Wolna Kobieta Od Zawsze

Wolna Kobieta Od Zawsze generalnie strona jest dla kobiet, wolnych kobiet, po prostu ...

możemy rozmawiać o wszystkim, o czym kobieta chciałaby mówić w obcym, a szczególnie męskim towarzystwie ... o życiu, zdrowiu i Polsce :)
jestem ginekologiem z wieloletnią praktyką i służę pomocą każdej kobiecie i proszę się nie bać ... mam swoje kobiety ..... :) jestem za wolnością we wszystkich aspektach, nie tylko dla kobiet ... ale dla nich zwłaszcza :) za demokracją i swobodami obywatelskimi i przeciw wszechogarniającej głupocie i niestety panoszącemu się chamstwu :(

Ciocia Dobra Rada na niedzielę 👍
15/02/2026

Ciocia Dobra Rada na niedzielę 👍

Nie ma się co przejmować, a my znowu rozdajemy kupony rabatowe na kafelki.
Wystarczy do nas napisać.
martafrejsklep@gmail.com

To działa 🙂

14/02/2026

Historia kobiety, która na zawsze zmieniła nasze kuchnie

Josephine żyła w zamożnym domu i uwielbiała organizować wystawne kolacje. Po każdym przyjęciu irytowało ją jednak to samo: delikatna porcelana niszczyła się, gdy służba myła ją ręcznie. Potłuczone talerze, pęknięcia, zniszczone serwisy…

Pewnego dnia straciła cierpliwość i powiedziała słowa, które zapoczątkowały rewolucję:
„Jeśli nikt nie wynajdzie zmywarki, zrobię to sama!”

I naprawdę zabrała się do pracy.

Zaprojektowała system, w którym naczynia były umieszczone w metalowej kratce, a silne strumienie wody myły je bez potrzeby szorowania. Z pomocą mechanika w 1886 roku opatentowała pierwszą w historii automatyczną zmywarkę.

Początkowo jej wynalazek nie zdobył popularności w domach — wiele kobiet nie ufało maszynie lub nie chciało zmieniać swoich przyzwyczajeń. Za to hotele i restauracje szybko dostrzegły jego potencjał i zaczęły go wykorzystywać.

Firma, którą założyła — Cochrane’s Crescent Washing Machine Company — położyła fundamenty pod markę, która później stała się KitchenAid, jednym z liderów branży sprzętu AGD.

Josephine Cochrane nie tylko stworzyła przełomowy wynalazek.
Była również jedną z nielicznych kobiet swoich czasów, które stanęły na czele firmy technologicznej i udowodniły, że innowacja nie ma płci ani epoki.

Dziś jej dziedzictwo żyje w każdej kuchni, w której zmywarka oszczędza czas i wysiłek.

✨ Ta historia przypomina:
innowacje potrzebują tylko odwagi, by zakwestionować to, co utarte.

I to jest to 👍
14/02/2026

I to jest to 👍

14/02/2026

„W ostatniej dekadzie liczba uczniów z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego wzrosła o 95%. W r. 2022 roku resort edukacji szacował, że ze wszystkich dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych już około 67% uczyło się w szkołach ogólnodostępnych i integracyjnych.”

Linkowany artykuł to kolejny w ostatnim czasie głos w dyskusji nad kształtem edukacji włączającej. Zebrane są w nim głosy rodziców i nauczycieli, a także specjalistów. Padają pewne propozycje rozwiązań, takich jak ponawianie diagnozy w poradniach, czy powołanie do życia sieci szkół dla dzieci z trudnościami, które są w normie intelektualnej, albo nawet powyżej tej normy.

⏩ W klasie 8-letniej Hani z Łodzi, sześcioro spośród 23 dzieci ma orzeczenia. Mama Hani opowiada:

Wychowawczyni po paru dniach pracy we wrześniu położyła wypowiedzenie ze słowami, że to trudna klasa i sobie nie radzi. Nie było chętnych, w końcu zatrudniono młodą dziewczynę po studiach. Nie ma mowy o klasowych wyjściach i wycieczkach, bo to taki chaos. Oni nawet na W-F-ie ustawiają się w parach przez 20 minut.

Z lekcji zostaje kwadrans. Dzieci na pewno na tym tracą. Nie ma ani jednej przeprowadzonej normalnej lekcji od początku do końca.

