do którego Pani na nieszczęście tegoż trafiła. I niech Pani wierzy, my mamy gdzieś czy zwierzę przyniesie celebryta, czy Pani z sąsiedztwa. Życie to życie, walczymy tak samo.
I liczymy tak samo, bo - mimo miłości do naszej pracy - jest to nasze źródło utrzymania.

Nie znaczy to, że nie mamy serca i jesteśmy nastawieni na kasę. Za pracę należy się wynagrodzenie.

Pracowala Pani za darmo?
Ja owszem, nie raz

Koledzy również.

Veterio podejmijcie odpowiednie kroki. Wspieram mocno , wszyscy gramy w jednej drużynie. Mam nadzieję że poznam kiedyś Wasz zespół:)

Był przestój - wybaczcie, ale pracowe i prywatne sprawy trochę mnie przerosły.  W sumie nie wiem czy ktoś to w ogóle czy...
25/06/2025

Był przestój - wybaczcie, ale pracowe i prywatne sprawy trochę mnie przerosły. W sumie nie wiem czy ktoś to w ogóle czyta ;)) czas za szybko zapiernicza.
Postaram się poprawić, pytanie czy są jakieś interesujące Was kocie tematy, czy wymyslac według swojego widzimisię :)
Trzymta się,
Staza dla uwagi ;)

23/04/2025

Witam serdelecznie.
Wiosna przyszła, słoneczko świeci więc jest to świetna okazja do rozmowy na tematy poważne. Dziś bowiem poruszę temat śmierci, a dokładniej eutanazji. Wiem, że w czasie, gdy wszystko budzi się do życia wybranie tegoż może wydać się kontrowersyjne ale jakby nie patrzeć – to moje wypociny . Dodatkowo jestem świeżo po pożegnaniu swojego pieska oraz w trakcie tak zwanej czarnej fali w pracy, stąd obecnie jest to „temat na czasie” w tym momencie mojego życia.
Opowiem Wam trochę o tym czym jest ta eutanazja, na czym polega , jak wygląda, kiedy, gdzie, jak, po co i na co.
Pozwolę sobie również odpowiedzieć na pytanie, które często słyszę od ludzi, którzy dowiadują się jaki mój zawód jest czyli „jak to znosisz”.
Zacznijmy więc – początkowo konkrety, potem wgłębimy się w temat.
Czym jest eutanazja? Słowo to pochodzi z języka greckiego – od słów „eu” czyli „dobrze” oraz „thanatos” – śmierć. W skrócie można by rzec – eutanazja to dobra śmierć, jednak ja lubię się rozwlekać. Nie będę poruszała tematu eutanazji ludzi – mam swoje podejście i nie jest to temat na tę stronę. Powiem więc czym według mnie i pewnie wielu – jest eutanazja zwierząt.
Dla mnie jest to ostatni zabieg , ostatni krok jaki możemy uczynić dla naszego pacjenta, gdy nie ma już możliwości leczenia. Jest skróceniem cierpienia . Szansą na uniknięcie śmierci w męczarni, bólu, samotnie. Zapewnienie „godnego” odejścia w momencie, gdy życie danego zwierzęcia nie ma nic wspólnego z godnością.
Jak to wygląda w praktyce?
Jeżeli pacjent jest „nasz” to raczej omijamy przeglądanie historii choroby, bo raczej ją znamy. Jeżeli „nie nasz” – próbujemy uzyskać informację od Właściciela skąd decyzja o eutanazji- często – szczególnie w chorobach nieuleczalnych – to Właściciel potrafi określić, że już jest na tyle źle, że czas się pożegnać.
Jeżeli uznamy, że ma to sens – badamy pacjenta, oceniamy jego stan, poziom bólu, parametry życiowe i składamy klocki w całość.
Jeżeli jest wskazanie do eutanazji ( o tym chwile później) – drukujemy zgodę na wykonanie zabiegu.
Następnie zaczynamy od premedykacji – czyli podania leków, które uspokajają, działają przeciwbólowo, przygotowują pacjenta do kolejnych działań – taki odpowiednik ludzkiego głupiego Jasia. W idealnym świecie – mieszankę leków podajemy dożylnie – zwierzę zasypia szybciej, omijamy stres i walkę zwierzaka z lekami oraz niektóre działania niepożądane występujące po podaniu domięśniowym (np. wymioty). Jako że idealny świat nie istnieje - czasem trzeba podać leki domięśniowo i nie jest to żadnym błędem. Dla mnie chyba jednak opcja pierwsza jest wygodniejsza, zauważam też, że dla Właścicieli mniej stresująca.
Następnie pogłębiamy znieczulenie – zwierzę ma zasnąć głęboko, nie ogarniać rzeczywistości, krótko mówiąc – nie czuć nic.
I dopiero potem dajemy ten ostatni lek.

