Psychoterapeutyczności

Psychoterapeutyczności Metafora pozwala lepiej rozumieć i czuć się zrozumianym. Zapraszam do lektury. Artur Scisłowski
psycholog, psychoterapeuta Gestalt

"Opowieść o przyjacielu z księżyca”▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️W pewnym parku na ławce siedział starszy pan. Od czasu do czasu się...
20/02/2025

"Opowieść o przyjacielu z księżyca”
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
W pewnym parku na ławce siedział starszy pan. Od czasu do czasu sięgał do papierowej torebki i sypał ziarno ptakom. Było już późne popołudnie. Starszy pan zamierzał niedługo wstać i pójść do domu, gdy niespodziewanie usiadła obok niego jakaś dziewczynka.

Jego uwagę zwróciło bardzo starannie dobrane ubranko dziecka, jej skrupulatnie zaplecione warkoczyki oraz to, że siedziała bardzo porządnie na ławce, mimo że jej eleganckie, skórzane buciki nie dosięgały do ziemi.

Starszy pan rozejrzał się i ze zdumieniem stwierdził, że wzdłuż alejki jest wiele wolnych ławeczek. Dziewczynka usiadła jednak właśnie przy nim. Cisza wydała mu się naraz tak niezręczna, że postanowił zagadnąć małą nieznajomą.

- Co tu robisz, drogie dziecko? - zapytał delikatnie.
Dziewczynka zwróciła na niego swoje duże, zielone oczy.
- Chciałam wyjść z domu, a bardzo nie lubię być sama – powiedziała poważnie. - Mogę z panem posiedzieć?
Starszy pan pokiwał przyzwalająco głową i zamyślił się.
- To mamusia zaplotła ci takie ładne warkoczyki? - zagadnął po jakimś czasie.
Dziewczynka pokręciła głową.
- Nie mam takiej mamusi. To ja czeszę moją mamę, a warkoczyki zaplotłam sobie sama.
Starszy pan zadumał się znowu.
- A tatuś nie martwi się o ciebie? - zapytał po dłuższej chwili. - Pewnie już cię szuka.
Dziewczynka znowu pokręciła głową.
- Nie mam takiego tatusia. Mój tata nie przejmuje się tym gdzie jestem i co robię. Sama wrócę do domu. Lubię spacerować.
Starszy pan westchnął głęboko.
- Jest w ogóle ktoś, kto się o ciebie troszczy, drogie dziecko?
Dziewczynka uśmiechnęła się radośnie.
- Ach! Oczywiście, że jest.
- Kto to taki? - zapytał starszy pan z nadzieją w głosie. - I gdzie on teraz jest?
- A tam! - Dziewczynka energicznie wskazała palcem w górę.
Starszy pan spojrzał na nią pytająco.
- W niebie? - upewnił się.
- Nie! - Dziewczynka roześmiała się głośno. - Tam! - wskazała powtórnie, a jej wyprostowana ręka mierzyła w coraz wyraźniejszą na ciemniejącym niebie tarczę księżyca. - On właśnie tam mieszka.
Starszy pan wzniósł oczy i dłuższą chwilę milczał.
- To bardzo daleko – stwierdził w końcu.
- To prawda. - Dziewczynka posmutniała na moment, jednak zaraz się ożywiła. - Ale zawsze wieczorem rzuca do mnie świecące kamyki i wtedy wiem, że o mnie myśli. Bardzo często o mnie myśli.
Uśmiechnęła się i mówiła dalej:
- A ja do niego mrugam, kiedy tylko mogę.
Dziewczynka wyjęła z kieszonki małą plastikową latarkę i kierując ją w górę zaczęła naciskać raz po raz włącznik.
- Jak będę duża, to on do mnie przyleci i się ze mną ożeni – oznajmiła poważnym tonem. - Będzie pan tu jutro? - zapytała nie przerywając mrugania.
Starszy pan popatrzył na księżyc, a potem na dziewczynkę, która wciąż z zapałem błyskała swoją latarką.
- Będę – odparł cicho, ale zdecydowanie.

Dziewczynka pożegnała się i poszła do domu. Czekał ją długi spacer. Dobrze, że lubiła spacery.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: Jorge Guillen / Pixabay: Fotocitizen

"Opowieść o odnalezionym szczęściu"▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Za wieloma górami i wieloma morzami żył król, który zastanawiał się...
06/07/2024

"Opowieść o odnalezionym szczęściu"
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Za wieloma górami i wieloma morzami żył król, który zastanawiał się czy na pewno jest szczęśliwy. A w zasadzie przeczuwał, że jednak szczęśliwy nie jest. W każdym razie miał dziwne wrażenie, że coś ważnego go omija.