⏩ Joanna, mama Stasia mówi o „totalnym klinczu”. Z jednej strony hasła równościowe i wyrównywanie szans dziecka. Z drugiej: "Franek nie ma takich zasobów jak inne dzieci":

Skutek jest taki, że klasa nie uczy się otwartości. Oni zauważają jego inność, nie lubią go, a w konsekwencji chłopiec jest narażony na ostracyzm. On nie rozumie relacji społecznych, nie wie, że szarpanie za włosy, to nie koleżeńskie zaczepianie na zasadzie „pobaw się ze mną”.

⏩ Nauczyciela wspomagającego nie ma w klasie Stasia, ani w klasie Hani. Bywa, że nie ma go w klasach liczących trzydziestu kilkoro uczniów. Za to nauczyciele mówią o „wysypie orzeczeń”, o tym, że w każdej klasie mają choć jednego ucznia ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

⏩ Katarzyna, uczy historii w LO:

Wyjaśnienie poleceń uczennicy z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim zajmuje od 10-15 min. na każdej lekcji. Pewnych rzeczy po prostu nie rozumie - pojęć abstrakcyjnych, myślenia przyczynowo-skutkowego. Od innych słyszę, że nie jest w stanie opanować matematyki, ma problemy z podstawowymi działaniami. Siadam z nią i tłumaczę najprostszymi słowami. Nawet jeśli ktoś inny potrzebuje mojej pomocy, to mnie dla niego wtedy nie ma.

Z perspektywy tej uczennicy to jest dramat. Po każdej gorszej ocenie płacze, trzeba uruchamiać psychologa i pedagoga, czuje się gorsza od klasy. Pyta: "Dlaczego nie mogę być taka jak inni?". Odsunęła się od klasy, nie ma koleżanek. Rodzice zrobili temu dziecku krzywdę. Nie powinna się znaleźć w szkole masowej.

14/02/2026

Od 1 stycznia 2027 roku szczepienie przeciw HPV ma być w Polsce obowiązkowe i właśnie dlatego w sieci widać dziś wysyp strachu: „eksperyment”, „przymus”, „nieznane skutki”, „dzieci jako króliki”. To nie jest przypadek, tylko stary schemat.
Kiedy pojawia się realna decyzja w zdrowiu publicznym, zamiast faktów wjeżdża panika i sterowanie emocjami.
Tyle, że te fakty już istnieją i nie są teorią, tylko praktyką. Wystarczy spojrzeć na Danię.
Kraj, który wcześnie wprowadził powszechne szczepienia HPV i osiągnął wyszczepialność sięgającą nawet 90% w kluczowych rocznikach.
Efekt? Zakażenia najbardziej rakotwórczymi typami HPV spadły z około 15–17% do poniżej 1%, pojawił się efekt odporności populacyjnej, a Dania jest dziś bliska eliminacji raka szyjki macicy jako realnego problemu zdrowotnego.
To nie są obietnice ani „narracja systemu”, tylko twarde dane. Antyszczepionkowcy robią dokładnie to samo, co zawsze.
Ignorują korzyści, wyciągają ekstremalnie rzadkie działania niepożądane bez kontekstu, mylą korelację z przyczyną i brak chorób przedstawiają jako dowód, że zagrożenia nigdy nie było. Tymczasem brak chorób to efekt profilaktyki, a nie argument przeciw niej.
Można dyskutować o formie obowiązku, komunikacji państwa czy zaufaniu do instytucji, ale straszenie rodziców dokładnie w momencie wprowadzania obowiązku nie jest „zadawaniem pytań”❗
To celowe rozsiewanie strachu i podkopywanie zdrowia publicznego🧐🤔
Dania pokazała, co się dzieje, gdy zamiast lęków wybiera się fakty. Polska wchodzi w ten etap w 2027 roku i im głośniejsza panika w sieci, tym wyraźniej widać jedno, że fakty są po drugiej stronie.

06/02/2026

Wróciły 🙂
Jest w czym wybierać.

My pozostajemy w niepewnym wieku🙂, a Wy?

