04/03/2026
"Przemysł inteligencji emocjonalnej łudzi swych wyznawców przyjemną fantazją, że mili mężczyźni i kobiety nie tylko mogą odnieść sukces, ale najprawdopodobniej go odniosą. Mam nadzieję, że czasami rzeczywiście tak jest, myślę jednak, że odrobina uczciwej refleksji nie pozwala nam uznać takiego rozwiązania za standardowe.
Pomysł, skądinąd bardzo miły, że sukces w sposób naturalny wynika z postaw prospołecznych, osobistego ciepła i zdolności interpersonalnych, przypomina powszechne, choć fałszywe przekonanie – regularnie umacniane przez Hollywood – że dobrzy i odważni zawsze są piękni bądź przystojni."
"Wysiłek mający na celu rozwijanie własnego EQ może uczynić nas dużo sympatyczniejszymi, uprzejmymi i przystępnymi osobami. Najprawdopodobniej zjedna nam przełożonych, ale nie jestem pewien dobra, które miałoby powstawać w wyniku dopasowania wartości inteligencji emocjonalnej do oczekiwań osób służących interesom wielkich korporacji.
Niczym w sławnej teorii niemieckiego socjologa Maxa Webera, który dostrzegł zazębianie się etyki protestanckiej z duchem kapitalizmu, inteligencja emocjonalna zdaje się tworzyć ludzi, którzy będą raczej wpasowywać się potulnie w kulturę korporacyjną, niż ją twórczo kontestować. Musimy zadać sobie pytanie, czy taka wersja „inteligencji emocjonalnej” nie dotyczy bardziej procesu socjalizacji niż upodmiotowienia?
Osobiście opowiadam się za etycznym i empatycznym przywództwem. W sumie wolałbym żyć w świecie, w którym firmy dbają o emocjonalny dobrostan pracowników i podnoszą ich umiejętności nawet kosztem zmniejszonej zyskowności. Z całą pewnością chciałbym pracować w takiej firmie. Jednak, chociaż mogę się zgodzić, że część kompetencji upchniętych w pojęciu inteligencji emocjonalnej mogłaby zmienić świat na lepsze, nie jestem przekonany, że to, co powszechnie za nią uchodzi, jest magiczną przepustką do zawrotnej kariery.
Chociaż, dzięki Bogu, istnieją liderzy, którzy ucieleśniają niektóre cechy kojarzone z wysokim EQ, to nie ulega wątpliwości, że do Rzymu prowadzi wiele dróg i bzdurą byłoby się upierać, że to właśnie owe przymioty są warunkiem koniecznym sukcesu.
Przemysł inteligencji emocjonalnej łudzi swych wyznawców przyjemną fantazją, że mili mężczyźni i kobiety nie tylko mogą odnieść sukces, ale najprawdopodobniej go odniosą. Mam nadzieję, że czasami rzeczywiście tak jest, myślę jednak, że odrobina uczciwej refleksji nie pozwala nam uznać takiego rozwiązania za standardowe.
Pomysł, skądinąd bardzo miły, że sukces w sposób naturalny wynika z postaw prospołecznych, osobistego ciepła i zdolności interpersonalnych, przypomina powszechne, choć fałszywe przekonanie – regularnie umacniane przez Hollywood – że dobrzy i odważni zawsze są piękni bądź przystojni.
Liczne wartości i zachowania, które rzekomo wskazują na działanie inteligencji emocjonalnej, można uznać za atrakcyjne z moralnego punktu widzenia, co jednak nie zmienia faktu, że prawdziwa inteligencja dowolnego rodzaju wymaga od nas zachowywania dystansu i uważnego przyglądania się chłodnym okiem, jak rzeczywiście sprawy się mają, przy jednoczesnym odrzuceniu fantazji na temat tego, jak chcielibyśmy, żeby się miały.
Moim zdaniem czytelnicy zdecydowani wspiąć się na sam szczyt powinni raczej wymienić swojego Golemana na egzemplarz Księcia. Niccolo Machiavelli już w XV wieku rozumiał psychologię władzy. Pisał:
„Wszak sposób, w jaki się żyje, jest tak różny od tego, w jaki się żyć powinno, że kto, chcąc czynić tak, jak się czynić powinno, nie czyni tak, jak inni ludzie czynią, raczej gotuje swój upadek niż ostanie się.”
Zapamiętajcie słowa Machiavelliego. Poczytajcie biografie ludzi, którzy odnieśli ogromne sukcesy, i spróbujcie uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co takiego umożliwiło im wspięcie się na sam szczyt?”. Potem przeczytajcie jeszcze raz swój egzemplarz Golemana.
Osobiście będę mocno zaskoczony, jeżeli w tych opowieściach znajdziecie jakieś znaczące punkty styczne z hasłem „inteligencja emocjonalna”. Istnieją liczne i słuszne racje, dla których warto próbować być bardziej empatyczną, wrażliwą i sympatyczną osobą, ale zamiar pokonania w ten sposób konkurencji nie jest chyba jedną z nich.
Stephen Briers, „Psychobzdury. Jak mity psychologii popularnej mieszają nam w głowach.”
(źródło ilustr. bigthink.com)