Jego odczucia wydawały mu się niezrozumiałe, bo w królestwie, którym władał, sprawy układały się znakomicie. Król dbał o wszystkich i o wszystko. Miał do tego smykałkę – po pierwsze dlatego, że był z natury troskliwy i dobroduszny, a po drugie z tego powodu, że od najmłodszych lat szykowano go do objęcia tronu. Wszak jego pradziad, dziad i ojciec także byli królami, więc naturalną koleją rzeczy ta funkcja w końcu przypadła i jemu.

Poddanych ujmowało w nim to, że rządził mądrze i sprawiedliwie. Król jednak czuł taki niedosyt i niespełnienie, że w końcu zaczął szukać pomocy wśród zaufanych przyjaciół, a nawet udawał się po rady daleko poza granice swojego królestwa. We wszystkich tych rozmowach powracały proste pytania: o to jakie są jego pragnienia, czego naprawdę chce i co wybiera.

Nie były to jednak łatwe pytania dla króla, ponieważ gdy dorastał dla nikogo nie było to ważne. Miał drogę wyznaczoną przez przodków, a jego własne pragnienia traktowane były jedynie jako nic nie znaczące kaprysy. Długo więc zastanawiał się czego tak naprawdę chce, aż wreszcie przypomniał sobie. Kolejne miesiące zbierał odwagę, żeby podjąć decyzję, a następnie wiele tygodni przygotowywał swoje królestwo na zmiany. W końcu nadszedł dzień, w którym król po raz ostatni spojrzał na swój tron i na pałac, po czym zdjął koronę i odszedł w nieznane.

Mniej więcej w tym samym czasie kiedy odszedł król w okolicy pojawił się wędrowny błazen. Wraz ze swoją rodziną pomieszkiwał to tu, to tam, dając przedstawienia i rozśmieszając widzów. Żył skromnie, ale tych co go spotkali ujmowało w nim to, że był szczęśliwy.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie:

„Opowieść o różnych sposobach”▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Gdy do miasta przyjeżdżał cyrk, to dzieci mieszkające w wiosce o niczym ...
26/01/2024

„Opowieść o różnych sposobach”
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Gdy do miasta przyjeżdżał cyrk, to dzieci mieszkające w wiosce o niczym innym nie marzyły, jak tylko o tym, żeby uciec od swoich codziennych obowiązków i dostać się do miasta. Takie pragnienie miał też chłopiec, którego rodzinny dom stał na skraju wioski. Wymykał się on o poranku i boso przedzierał przez gęsty las, by choć z daleka popatrzeć na cyrkowe miasteczko.

Droga ta była długa i żmudna, ale cóż innego mógł zrobić, by zaspokoić swoje pragnienie? Chodził więc co kilka dni przez gęstwinę, omijając kolczaste zarośla i z bijącym sercem nasłuchując czy nie zbliża się jakiś dziki zwierz. Gdy zmęczony docierał do celu zachłannie spoglądał przez ogrodzenie na cyrkowe życie, tak różne od jego własnego, bo takie tajemnicze i wspaniałe.

Pewnego dnia, gdy wracał już do domu i szedł ze spuszczoną głową, bo spodziewał się reprymendy za zbyt długą nieobecność, usłyszał za sobą jakiś szelest. Przystanął wystraszony, lecz na szczęście zamiast wilka czy niedźwiedzia ujrzał kroczącego wśród drzew innego chłopca. Znał go z widzenia, bo jego rodzina mieszkała w sąsiedniej wiosce po drugiej stronie strumienia. Ponieważ tamten także go zauważył postanowił zaczekać na niego i resztę drogi przebyli razem trochę milcząc, a trochę rozmawiając.

- Pierwszy raz byłeś zobaczyć cyrk? - spytał chłopiec. - Bo nigdy wcześniej cię tu nie spotkałem.
- Ależ skąd! - odparł drugi chłopiec. - Często chodzę do miasta, chociaż rzadko tędy.

Pierwszy chłopiec zdziwił się bardzo słysząc te słowa.
- Ja za to zawsze chodzę tędy - powiedział. - bo niby którędy można jeszcze iść?
- Do miasta można dostać się traktem, którym jeżdżą wozy - rzekł drugi chłopiec takim tonem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Ale wtedy trzeba bardzo nadłożyć drogi - zaprotestował pierwszy chłopiec. - a mnie i tak już nogi bolą, gdy idę tą dziką ścieżką przez las.

Drugi chłopiec spojrzał na niego z ukosa.
- Ja nigdy nie idę tamtędy na piechotę - wyjaśnił. - Sprawdzam o świcie, który gospodarz szykuje się do miasta i pomagam mu załadować wóz. Podwożą mnie wtedy, a i kawałkiem chleba po drodze poczęstują.
Pierwszy chłopiec słuchał zadumany.
- No tak, tak to można i drogą jechać - stwierdził w końcu.