05/02/2026

Na wysokości 10 000 metrów silnik eksplodował.
Kadłub został rozerwany.
Dekompresja była gwałtowna.
A gdy 149 osób myślało, że za chwilę umrze, ona rozmawiała z wieżą kontroli lotów tak spokojnie, jakby zamawiała kawę.
Kilka minut później posadziła samolot na ziemi i uratowała 148 istnień.
Nazywa się Tammie Jo Shults.

17 kwietnia 2018 roku.
Lot Southwest 1380.
Boeing 737 osiągnął wysokość przelotową między Nowym Jorkiem a Dallas. Wszystko było normalne. Aż nagle przestało takie być.

Na wysokości 10 000 metrów eksplodował lewy silnik.

Eksplozja była tak potężna, że Tammie Jo przez chwilę pomyślała, że uderzył w nich inny samolot. Metalowe odłamki przebiły kadłub jak pociski. Jedno z okien zostało wyrwane. Kabina natychmiast się rozhermetyzowała.
Jedna z pasażerek, Jennifer Riordan, została częściowo wciągnięta na zewnątrz. Pasażerowie próbowali ją wciągnąć z powrotem do środka.
Krzyki. Opadające maski tlenowe. Czarny dym w kabinie. Alarmy wszędzie.

Samolot gwałtownie się przechylił. Dziób opadł.
Piloci nie słyszeli się nawzajem przez huk.

I wtedy, pośród chaosu, w radiu rozległ się głos Tammie Jo.
Absolutnie spokojny.

— Southwest 1380, lecimy na jednym silniku — powiedziała opanowanym tonem.
— Brakuje nam części samolotu, więc będziemy musieli zmniejszyć prędkość.

Jakby zgłaszała opóźnienie, a nie katastrofę.

Zapytano ją, czy jest pożar.

— Nie, nie ma ognia. Ale brakuje części samolotu. Mamy informację o dziurze i o tym, że jedna osoba została wciągnięta na zewnątrz.

Jej puls był prawie normalny.
Dłonie stabilne na sterach.
Podczas gdy pasażerowie wysyłali pożegnalne wiadomości do rodzin…
ona pilotowała.

Jej spokój nie pojawił się znikąd.
Budowała go od dzieciństwa, walcząc z ludźmi, którzy powtarzali jej, że nie może.

Dorastała na ranczu w Tularosa w Nowym Meksyku, obserwując startujące z bazy Holloman samoloty wojskowe.
Jako dziewczynka leżała na trawie i marzyła, żeby kiedyś być tam — wysoko.

Na konferencji lotniczej pewien emerytowany pułkownik zapytał ją, czy nie pomyliła sali.
Była jedyną kobietą.

— Chcę latać — odpowiedziała.

Pułkownik pozwolił jej zostać, ale dodał:
Kobiety nie są pilotami. To nie istnieje.

Tammie Jo odmówiła zaakceptowania takiego losu.

Próbowała dostać się do Sił Powietrznych.
Trzy razy usłyszała „nie”:
„Potrzebujemy pilotów, ale nie kobiet.”

Próbowała w Marynarce Wojennej.
Zdała egzamin z doskonałym wynikiem.
Jeden z oficerów odmówił rozpatrzenia jej wniosku:
„Masz wynik… ale wynik mężczyzny. Nie kobiety.”

Cały rok zajęło jej znalezienie rekrutera, który potraktował ją poważnie.

W 1985 roku dostała się do Szkoły Oficerskiej.
Zdobyła skrzydła pilota.
Była instruktorką T-2 Buckeye.
Latała A-7 Corsair II.
A potem została jedną z pierwszych kobiet w historii pilotujących F/A-18 Hornet.

Ale dyskryminacja się nie skończyła.
Prawo nadal zabraniało kobietom udziału w misjach bojowych.

Jeden z dowódców powiedział otwarcie:
— Nie będę miał kobiety uczącej celowania w MOJEJ flocie.

Zdjął ją z zaawansowanego szkolenia i przydzielił — jego zdaniem — karę:
uczenie odzyskiwania kontroli nad samolotem w sytuacjach krytycznych.

Czyli: jak uratować samolot, który spada, wiruje, wpada w przeciągnięcie, ignoruje instrumenty i wygląda na niemożliwy do uratowania.

Ta „kara” stała się jej największą siłą.

— Nie muszę mieć pełnej kontroli, żeby odzyskać kontrolę — nauczyła się.

