28/10/2025
Mam 52 lata, od lat 33 mieszkam w Warszawie, i właściwie dopiero teraz czuję się – na Mokotowie, w Warszawie, a chyba tak naprawdę w świecie – w domu. Miałam 19 lat gdy wyjechałam z Łodzi, wiedziona Młodzieńczą fantazją bo nie koniecznością – warunki Domowe miałam całkiem sprzyjające i wydział psychologii na miejscu. Ale mnie gnało. Przybyłam do Warszawy. Przybyłam i zetknęłam się z rzeczywistością momentami bardzo trudną, z brakiem mieszkania, z gigantycznym brakiem funduszy na cokolwiek, z szaloną sublokatorką, z przedziwną właścicielką mieszkania i wiele wiele wiele innych. Bywało dramatycznie. Teraz się uśmiecham. Wiem, że to nie były prawdziwe dramaty, to były po prostu trudności i dorosłe życie. Dramaty nastąpiły później – zachorowała moja mama, i wiele różnych rzeczy się potoczyło nie tak....
Spacerując dziś w czasoe przerwy w sesjach ( a łażę wtedy bez opamiętania po Mokotowie, to mnie wycisza uspokaja i potrzebuję łyku świeżego powietrza po historiach), poczułam jak bardzo bardzo bardzo jestem u siebie. Tutaj jestem u siebie. Jakie to cudowne miłe wszechogarniające bezpieczne ciepłe rozlewające się po brzuchu jak złoty miód uczucie. Z czego ona wynika? Czy z tego że już pięć lat jestem tutaj na Mokotowie i tutaj mam ośrodek w przepięknej kamienicy? Czy może to, że w końcu przestałam się przeprowadzać i od 10 lat mieszkam na Zawadach? A może w końcu praca terapeutyczna, osadzenie w sobie, osadzanie w ciele, czucie emocji, wyrażanie emocji, relacje – to wszystko sprawia, że jestem u siebie.
Na pewno ważnym czynnikiem jest tutaj mój wiek – czuję się mocno osadzona w samej sobie, i Bezpieczna na tyle, że mogę być otwarta, mogę zagadywać nieznajomych, zaprzyjaźniać się z szewcem (o nim będzie tutaj post Osobny, ponieważ go uwielbiam, pracuje tutaj od 40 lat, jest cudowny, i chyba sobie popsuję jakieś buty żeby mieć po co znowu do niego pójść, Na dzisiejszej wizycie o śmialiśmy się obydwoje do rozpuku), łazić bez celu, szwendać się, kupować kwiaty, kawę, i po prostu być u siebie.
A mam za soba lata, naprawdę całe lata dziesiątek przeprowadzek, straty mieszkania bądź pokoju z dnia na dzień, waletowania w akademikach i u przyjaciół, a przede wszystkim właśnie - nie czucia się u siebie. Bardzo długo nosiłam w sobie poczucie, że odkąd wyjechałam z mojego rodzinnego domu, który był – miałam to szczęście, dla mnie bardzo bezpieczną przystanią – rzuciło mnie na głębokie wody, a właściwie sama w nie skoczyłam, i nie ma tej przystani. A teraz jest. I dzisiaj to zauważyłam. To cudowne cudowne uczucie.
To wspaniale jest móc iść ulicą i czuć się bezpiecznie, czuć się u siebie.