- Gdy nie ma suszy - podjął drugi chłopiec. - to można do miasta dostać się przez moczary. To wtedy najkrótsza droga.
Pierwszy chłopiec otworzył aż usta ze zdumienia.
- Jak to możliwe? - wykrzyknął. - Przecież tam można utonąć w bagnie, a nawet jeśli nie, to komary tną jeszcze gorzej niż w lesie!

Drugi chłopiec pokręcił głową.
- Ja nigdy nie chodzę tamtędy sam i nie płynę wpław. Pytam czasem zielarkę czy nie trzeba jej nanieść chrustu, a ona w podzięce przeprawia mnie raz czy drugi swoim czółnem na drugi brzeg. Wie dobrze, którędy płynąć, a oprócz tego ma takie specjalne maści, co odstraszają owady.
Pierwszy chłopiec słuchał w zadumie, a potem stwierdził, że tak to faktycznie można przedostać się i przez moczary.

Drugi chłopiec szedł chwilę w milczeniu.
- A gdy jest bardzo gorąco - podjął. - to lubię chodzić do miasta wzdłuż strumienia. Mogę się wtedy co jakiś czas ochłodzić.
Pierwszy chłopiec westchnął tylko głęboko.
- Byłoby pewnie przyjemnie, ale tam jest tyle ostrych kamieni. Ja i tu w lesie kaleczę sobie stopy, a przy strumieniu to bym je tak pociął, że nigdzie bym nie doszedł.

Drugi chłopiec znowu pokręcił głową.
- Ale ja nigdy nie chodzę tamtędy boso - powiedział. - Gdy kobiety idą nad strumień, żeby prać ubrania, to pomagam im nosić ciężkie toboły z praniem. Zrobiły dla mnie sandały, żebym sobie wtedy nóg nie kaleczył i odtąd zakładam je także w drodze do miasta.

Pierwszy chłopiec znowu słuchał w milczeniu.
- Ale jeśli akurat mam ochotę być tak zupełnie, zupełnie sam - dodał jeszcze drugi chłopiec. - Nikogo nie spotykać, nikomu nie pomagać, ale i od nikogo nie potrzebować pomocy, to wtedy, choć bardzo rzadko, idę do miasta tędy, przez las.

Pierwszy chłopiec westchnął jeszcze głębiej niż poprzednio i pomyślał, że ciekawe byłoby dowiedzieć się co jego kompan robi, jak już dotrze do miasta i do cyrkowego miasteczka. I jak sobie radzi z rodzicami, który są źli na niego ze te częste włóczęgi. I w ogóle co jeszcze robi inaczej i tak, jak chce.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: Gábor Adonyi / Pixabay

„Opowieść o codziennym wyborze”▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Mężczyzna stanął na rozstaju dróg. Jego zgięte plecy i opuszczone ramio...
02/01/2024

„Opowieść o codziennym wyborze”
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Mężczyzna stanął na rozstaju dróg. Jego zgięte plecy i opuszczone ramiona nadawały całej sylwetce wygląd człowieka dźwigającego jakiś niewidoczny ciężar. Poszarzała, maskowata twarz nie wyrażała nic prócz wyczerpania. Tylko oczy błyszczały jeszcze, dając znać, że gdzieś we wnętrzu tej smutnej postaci tliło się wciąż prawdziwe życie.

Wzrok miał skupiony w jednym punkcie. Patrzył na tkwiący naprzeciwko drogowskaz. Gruby, świeżo okorowany drewniany słup, u dołu zabezpieczony przed butwieniem smołą, mocno osadzono w ziemi. Na górze zaś, na tle nieba, jasne sosnowe deski niemo wskazywały przeciwne strony.

Ta mierząca w lewo kierowała na znaną mężczyźnie drogę, którą podążał co dnia. Wiedział dokładnie, co oznacza wyryty w drewnie napis. Sam nigdy tak jasno nie nazwał tego kierunku jednak, gdy chwilę się zastanowił, to musiał się zgodzić - to trafne określenie miejsca, do którego wiódł odbijający w lewo szlak. Nogi same niosły go w tę bardzo dobrze znaną stronę. Zawsze też wtedy coś zaczynało dusić go w piersi, a twarz wykrzywiał mu grymas.

Druga deska, wskazująca prawe odgałęzienie drogi, budziła w nim mieszane uczucia. Z jednej strony napis przykuwał jego spojrzenie i było coś pociągającego w fantazjowaniu, o tym co by się wydarzyło, gdyby skierował tam swoje kroki. Z drugiej zaś strony te myśli wzbudzały w nim nieokreślony niepokój. Nie sposób było bowiem przewidzieć, co dokładnie spotka go na tamtej drodze. A przecież drogowskaz z nim nie pójdzie, sam nie zaryzykuje i nie poniesie trudów. On tylko tkwi tutaj, na rozdrożu, i bezdusznie - a może nawet złośliwie - głosi możliwość wyboru.