Ta lekcja uratowała 148 osób w 2018 roku.

Tammie Jo odeszła z Marynarki w 1993 roku.
Dołączyła do Southwest Airlines.
Przez 25 lat latała rutynowe trasy.

Aż do 17 kwietnia.

22 minuty po starcie:
eksplozja. Dym. Chaos.

Przez chwilę pomyślała:
Może dziś spotkam swojego Stwórcę.
A potem:
Nie będzie mi obcy.

Jej wiara ją uspokoiła.
Szkolenie przejęło kontrolę.
I skupiła się na ratowaniu samolotu.

Wykonała awaryjne zniżanie — ponad 6000 metrów w kilka minut — i skierowała Boeinga do Filadelfii.
Samolot drżał.
Brakowało paneli kadłuba.
Jeden silnik był zniszczony.
Układy hydrauliczne były na granicy awarii.

A mimo to wylądowała.

Ratownicy sprawdzili jej puls: stabilny. Niewiarygodnie stabilny.

— Ma nerwy ze stali — powiedział jeden z nich.

148 osób przeżyło dzięki niej.
Tylko Jennifer Riordan, pasażerka siedząca przy uszkodzonym oknie, zmarła później w szpitalu.
Była to pierwsza ofiara śmiertelna w historii Southwest Airlines.

Po lądowaniu Tammie Jo przeszła przez kabinę, przytulając pasażerów.
— Jesteście już bezpieczni — powtarzała.

Kapitan Chesley „Sully” Sullenberger, bohater „Cudu na Hudsonie”, zadzwonił do niej, by pogratulować.
Jeśli Sully dzwoni — znaczy, że zrobiłeś coś wyjątkowego.

Trzy tygodnie później Tammie Jo wróciła do latania.
Na emeryturę przeszła w 2020 roku, ale nadal współpilotuje prywatne loty i współpracuje z Angel Flight, przewożąc pacjentów wymagających opieki medycznej.

Świat mówił jej, że nie pasuje do kokpitu.
Rekruterzy ją odrzucali.
Dowódcy ją lekceważyli.
Prawo trzymało ją z dala od walki.

Ale niebo miało inne plany.

Była tylko dziewczynką patrzącą na samoloty z rancza.
Powiedziano jej, że dziewczynki nie latają odrzutowcami.
Poleciała F/A-18.
Powiedziano jej, że kobiety nie lądują uszkodzonych samolotów.

Wylądowała takim, którego nikt nie wierzył, że da się uratować.

A gdy silnik eksplodował na wysokości 10 000 metrów,
gdy 149 istnień zależało od jej głosu i jej rąk…

Jej głos nie zadrżał.
Jej ręce nie zawiodły.

148 osób żyje dziś dlatego, że jedna kobieta przez całe życie odmawiała przyjęcia słowa „nie” jako swojego przeznaczenia.

Przypominajka i zachęta by oddawać krew dla innych 👍
31/01/2026

Przypominajka i zachęta by oddawać krew dla innych 👍

Czy uwierzycie, że jestem w takim medium ? Ja wciąż nie wierzę 😮🤔
30/01/2026

Czy uwierzycie, że jestem w takim medium ? Ja wciąż nie wierzę 😮🤔

W szpitalach będzie można tworzyć tzw. pokoje narodzin. W sobotę w życie wejdą przepisy w tej sprawie. Mają to być specjalnie wydzielone izby porodowe, na których położna będzie pełnić całodobowy dyżur. W razie potrzeby ma ona przyjąć poród lub towarzyszyć ciężarnej w drodze na...