W domu czy w lecznicy?
Nie ma odpowiedzi. Dla lekarza pewnie bardziej w lecznicy, dla Właściciela w domu. Argumenty ? Często chcemy żeby zwierzątko odeszło w swoich warunkach, ze swoimi zapachami, na ulubionym posłaniu. I uważam, że ma to duży sens – patrząc z perspektywy mojej jako właściciela. Moje zwierzaki boją się lecznic. ALE jako lekarz – większy komfort mam w lecznicy. Wchodząc do czyjegoś domu trochę czuję się jak intruz. Dodatkowo – nie mam supernadprogramowego zapasu sprzętu , leków, pomocy, warunków – bo nie wszystko zawsze da się przewidzieć. Czasem czegoś zapomnę, czasem nie idzie tak jak powinno. Plus zwyczajnie – w obcym miejscu czuje się nieswojo. Nie ma złotego środka dla obu stron. Stąd – jeżeli ma to miejsce w lecznicy – staram się zapewnić najbardziej komfortowe warunki, ciszę, dać czas na pożegnanie .
Tu zaznaczę – jeżeli decydujecie się na pożegnanie zwierzaka w zakładzie leczniczym – umówcie wizytę jeżeli w danej placówce jest taka możliwość. Wam ograniczy to czekanie i cierpienie na poczekalni. Dla nas – jest to informacja, żeby zapewnić Wam jak najlepsze warunki i czas.

Co potem?
Zgodnie z prawem ciało zwierzęcia powinno zostać przekazane do instytucji do tego przeznaczonych- cmentarze dla zwierząt , krematoria zwierzęce ( z tymi drugimi większość Przychodni – jeśli nie wszystkie- współpracuje) . W skrócie – skoro babci, wujka, cioci nie zakopuje się w ogródku z jakiegoś powodu – zwierzątek też nie wolno.
Nie wiem jak jest z cmentarzami dla zwierząt – nie korzystałam z usług. Jeżeli zaś chodzi o krematoria – opcje są dwie: kremacja tzw. Zbiorowa - czyli w towarzystwie innych zwierząt (wersja - nie ukrywajmy tańsza -) oraz kremacja indywidualna , gdzie możecie odzyskać prochy swojego pupila, pożegnać się, być przy czynnościach ostatecznych ( tu wersja droższa)
Osobiście na początku miesiąca miałam niestety okazję odwiedzić krematorium i towarzyszyć Mufkowi oraz moim bliskim w tej drodze i powiem Wam – sam fakt bycia przy tym, możliwość takiego ostatecznego pożegnania, bycie przy wprowadzaniu ciała do pieca – pomogło mi trochę zmierzyć się z tym, że jego już nie będzie, uświadomić sobie i nie oszukiwać się dalej. Dodatkowo niesamowita empatia, spokój, szacunek do nas i do Mufka jakie okazał nam obsługujący nas Pan – może nie ukoiła bólu ale jakoś dawała – przynajmniej mi – swojego rodzaju przyzwolenie na płacz, rozpacz, puszczenie hamulców w tak ciężkim dla mnie momencie.
Oczywiście jako lekarz – nie oceniam którą opcje kto wybierze. Niektórym na pewno ciężko byłoby jechać jeszcze do krematorium i być przy tym wszystkim – to zrozumiałe. Nie każdy ma również na to finanse – co również jest zrozumiałe. Niektóry nie chcą, bo sama eutanazja nie jest niczym miłym. Ja się nie zastanawiałam – ale jednak z tą śmiercią mam więcej do czynienia i nie wyobrażałam sobie nie być.
Niektórzy w ogóle uważają, że to na wyrost – i to też jest okej. Nie każdy ma potrzebę – nawet jeśli kochał swojego zwierza – odzyskać prochy , żegnać się kolejny i kolejny raz. Każdy z nas jest inny i ma do tego prawo.

No dobrze. Mamy już w skrócie jak to technicznie wygląda z odrobiną mojej oceny dotyczącej kremacji indywidualnej.