Mężczyzna każdego dnia szedł tędy i latami bezwiednie mijał rozstaje. Dopiero niedawno ktoś postawił drogowskaz, boleśnie mu odtąd przypominający, że skręcając w inną stronę dojdzie zupełnie gdzie indziej.

Dziś poczuł, że nie może już przejść udając przed samym sobą obojętność. Coś kazało mu stanąć i zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Głowił się nad tym, co robić, by uniknąć tej codziennej rozterki. Mógł przechodząc spuszczać wzrok, ale nie uśmiechało mu się to, bo czułby się jak zwykły tchórz. Mógł wcześniej zbaczać ze szlaku i przedzierać się przez las, by ominąć rozstaje, lecz czułby się podobnie, a poza tym kosztowałoby go to dużo więcej wysiłku. Mógł też poszukać zupełnie innej drogi z innymi rozstajami, ale któż wie jakie tkwią przy nich drogowskazy? Mógł wreszcie w złości, która w nim wezbrała, zamazać napisy czy wyszarpać deski...

Naparł na słup, objął go mocno ramionami i próbował obruszyć. Ten jednak ani drgnął, więc mężczyzna w końcu zrezygnował.

Stał chwilę z zaciśniętymi pięściami, dysząc głośno, lecz wreszcie zauważył – ku swojemu zdumieniu – że jego oddech stopniowo się uspokaja, a dłonie rozluźniają. Dochodziło do niego, że ten drogowskaz po prostu tu stoi i po prostu pokazuje obie drogi. Nie zmusza go przecież do niczego, ani nie ocenia wyboru. A niszcząc go lub uciekając nigdy nie pozbyłby się tego wspomnienia – drogowskaz na zawsze wyryłby się w jego pamięci, a wiedział, że stamtąd już nie tak łatwo coś usunąć.

Mężczyzna wyprostował się i odetchnął głębiej. Dawno nie czuł się tak spokojny. Nigdy też nie stał tak długo na żadnych rozstajach. Pomyślał, że może i dobrze, że ten słup tu stoi, a jego deski tak bezstronnie i cierpliwie dają wybór.

Pogrążony w takich rozmyślaniach, póki co ruszył swą codzienną drogą. Ale szedł trochę raźniej niż zwykle i z odrobinę większą ochotą, jakby tam - pod drogowskazem – zostawił część niewidocznego ciężaru. A myśl, że jutro znów stanie na rozstajach pierwszy raz przyniosła mu nadzieję.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: rawpixel.com /Freepik

"Opowieść o zmęczonym lordzie"▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Wszyscy na zamku wiedzieli, że lord w młodości był na wojnie. Nie była t...
26/07/2023

"Opowieść o zmęczonym lordzie"
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Wszyscy na zamku wiedzieli, że lord w młodości był na wojnie. Nie była to jednak wojna obronna, gdy walczy się z wrogiem napadającym ojczyznę. Nie był to też grabieżczy atak na obcy kraj. To była wojna domowa. Taka, podczas której ojciec stawał przeciwko synowi, brat przeciwko bratu, a sąsiad przeciw sąsiadowi. Trwała całymi latami, a gdy się skończyła, to co prawda lord wybudował własny zamek, lecz już nie był takim człowiekiem, jak wcześniej. A całkiem możliwe, że nawet zapomniał jaki kiedyś był.

Żona starała się go rozumieć, bo pamiętała te niespokojne czasy. A córki, jak to dzieci, coś niecoś wiedziały o przeszłości ojca, ale przede wszystkim chciały żyć własnym życiem.

Lord także starał się żyć dniem dzisiejszym, jednak im dłużej próbował to robić, tym bardziej się męczył.

Męczyły go rodzinne spacery po ogrodach rozciągających się wokół zamku. Gdy w parne, letnie dni córki wybierały się zażyć kąpieli w pobliskim jeziorze, nie mógł się przełamać, żeby im towarzyszyć. Nie urządzał uczt, a gdy żona organizowała bale, to nie przychodził na tańce, bo nigdy nie miał czasu ani ochoty.

Całymi dniami skupiał się za to na obowiązkach. Dbanie o pełne piwnice, musztrowanie straży, przeglądy i naprawy murów czy zarządzenia dla służby to było jego życie. Czuł się wtedy dobrze i spokojnie, jakby był na właściwym miejscu. Jednak te sytuacje były coraz rzadsze. Bo ile można kazać strażnikom maszerować wokół dziedzińca, ile można naprawiać mury, które nawet nigdy nie były oblężone i ile beczek z prochem można zmieścić w baszcie?

