05/11/2025
Nie cierpię kryzysów. A jednocześnie je „kocham”, bo zawsze przynoszą przełom na mojej drodze.
Kiedy się przytrafiają mam wrażenie, że to już koniec, że nie ma dla mnie ratunku, że nie ma nadziei na lepszą przyszłość, że na moje życie jest postawiona krecha. Te okresy są trudne, przerażające, bolesne. Właściwie to nie ma właściwych słów, by opisać te stany. Kto przeżył, ten sam wie najlepiej.
Jednakże po drugiej stronie kryzysu coś na mnie czeka.. Głębsze zrozumienie. Dodatkowa siła. Chęć zmiany. Motywacja. Inspiracja. I na nowo pojawia się nadzieja, że może jednak się uda, spróbuję raz jeszcze. Spróbuję raz jeszcze, lecz teraz bogatsza o kolejną wiedzę, o następne doświadczenie, o dodatkowe narzędzia. Spróbuję raz jeszcze, może inaczej, bo wyciągnęłam odpowiednie wnioski.
W kryzysie ledwo dociągasz do końca dnia, czas się wlecze i zupełnie nie wiesz co ze sobą zrobić. Ale gdy mija najgorsze, gdy odchodzi ból, gdy przestają lecieć łzy.. W tedy powoli wraca lekkość, wraca chęć, wraca otwartość i wraca ta wewnętrzna, naturalna radość. Znów czujesz, że możesz. I choć wiesz, że ten miły stan nie potrwa wiecznie.. Cieszysz się nim i napawasz.
Mój największy kryzys tego roku to lęk i samotność. Jedno i drugie wyparte przez kilkanaście lat, bardzo głęboko stłumione w moim wnętrzu. I te ciężkie worki wypełnione po brzegi nieprzeżytymi emocjami - jakby ktoś nagle otworzył, przewrócił i zawartość zasypała mnie tak, że ciężko się ruszyć spod spodu, ciężko oddychać, nie widać nawet promyka światła. Panika. Chęć ucieczki. „To już po mnie, niech to się skończy, nie dam rady, nie wiem co zrobić, jestem beznadziejna..”
Lecz nie kończy się, nie od razu.. Dopóki nie zrozumiesz skąd, co i dlaczego, dopóki nie poczujesz, nie wyrazisz, nie uwolnisz.. Będzie się otwierać, będzie wracać, będzie intensywnie, przerażająco, boleśnie.
Dziś dziękuję za to. Dziękuję, bo jestem już „po” i zrobiło się przyjemniej. Bo znów patrzę trzeźwo i widzę: gdyby nie te ciężkie chwile, w których chciałam zniknąć.. Nie zrobiłabym tych ogromnych kroków w stronę życia.. Nie dostrzegłabym moich własnych, toksycznych schematów i zapętleń, nie spojrzałabym na siebie prawdziwie - bez filtrów, bez masek, bez podkolorowań, ale rzeczywiście, w czerni i bieli.
Dzięki zrozumieniu siebie dogłębniej, mogę podjąć odpowiednie kroki, zasięgnąć pomocy, poszukać właściwej drogi. Już nie chce się chować, uciekać, udawać że mnie nie ma. Chcę wyjść, chcę się zmienić, chcę żyć.
Po wyjściu z kryzysu jestem w mobilizacji, mogę nadrobić zaległości, bo przez dłuższy czas prokrastynowalam. Ale jednocześnie zaczynam już powoli odczuwać zmęczenie.. Bo układ nerwowy jest przebodzcowany, nabuzowany i uruchomiony na maksa. Bo jak się zamrożenie skończyło to teraz trzeba odreagować, bo to wszystko co wyszło ze mnie, co wykipiało, jeszcze uchodzi z ciała, rozprasza się.. I tak się odbijam, podobnie jak piłka od podłogi do ściany, ja od zamrożenia do mobilizacji. Sinusoida, góra, dół i tak w kółko. Coraz częściej i na coraz dłużej jednak pojawia się stan po środku - spokojny, ale wciąż żywy. Taki, w którym jest zaufanie, jest odprężenie, ale jest też obecność w ciele, czuć zmysły, jest działanie i jest stabilność. Do tego dążymy. Już ustalono, że jestem żółwiem i zmierzam do celu powoli ze swoją twardą skorupą 😄 Ale dojdę, kiedyś dojdę 💪🏻🐢