Kolejne pytanie: kiedy?
Zaznaczę na początek, że w Polsce nie ma eutanazji „na żądanie”. Według prawa więc nie mogę uśpić Burka, który na wejściu m***a ogonkiem i się cieszy tylko dlatego, że sika po domu/szczeka/wymiotuje. Jeżeli choroba jest uleczalna – przykro mi, to, że komuś nie chce się podawać piesku czy kotku leków przez tydzień i jeszcze za nie płacić nie jest powodem.
Do eutanazji musi być wskazanie . Jakie? Najczęściej stany agonalne, choroby nieuleczalne w momencie, gdy już życia nie można nazwać życiem a wegetacją , choroby przewlekłe w bardzo zaawansowanym stadium bez reakcji na leczenie , brak komfortu życia, cierpienie, gdy leczenie jest w sumie niemożliwe bo pacjent jest tzw. Nieobsługiwalnym i leczenie paliatywne nie wchodzi w grę… Czasem względy finansowe ALE dotyczy to raczej sytuacji, gdy a) po pierwsze ze zwierzakiem jest kiepsko b) nie ma szans na wyleczenie c) gdy wiemy, że leczenie paliatywne będzie uporczywe i może nie pomóc, a Właściciel zwyczajnie nie jest w stanie wydawać iluśtamset złotych miesięcznie d) jest to poważna choroba na tyle, że bez sensu jest prosić o zrzeczenie czy szukać fundacji e) gdy wiemy, że zwierzę będzie funkcjonować siedząc całą dobę w szpitalu , a pogorszy się bez ciągłej hospitalizacji.
Eutanazja ogólnie powinna być wspólną decyzją lekarza i Właściciela. My – jako lekarze – musimy ocenić rokowanie, stan zwierzęcia, poziom bólu, sens leczenia. Właściciel – przedstawia możliwości finansowe plus – bardzo często – widzi, kiedy jego pies czy kot ma dość i kiedy ten komfort zycia przestaje istnieć. Tu ważna jest rozmowa i wzajemne słuchanie tego, co obie strony mają do powiedzenia. Zresztą – tak szczerze i bez pierdolenia – eutanazja nie jest najgorszym co mnie w pracy spotyka. Najgorsza jest sytuacja, gdy zwierzę jest w agonii, nie reaguje na leki, załatwia się pod siebie, nie ogrania i słyszę „ niech umrze sam”. Noszk***a . Nikogo nie zmuszę, nie mogę. Ale w takiej sytuacji jestem zwolennikiem przedstawiania rzeczywistości bez ceregieli. Co to znaczy?

Wyobraź sobie, że masz mega nowotwór z przerzutami. Nie możesz sam jeść, karmią Cię przez sondę. Zycie kręci się od jednego leku do drugiego. Nie wstajesz, masz odleżyny w których zalęgają się larwy much. Załatwiasz się pod siebie , wszystko cię boli i tylko czekasz na śmierć.
Wyobraź sobie, że twoje płuca zalewają się wodą, nie możesz wziąć oddechu i zwyczajnie się topisz.
Że masz taki napad gromadny, że w końcu twój mózg się ugotuje i nic z niego nie zostanie.
Że boli Cię każda komórka w ciele i po prostu leżysz.

Nie ma takiego zwierzęcego cierpienia jakiego nie zniósłby człowiek.

Eutanazja nie jest łatwą decyzją – noszkurde, normalne jest, że przychodzi taka myśl „wyrażam zgodę na zabicie mojego ukochanego pupila, jestem potworem, złym człowiekiem „ etc.
Ale nie kochani. Zapewnienie godnego odejścia to czasem ostatnia rzecz jaką Wy jako Właściciele oraz ja jako lekarz -możemy zrobić . Pozwolić zasnąć spokojnie z ukochanym Panem obok, bez dni, tygodni, miesięcy powolnego umierania w bólu. Bo niestety – sytuacja, że zwierz zasypia i po prostu się nie budzi to sprawa rzadka. Najczęściej to męczarnia przez minuty, godziny. Czy sami dla siebie czy bliskich byśmy tego chcieli? Chyba nie.
I wiem, że to trudne. Stałam przed tą decyzją już parę razy. Ale czasem za bardzo skupiamy się na sobie, swoich uczuciach, lęku przed stratą a zapominamy, że mamy do czynienia z żywym stworzeniem. Które nie rozumie, że przedłużamy to cierpienie dlatego, że kochamy. Jeżeli jest wskazanie do eutanazji – nie jesteście potworami podpisując zgodę. Dla mnie jest ostateczny dowód, że to zwierzę jest kochane i nie pozwala się na „złą śmierć”.
Uważam, że tu jest wyższość weterynarii nad medycyną ludzką. Ja mogę pozwolić odejść godnie.

Kolejne pytanie – czy należy się wstydzić tego, że odejście zwierzęcia przeżywa się jak odejście człowieka ? Nie. Miejcie w dupie co myślą inni – to Wasz przyjaciel i żałoba po stracie jest całkiem normalna. Płacz przy lekarzu też. Płacz w poczekalni też. Płacz potem – też. Widziałam łzy, milczenie, widziałam nawet walenie głową w ścianę . Nie oceniam, każdy przeżywa po swojemu.
Dla większości będzie to trudne – noszk***a nie ma się co oszukiwać. I nie ma się czego wstydzić. Osobiście – ja się nie pierdolę, umarł mi pies, ryczałam, trzęsłam się i k***a będę jak będę potrzebować bo mogę. Bo mi przykro, ciężko i mnie to boli. Czy jestem wariatka? Nie. Czy ktoś może uznać, że przesadzam ? Owszem. Ale to mój ból i jak go przeżywam to nikomu nic do tego. I myślałam sobie w takich momentach, że w sumie dobrze o mnie świadczy, że tak przeżywam .

Ostatnia kwestia – jak znoszę fakt, że te zwierzaki usypiam?
Nie będę ściemniać, że płaczę nad każdą eutanazją. Czasem wiem, że to najsłuszniejsza opcja i pomoc ostatnia jakiej mogę udzielić więc podchodzę ze spokojem . Ale często jest mi przykro – bo znałam pacjenta od lat, bo nie mogłam mu pomóc bardziej gdyż medycyna ma swoje ograniczenia, bo po prostu wyszło jak wyszło mimo ciężkiej i zawziętej walki całego zespołu. Nawet jeśli decyzja słuszna.
I powiem tak – to nie jest tak, że się nie da przyzwyczaić – praca w całodobówce trochę hoduje jaja na eutanazje, reanimacje kończące się zgonem, śmierci. Ale nie jest tak, że jest to obojętny zabieg. Przynajmniej dla mnie. Wiem, że to słuszne, wiem, że pomagam – ale mi też bywa ciężko. Szczególnie w sezonie kumulacji . Przykładowo – teraz święta były. Niedzielny dyżur. Dwie eutanazje, dwie nieudane reanimacje i zgon. W siedem godzin. I wiem, że zrobiłam wszystko co mogłam. Ale pięć na raz?
Potrafi dowalić.
Nie wiem w sumie jak zakończyć ten post. Może apelem abyśmy byli mądrymi Właścicielami i rozsądnie oceniali sytuację?
Może tym, że nie powinniśmy być egoistami patrzącymi tylko na swój ból lecz widzieli we wszystkim to zwierzątko, które wzięliśmy pod opiekę biorąc za nie odpowiedzialność w dobrych i złych chwilach ?
A może tym, że jeżeli macie za sobą odejście swoich zwierzaków to jestem z Wami i rozumiem ?

Weteryniorz też człowiek, w obliczu najtrudniejszej decyzji nie bójcie się mówić o swoich obawach, uczuciach. Siedzimy w tym razem. I tylko wzajemna współpraca uratuje nas i nasze zwierzaki.

P.S . Jak macie jakieś propozycje na tematy postów – zapraszam do przedstawienia tychże

Post ten ku:

Pamięci Mufka - najlepszego psa na świecie, który nauczył mnie czym jest bezgraniczna miłość i oddanie. I sranie w pokoju.
Pamięci Żółwiów Kacperków miłośników parówek i ucieczek
Pamięci bojownika Leona - co go opieka zamordowała bardziej niż choroba.
Pamięci Tygrysa - mojego pierwszego kota, który zaszczepił we mnie miłość do tego gatunku. Mordercy nóg i much.Strażnika snu.
Pamięci Zuźki - drugiej kotki - kochającej chipsy i kapustę z bigosu.
Pamięci Ursika - oszukańczej znajdy na drodze
Pamięci Baziego srającego na mój widok.
Pamięci Furki, która potrafiła sraczką ozdobić pół ściany i potykać się o własne łapki
Pamięci Pazurka , naczelnego terminatora i najdzielniejszego terminatora .
Pamięci Ramzika, Łatka, Kropki i Barego - nie moich, ale wspaniałych .

Zawsze będziecie ze mną i nie wstydzę się tego.

Adres

Włocławek

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Nekovet - Koci Weteryniorz umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria