17/01/2026
Dziś nie o szkole, nie o dzieciach lecz o… ludzkiej wrażliwości. O życia kruchości, i osobach, które są blisko, lecz i bardzo daleko. Bo gdy człowiek podąża do tego lepszego świata często nie potrafimy się pogodzić, zrozumieć - dlaczego teraz? Dlaczego w taki sposób? Lecz sama głośno powtarzam, że kiedy oddech zanika, a serce już na zawsze chce zaprzestać codziennej gonitwy to… ważne, że to już koniec, koniec cierpienia. Najważniejsze, że już nie cierpi choć walka trwała właśnie do ostatniego tchu.
Nikt z nas tak naprawdę nie wie, czy to cierpienie spotka nas bezpośrednio, czy będzie blisko - tak czy siak zadając ból. Psychiczny czy fizyczny. A może właśnie nic takiego się nie stanie i przejdziemy swoje życie nie zauważając, że już się kończy. A na tym końcu najsmutniejsza jest samotność. Umieranie w samotności, zapamiętując ostatni obraz jakim jest sufit obcego miejsca. Nie własnego domu, nie buzi ukochanej osoby.
Czasem słyszę, że śmierć jest dopiero początkiem, dobrym początkiem którego tutaj nie znamy.
A może by tak… żyć, po prostu żyć i być dla siebie. Nie idealizować, lecz świadomie i odpowiedzialnie szanować się nawzajem. Nie pędzić, umieć się zatrzymać, czasem pomyśleć o drugim człowieku, lecz nie o sobie? Chwycić za rękę, pogłaskać po policzku - bo nigdy nie wiemy, czy nie robimy tego ostatni raz - w swoim i tej drugiej osoby życiu.
Wiem, że jestem w dobrym miejscu. Tu mogę podzielić się tym co mam w sercu. Czasem będąc tą ostatnią osobą.