do poczytania
28/01/2026

do poczytania

Od 2800 lat czytamy najsłynniejszy epos świata.
Nie mieliśmy pojęcia, co tak naprawdę było tam napisane.
Odyseja zaczyna się od jednego słowa opisującego jej bohatera: „polytropos”.
To pierwsza rzecz, którą Homer chce, żebyś wiedział o Odyseuszu.
Cecha charakterystyczna, która wprawia w ruch całą historię.
Przez wieki angielscy tłumacze oddawali to greckie słowo jako „zaradny”, „wszechstronny” lub „człowiek o wielu sposobach”.
To brzmiało bohatersko.
Szlachetny.
To rodzaj słowa, którego użyłbyś do określenia kogoś, kogo chciałbyś, żeby podziwiały Twoje dzieci.
Następnie Emily Wilson spojrzała na prawdziwego Greka.
Przetłumaczyła „polytropos” jako „skomplikowane”.
Niezbyt mądry.
Niezaradny.
Skomplikowany.
Nagle Odyseusz nie był prostym bohaterem.
Był moralnie niejednoznaczny.
Manipulujący.
Osoba, która kłamie, nawet jeśli prawda lepiej by mu służyła.
Ocalały, który robi wszystko, czego wymaga przetrwanie, bez względu na koszty dla innych.
To właśnie oznacza to greckie słowo.
Ale przez setki lat tłumacze łagodzili to.
Bo bohaterowie mieli być godni podziwu.
Opublikowane w 2017 roku tłumaczenie Wilsona od razu stało się sensacją.
Czytelnicy mieli wrażenie, że odkrywają inną historię.
Krytycy nazwali to odkrywczym.
Ale jedno słowo było dopiero początkiem.
Wilson odkrył coś o wiele bardziej niepokojącego: od wieków tłumacze po cichu przepisywali na nowo fragmenty dotyczące kobiet.
Zastanówmy się, co się stanie, gdy Odyseusz w końcu wróci do domu po dwudziestu latach nieobecności.
Odkrywa, że ​​jego dom zostaje opanowany przez zalotników próbujących zmusić jego żonę Penelopę do małżeństwa.
Niektóre zniewolone kobiety w jego domu były powiązane z tymi najeźdźcami.
Wiesza je syn Odyseusza, Telemach.
Wszystkie.
Masowa egzekucja.
Greckie słowo, którego Homer używa w odniesieniu do tych kobiet, to „dmôai”.
Oznacza zniewolone kobiety.
Nieruchomość.
Ludzie bez praw i mocy, aby komukolwiek odmówić.
Ale tłumacze języka angielskiego nie mogli się zdobyć na napisanie tego.
Zamiast tego napisali: „pokojówki”.
„Służebnice”.
„Służące dziewczęta”.
Wszystko, tylko nie to, co powiedział Homer: niewolnicy.
Robert Fagles, którego tłumaczenie z 1996 roku uważane jest za jedną z najbardziej znanych współczesnych wersji, poszedł jeszcze dalej.
Kazał Telemachowi przed egzekucją nazwać te kobiety surowymi, obraźliwymi słowami.
Emily Wilson wróciła do tekstu greckiego.
Te obraźliwe słowa?
Nie ma ich w oryginale.
Homer po prostu nazywa je „kobietami” – jest to neutralny opis.
Język mizoginistyczny był dodawany przez tłumaczy na przestrzeni wieków.
Wilson przetłumaczył ten sam fragment, nazywając je tym, czym były: zniewolonymi dziewczętami.
Nie użyła żadnych obraźliwych określeń, bo Homer ich nie używał.
Nagle scena się zmienia.
Nie chodzi już o karanie nielojalnych sług.
Chodzi o egzekucję zniewolonych kobiet, które nie miały władzy odmówić mężczyznom, którzy wtargnęli do domu ich właściciela.
Taką historię opowiedział Homer.
Angielscy czytelnicy po prostu o tym nie wiedzieli.
Albo pomyśl o Kalipso, bogini, która trzyma Odyseusza na swojej wyspie przez siedem lat.
Wcześniejsi tłumacze pisali, że „tęskniła” za Odyseuszem, że „pragnęła go mieć dla siebie”, że „przylgnęła” do niego – język, który brzmi niemal romantycznie.
Tłumaczenie Wilsona stwierdza wyraźnie: „Calypso, potężna bogini, uwięziła go w swojej jaskini; chciała, żeby został jej mężem”.
Uwięziony.
Nie „zatrzymywany”, „przetrzymywany z” czy „kochany”.
To nie był romans.
To była niewola.
Homer powiedział to wyraźnie.
Tłumacze starali się, aby brzmiało to łagodniej.
Emily Wilson urodziła się w 1971 roku w Oksfordzie w Anglii w rodzinie uczonych.