Pewnego ranka, gdy lord znów obudził się bez sił, wezwał swego kamerdynera. Przekazał mu, że cały dzień będzie poza zamkiem, bo udaje się w podróż. Potem osiodłał konia i wyruszył drogą wiodącą przez las. Jechał stępem bez celu, ale gdy o zachodzie słońca powrócił pod mury swojej warowni, to nie był spokojniejszy nawet o jotę.

Już miał kierować się ku bramie, gdy jego uwagę zwróciła chata na wpół ukryta wśród drzew na skraju puszczy, tkwiąca w pewnym oddaleniu od innych zabudowań. Wiedział, że mieszkał tam człowiek zwany znachorem czy zielarzem. Zwano go różnie, lecz jeśli ktoś był w potrzebie, to prędzej czy później pukał w porośnięte mchem drzwi jego chaty. Tak też uczynił lord tego wieczora, a gdy nikt nie odpowiadał, wszedł ostrożnie do wnętrza.

W środku było zaskakująco jasno i przytulnie. Na ogniu bulgotał garnek z gorącą wodą, a siwiuteńki starzec krzątał się wśród półek i naczyń. Wejście lorda od razu zwróciło jego uwagę i przyglądał mu się teraz swoimi czarnymi, świdrującymi oczyma.

- Co cię tu sprowadza? - zapytał wreszcie.

Lord był tak utrudzony i tak bliski utraty nadziei, że zwierzył mu się ze swej udręki. Staruszek wysłuchał go cierpliwie, podrapał się po siwej brodzie i westchnął głęboko.

- Widać, że wciąż szykujesz się na wojnę, której już dawno nie ma – rzekł powoli, patrząc bacznie, jak lord to przyjmie. Tamten nic nie powiedział, więc starzec kontynuował.

- Może już czas, żebyś zdjął tę zbroję?

Lord drgnął nagle, a potem zastygł w bezruchu. Gdyby nie hełm i opuszczona przyłbica, to staruszek mógłby dostrzec, że jego twarz stężała i że miotają nim jakieś silne uczucia. Jakby chciał powiedzieć:

- Co ty wiesz o wojnie i o noszeniu zbroi? Wiesz co to znaczy dźwigać na plecach dzień w dzień taki ciężar całymi latami? Ciężar, który daje złudne poczucie bezpieczeństwa, a przy okazji oddziela cię od świata i od ludzi? To prawda, że ciosy są wtedy o wiele mniej bolesne, ale nie tylko ich nie czujesz. Nie czujesz także kropli deszczu, powiewu wiatru i dotyku tych, których kochasz. Męczysz się coraz bardziej i nie widzisz sposobu, żeby to się skończyło. To właśnie znaczy nosić zbroję. To właśnie znaczy żyć na wojnie.

Ale wtedy jeszcze lord ani nie podniósł przyłbicy, ani tego nie powiedział. Rzucił tylko krótkie „Przemyślę to” i wyszedł z chaty chrzęszcząc przy każdym kroku żelaznym pancerzem. Wsiadł z trudem na konia i wrócił do zamku. Odjeżdżając nie oglądał się za siebie, lecz czuł, że jeszcze nie raz skieruje swojego wierzchowca w stronę samotnej chaty znachora.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: Daniel; DangrafArt/Pixabay

"Opowieść o żelaznych żółwiach"▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Na pewnej planecie było bardzo tłoczno i głośno. Wszelki ruch był powol...
06/05/2023

"Opowieść o żelaznych żółwiach"
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Na pewnej planecie było bardzo tłoczno i głośno. Wszelki ruch był powolny, a hałas potężny, bo planetę zamieszkiwały ogromne, żelazne żółwie. Ich masywne sylwetki przemierzały łąki i lasy, góry i doliny, miażdżąc bądź rozbijając wszystko, co napotkały przed sobą.

Zdarzało się oczywiście co i rusz, że jeden żółw zderzał się z drugim - celowo lub przypadkiem. Wtedy rozpoczynała się walka, która prowadziła do ucieczki albo pokonania słabszego przeciwnika. Łoskot gniecionych blach, dudnienie uderzanych pancerzy i zgrzyt metalu o metal, to były dźwięki wypełniające powietrze prawie wszędzie. Gdzieniegdzie tylko można było znaleźć jakieś ciche, ustronne miejsce, schowane za większą skałą czy osłonięte zwalonymi pniami drzew.

W jedno z takich miejsc wpełzł raz bardzo poobijany żelazny żółw i zamarł w bezruchu. Po pewnym czasie coś zgrzytnęło i na boku żółwia otworzył się niewielki właz. Z otworu wyjrzała ostrożnie mała, chudziutka postać. Rozglądała się trwożnie dookoła, ale ponieważ nic nie wskazywało na zbliżające się niebezpieczeństwo, więc powoli wyszła ze stalowej skorupy. Przy ogromnym, żelaznym gadzim cielsku wydawała się niczym okruszek, taka drobna i bezbronna.

Mały ludek przeciągał się i prostował. Zdawał się chłonąć całym sobą świeże powietrze, przestrzeń i spokój. Bardzo rzadko zdobywał się na to, by wyjść ze swego bezpiecznego schronienia, ale gdy już się odważył, to czuł jak ogarnia go bezgraniczne szczęście.

Sielanka nie trwała jednak długo. Okazało się, że cisza wcale nie oznaczała samotności. W pobliżu, częściowo ukryty wśród skalnego rumowiska, tkwił bowiem drugi żółw i mały ludek nagle go zauważył. Zastygł przerażony, jednak obcy żółw wcale nie ruszył na niego, by go dopaść i zmiażdżyć. Leżał nieruchomy, a właz na jego boku także był otwarty.

Wtedy mały ludek pierwszy raz w życiu ujrzał drugiego ludka, takiego samego jak on. Tamten miał tak samo szczupłą twarzyczkę, chude rączki i nóżki. Stał w pewnej odległości i obserwował małego ludka uważnie. Ich spojrzenia spotkały się na dłużej. Wtem obcy drgnął i niespodziewanie zrobił krok w jego stronę jednocześnie wyciągając do niego rękę. Nie był to duży krok, ani też bardzo gwałtowny, jednak mały ludek przestraszył się i uciekł. Od razu poczuł żal, lecz nie był w stanie zrobić nic innego. Zniknął zaraz we wnętrzu swojego żelaznego żółwia i zatrzasnął właz.

Druga drobna postać stała jeszcze chwilę, a potem również wróciła do swego pancernego schronienia. Wkrótce obie żelazne maszyny ruszyły, każda w swoją stronę, zostawiając po sobie głębokie koleiny i ciszę.

Od tamtego spotkania mały ludek nie potrafił już patrzeć na inne żelazne żółwie tak, jak kiedyś. Widział co prawda pancerne olbrzymy, ale za każdym razem myślał także o tym, że w środku każdego z nich, za grubą warstwą blach, siedzi jakiś chudziutki i przestraszony człowieczek, zupełnie taki jak on.

Nadal był bardzo ostrożny, nadal wycofywał się lub stawał do walki, jednak gdy tylko dostrzegł taką okazję, to zatrzymywał swojego żółwia i delikatnie uchylał właz z nadzieją, że ten gest zostanie zauważony i ktoś odpowie tym samym z wnętrza swojego żelaznego żółwia.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: user_id:652234/Pixabay

https://www.youtube.com/watch?v=D4-Ra02C7sc
28/03/2023

https://www.youtube.com/watch?v=D4-Ra02C7sc

Opowieści powstają z tego, co ludzie przynoszą do gabinetu psychoterapeutycznego. Czasem czyjaś historia chodzi za mną i domaga się opisania innymi słowami, ...

"Opowieść o samotnym strażniku"▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Pewnego zimowego popołudnia stary wędrowiec przechodził przez skalisty,...
26/01/2023

"Opowieść o samotnym strażniku"
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Pewnego zimowego popołudnia stary wędrowiec przechodził przez skalisty, otoczony lasem wąwóz. Na jednym jego pochyłym zboczu, pokrytym teraz warstwą świeżego śniegu, ziała jama, a u wejścia do niej siedział przy ogniu jakiś młody człowiek. Zerwał się on na widok wędrowca i bacznie mu się przypatrywał.

- Kim jesteś i czego tu szukasz? - zawołał gromko z daleka. - Jeśli zabłądziłeś, to idąc dalej tą drogą trafisz do wioski. Jeśli masz niecne zamiary, to uważaj, bo mam miecz i nie zawaham się go użyć! A jeśli przychodzisz w pokoju, to zapraszam, siądź ze mną przy ognisku.
Starzec uśmiechnął się pod nosem i podszedł, żeby skorzystać z gościny.

Rozmawiali do późna. Wędrowiec dowiedział się, między innymi, że w jaskini mieszka groźna bestia, a młodzieniec strzeże wejścia, by nigdy się nie wydostała i nikomu z wioski nie zrobiła krzywdy. Opowiadał o tym z wielkim przejęciem. Widać było, że zależy mu na bliskich i gotów jest wiele poświęcić dla ich dobra. A starzec słuchał z uwagą i podziwem, aż w końcu pożegnał się, by jeszcze przed nocą dotrzeć do osady.

Wędrowiec przychodził tam jeszcze wiele razy. Zawsze gdy droga wiodła go w pobliże, to zaglądał do wąwozu. Z biegiem czasu serdecznie polubił młodzieńca, a tamten odwzajemnił się szczerym
zaufaniem.

- Muszę ci coś wyznać – powiedział któregoś wieczora młody człowiek, gdy siedzieli razem przy ognisku, a głos mu się zaczął łamać po tych słowach. - Tak naprawdę... w jaskini... nie ma żadnego
potwora...

Starzec pokiwał głową.

- Domyśliłeś się? To pewnie i tego się domyśliłeś – kontynuował młodzian. - że skoro nie przed potworem, to strzegę wioski przed samym sobą. Jak jeszcze byliśmy wszyscy razem, jak z nimi żyłem, to czasem tak mnie coś w środku rozpierało, że ledwo mogłem to utrzymać w sobie. Chłop jestem na schwał, w rękach mocny, a i mieczem wywijać potrafię, to chyba rozumiesz, że w tej mojej wiosce ani chybi prędzej czy później komuś bym krzywdę zrobił. Dlatego zupełnie z własnej woli siedzę tu, na odludziu. Oni by tego nie zrozumieli, więc wymyśliłem tę historię o bestii, żeby nie gadali, że zwariowałem czy coś jeszcze gorszego.

Chłopak westchnął, a oczy zaszkliły mu się łzami.

- Cieszę się, że ci to wyjawiłem, bo ciężko mi było na sercu.

Odwrócił głowę, żeby kompan nie widział jego łez.

- Nie tęskno ci za nimi? - zagadnął starzec dorzuciwszy drwa.
Chłopak nie odpowiedział od razu i dłuższy czas siedzieli w milczeniu.
- Tęskno, jasne, że tęskno – rzekł w końcu cicho. - lecz co mam robić?
- Może po prostu wróć do wioski, do swoich. Pewnie brakuje im ciebie, tak jak tobie ich.
Młodzieniec uśmiechnął się smutno.
- Nikt jeszcze mi tego nie powiedział. Znoszą mi drewna, przynoszą jedzenie i ciepłą odzież. Dbają żebym nie marzł i nie przymierał głodem, pytają jak mi idzie wartowanie, ale nikt jeszcze nie powiedział, że mu na mnie zależy, że tęskni, że chciałby, żebym wrócił...

- A jeśli tego nie usłyszysz, to będziesz tu tak siedział do końca życia?

Wędrowiec zaczął się powoli zbierać. Spakował swój wór, wziął w rękę kij i odszedł kawałek, ale zatrzymał się jeszcze w kręgu światła i spojrzał pytająco na chłopaka. Tamten wiercił się niespokojnie przy ognisku, jakby nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Wreszcie odważył się i wstał.

- Myślisz, że to dobry pomysł? - zapytał niepewnie. - Sam bym nie wrócił. Ale z tobą mogę spróbować.

Rozgarnął płonące drwa, rozejrzał się po swoim obozowisku, a potem odpiął miecz od pasa. Razem z pałką wcisnął go w wąski skalny wyłom i zakrył gałęziami. Gdy oporządził już wszystko co
uważał za potrzebne otrzepał ręce i ruszył ku starcowi.

- Nie lękasz się, że zrobię komuś krzywdę? - zapytał stając przed nim.
- Przez ten czas trochę cię poznałem. Dobrze ci z oczu patrzy i nie brakuje ci rozumu. Nie lękam się o to. Jeśli już miałbym się czegoś obawiać, to tego, że jeśli zostawisz tu cały swój bojowy rynsztunek, to prędzej czy później wrócisz w to miejsce – nie wiadomo na jak długo.
Chłopak odetchnął głęboko, przełknął ślinę i wydobył swój oręż z ukrycia. Gdy przytroczył broń do pasa ruszyli w stronę wioski. Młodzieniec szedł raźno, ramię w ramię z wędrowcem.
- To dopiero początek, prawda? - upewnił się, gdy byli jeszcze w drodze.
- Prawda – odparł wędrowiec. - Ale myślę, że to całkiem dobry początek.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: Pexels/Pixabay

"Opowieść o magicznym zwierciadle"▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Król wdrapywał się po stopniach sapiąc i podciągając szaty, żeby się...
27/12/2022

"Opowieść o magicznym zwierciadle"
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Król wdrapywał się po stopniach sapiąc i podciągając szaty, żeby się nie potykać. Wąskie i kręte schody prowadziły do niewielkiego pokoiku na szczycie wieży. A tam pośród ksiąg i pergaminów, na zakurzonym dębowym biurku stało lustro.

Monarcha zatrzymał się na chwilę w progu. Spoglądał na nie w milczeniu, jakby nad czymś się zastanawiając. Zaciskał przy tym usta i nerwowo miął brzeg płaszcza. W końcu zamknął za sobą drzwi, po czym zdecydowanym krokiem podszedł do biurka.

- Lustro, lustro, powiedz proszę – zaczął pospiesznie. - co powinienem uczynić? Przyjąć cesarską delegację, czy przegnać ją na cztery wiatry?

Oparł się ciężko o blat i wpatrywał w srebrną taflę zwierciadła.

Lustro milczało chwilę.

- Mam ci powiedzieć? - odezwało się w końcu.

- Tak.

- Czwarty rok do mnie przychodzisz...

Król westchnął.

- Wiem, wiem. „A jak to czuję w swoim sercu?” - wyrecytował.

- A jak czujesz?

- Nie wiem.

Lustro zamilkło i król również.

- Milczysz? - zagadnęło po dłuższej chwili.

- Mam ochotę pomilczeć - odparł władca.

- Masz ochotę stąd wyjść – stwierdziło zwierciadło. - i więcej nie wrócić.

Król poruszył się niespokojnie i potarł kark.

- To też – przyznał.

- Jeśli ich przegnasz – zaczęło zwierciadło. - to nie usłyszysz tego z czym dziś przybywają, kierując się tylko swoją dawną urazą. A jeśli ich przyjmiesz, to czeka cię pewien trud układania się na nowo z cesarzem.

Pokoik znowu wypełniło milczenie. Tylko tym razem inne.

- A królowa? - zapytało lustro.

- Co „królowa”?

- Nic o niej nie opowiadasz. Czasem tylko o królewnie.

Król powoli pokiwał głową.

- Jak już co moje poukładam, to i z królową i z królewną dam sobie radę. Ale dziękuję, że pytasz.

Monarcha przełknął ślinę i chwilę gładził palcami drewniany blat.

- Tak w ogóle, to chciałem ci rzec, że dobrze mieć takie zwierciadło, jak ty.

Lustro uśmiechnęło się, a przynajmniej tak się królowi zdawało.

- Na mnie już pora.

- Będę na ciebie czekać – powiedziało zwierciadło przyjaźnie.

- Przyjdę – odparł król i zamknąwszy za sobą drzwi ostrożnie ruszył schodami w dół.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: Claude Alleva; claude05alleva/Pixabay

„Opowieść o małym duchu”▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️Był sobie raz chłopiec, który mieszkał w ogromnym domu. Ale nie mieszkał tam s...
05/05/2022

„Opowieść o małym duchu”
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Był sobie raz chłopiec, który mieszkał w ogromnym domu. Ale nie mieszkał tam sam, o nie. Dom był pełen ludzi. Mama całymi dniami biegała po piętrach i pokojach, żeby wszystkiego dopilnować. Tata głównie wychodził na miasto. Dziadek był ciągle zdenerwowany i krzyczał na wszystkich. Babcia uspokajała go, a wieczorami robiła na drutach ciepłe swetry. Była jeszcze siostrzyczka, która robiła to, co chciała.

Mimo, że dom był pełen ludzi, to chłopiec zawsze chodził sam. Wcale nie dlatego, że tak chciał. Po prostu nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet gdy stał obok albo gdy wchodził do jakiegoś pomieszczenia, to inni zachowywali się, jakby go nie było. Długo nie mógł zrozumieć czemu tak się dzieje, aż w końcu znalazł logiczne wytłumaczenie. Wszystko wskazywało na to, że jest duchem i dlatego pozostali członkowie rodziny nie mogą go zobaczyć. To wiele wyjaśniało i na pewien czas przyniosło mu ulgę.

Jednego dnia na podwórzu przed domem stanął inny chłopiec. Stał sobie i rozglądał się. Duch postanowił zrobić mu psikusa. Podszedł wolniutko i rzucił przed nim kamyk, tak żeby go przestraszyć. Myślał, że to musi być trochę straszne, gdy widzi się jak kamyk sam porusza się w powietrzu. Ten drugi chłopiec wcale się jednak tym nie przejął.

- Co ty robisz? – zapytał zdziwiony.

Tego duch się nie spodziewał i na dłuższą chwilę zapomniał języka w gębie.

- To ty mnie widzisz? – wykrztusił w końcu.

- Jasne, że widzę – odparł drugi chłopiec i podszedł, żeby uścisnąć mu rękę. – Mieszkam tu obok, niedaleko. Chciałbyś zostać moim kolegą?

Duch, który już zwątpił trochę w to, że naprawdę jest duchem, zgodził się chętnie i resztę dnia spędzili na wspólnej zabawie. A wieczorem, gdy się żegnali, umówili się, że jutro rano znów się spotkają.

- Lubię cię – powiedział drugi chłopiec na odchodne. Ponieważ chłopiec-duch pierwszy raz w życiu usłyszał takie słowa, to nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się niepewnie. A potem wrócił do domu, żeby znowu być duchem - ale tylko do jutra rana.
▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️▪️▫️
Autor: Artur Scisłowski • Psychoterapia • Warszawa
Zdjęcie: Juraj Varga; coyot/Pixabay

Adres

Warsaw

Godziny Otwarcia

Wtorek 10:00 - 16:00
Piątek 10:00 - 16:00

Telefon

+48503867039

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psychoterapeutyczności umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Psychoterapeutyczności:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria