31/01/2026
„We wszystkim jest pęknięcie, ale to przez nie wpada tu światło” śpiewał Leonard Cohen w piosence Anthem. I dokładnie to zdanie, z tej piosenki, mogłoby być alternatywnym tytułem dla filmu „Być kochaną” (gdyby tylko nie było tak długie, a przez to mniej chwytliwe).
Jeśli miałabym wybrać jedno słowo, które oddawałoby, o czym jest film „Być kochaną”, to powiedziałabym, że właśnie o pęknięciach. W relacji z mężem, w relacji z dziećmi, w relacji z matką i last but not least, w relacji z samą (samym) sobą.
Maria, główna bohaterka „Być kochaną”, doświadcza tych wszystkich „pęknięć”, które dotkliwie odczuwa. Czuje się dla bliskich nieważna, nierozumiana przez nich, opuszczona, nieszanowana i w efekcie, bardzo osamotniona i niekochana. A nawet, niegodna miłości.
Skrywa to przerażające przypuszczenie, a może nawet przekonanie, o samej sobie głęboko, obudowując je warstwami złości, pretensji, wyrzutów i pouczeń kierowanych wobec innych, co jedynie skutkuje pogłębiającym się w jej relacjach dystansem.
I dopiero gdy Maria znajduje w sobie odwagę (bo naprawdę, to jest akt odwagi), żeby skierować wzrok na swoje wewnętrzne pęknięcia, w czym pomaga jej psychoterapeutka, pojawia się to światło, o którym śpiewał Cohen.
W filmie widać ten moment wyraźnie, wręcz dosłownie. To pierwszy dzień, w którym pojawia się słońce za oknem bloku, w którym mieszka bohaterka. Jej twarz staje się bardziej pogodna i promienna. Słowa, które kieruje do córki i męża są spokojniejsze i bardziej życzliwe. I to wpuszczone w szczelinę własnego wnętrza światło, daje Marii nadzieję na zmianę w życiu. A Marią z „Być kochaną” może być każdy i każda z nas.
Polecam Wam „Być kochaną” - wciąż do obejrzenia w kinach, a od tygodnia na VOD.
Polecajka płynie z serca, a nie ze współpracy reklamowej.