Studiowała filologię klasyczną w Oksfordzie, obroniła doktorat w Yale i została profesorem na Uniwersytecie Pensylwanii.
Spędziła pięć lat skrupulatnie pracując nad tłumaczeniem Odysei.
Jej metoda była prosta, ale radykalna: co właściwie oznacza to greckie słowo?
Nie tak zakładali wiktoriańscy uczeni.
Nie to, co preferowali tłumacze z połowy stulecia.
Co by to oznaczało dla pierwotnej publiczności Homera?
Narzuciła sobie rygorystyczne zasady.
Jeśli greckie słowo oznacza „niewolnik”, należy je za każdym razem tłumaczyć jako „niewolnik”, a nie „niewolnik” w przypadku mężczyzn i „pokojówka” w przypadku kobiet.
Jeśli słowo wskazuje na niewolę, nie zmiękczaj go do romantyzmu.
Jeśli oryginał nie zawiera obraźliwego języka, nie dodawaj go.
Przetłumacz to, co faktycznie napisał Homer, a nie to, co chciałyby napisać późniejsze kultury.
Wynik był zaskakujący.
Odyseja Wilsona jest napisana pentametrem jambicznym – w rytmie Szekspira – dokładnie odpowiadającym liczbie wersów oryginalnej Homera.
Czyta się szybciej niż wcześniejsze tłumaczenia, jest czystsza i mniej ozdobna.
Jednak prawdziwym szokiem była treść.
Jej tłumaczenie ujawniło przemoc, która została zaciemniona, niewolnictwo, którego nazwę zmieniono, uproszczoną złożoność moralną, inteligentne kobiety, które zostały umniejszone, oraz bohaterkę, która przetrwa dzięki przebiegłości, kłamstwom i bezwzględności – a nie szlachetnemu bohaterstwu.
Opublikowane w 2017 roku tłumaczenie stało się bestsellerem.
„The New York Times” uznał ją za jedną z najważniejszych książek 2018 roku.
W 2019 roku Wilson otrzymał stypendium MacArthur „Genius” Fellowship — jedno z najwyższych wyróżnień w amerykańskim życiu intelektualnym.
Niektórzy uczeni protestowali.
Twierdzili, że „modernizuje” Homera, narzucając współczesną wrażliwość starożytnemu tekstowi.
Odpowiedź Wilsona była bezpośrednia: sam przeczytaj grekę.
Każdy dokonany przez nią wybór można obronić przed językiem oryginalnym.
Nie dodała współczesnej polityki.
Usuwała nagromadzone przez wieki decyzje redakcyjne, które stopniowo zmieniły historię.
Wilson nie unowocześnił Odysei.
Zdewiktoriaizowała to.
Usunęła nagromadzone warstwy tłumaczy, którzy idealizowali niewolę, obwiniali zniewolone kobiety za zaistniałą sytuację i przekształcili moralnie skomplikowanego ocalałego w konwencjonalnego szlachetnego bohatera.
To, co wyszło, jest ostrzejsze.
Nieznajomy.
Bardziej niepokojące.
I bardziej szczerze.
Odyseusz nie jest bohaterem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.
To skomplikowany człowiek, który robi rzeczy zarówno okropne, jak i godne podziwu, często nie dostrzegając różnicy.
Penelope nie jest bierną idealną żoną, czekającą cierpliwie.
Jest genialnym strategiem, radzącym sobie z niemożliwymi okolicznościami przy ograniczonej mocy.
Zniewolone kobiety nie są winnymi sługami oczekującymi sprawiedliwości.
Są zamordowani przez właściciela.
Kalipso nie jest kochanką Odyseusza.
Ona jest jego porywaczką.
To właśnie napisał Homer 2800 lat temu.
Po prostu tego nie wiedzieliśmy – ponieważ przez wieki nikt tego nie tłumaczył w ten sposób.
Emily Wilson została pierwszą kobietą w historii, która przetłumaczyła „Odyseję” na język angielski.
W ten sposób udowodniła coś głębokiego.
Czasami najbardziej radykalnym czynem jest po prostu powiedzenie prawdy o tym, co zawsze było.
Nie zmieniła epopei.
Ujawniła, co zmieniło się przez cały czas.
Obraz stworzony przez sztuczną inteligencję

Adres

Wroclaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wolna Kobieta Od Zawsze umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Wolna Kobieta Od Zawsze:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram