Agnieszka - tak po prostu

Agnieszka - tak po prostu Gdybym miała założyć stronę dla każdej wersji mnie - byłoby ich setki! TAK PO PROSTU. Bez maski.

Dlatego jest jedna, a znajdziesz tu dosłownie wszystko: czasem smutek i dół, czasem mądrość, czasem radość z małych rzeczy, a czasem śmiech do rozpuku.

Nie cierpię kryzysów. A jednocześnie je „kocham”, bo zawsze przynoszą przełom na mojej drodze. Kiedy się przytrafiają ma...
05/11/2025

Nie cierpię kryzysów. A jednocześnie je „kocham”, bo zawsze przynoszą przełom na mojej drodze.
Kiedy się przytrafiają mam wrażenie, że to już koniec, że nie ma dla mnie ratunku, że nie ma nadziei na lepszą przyszłość, że na moje życie jest postawiona krecha. Te okresy są trudne, przerażające, bolesne. Właściwie to nie ma właściwych słów, by opisać te stany. Kto przeżył, ten sam wie najlepiej.
Jednakże po drugiej stronie kryzysu coś na mnie czeka.. Głębsze zrozumienie. Dodatkowa siła. Chęć zmiany. Motywacja. Inspiracja. I na nowo pojawia się nadzieja, że może jednak się uda, spróbuję raz jeszcze. Spróbuję raz jeszcze, lecz teraz bogatsza o kolejną wiedzę, o następne doświadczenie, o dodatkowe narzędzia. Spróbuję raz jeszcze, może inaczej, bo wyciągnęłam odpowiednie wnioski.
W kryzysie ledwo dociągasz do końca dnia, czas się wlecze i zupełnie nie wiesz co ze sobą zrobić. Ale gdy mija najgorsze, gdy odchodzi ból, gdy przestają lecieć łzy.. W tedy powoli wraca lekkość, wraca chęć, wraca otwartość i wraca ta wewnętrzna, naturalna radość. Znów czujesz, że możesz. I choć wiesz, że ten miły stan nie potrwa wiecznie.. Cieszysz się nim i napawasz.
Mój największy kryzys tego roku to lęk i samotność. Jedno i drugie wyparte przez kilkanaście lat, bardzo głęboko stłumione w moim wnętrzu. I te ciężkie worki wypełnione po brzegi nieprzeżytymi emocjami - jakby ktoś nagle otworzył, przewrócił i zawartość zasypała mnie tak, że ciężko się ruszyć spod spodu, ciężko oddychać, nie widać nawet promyka światła. Panika. Chęć ucieczki. „To już po mnie, niech to się skończy, nie dam rady, nie wiem co zrobić, jestem beznadziejna..”
Lecz nie kończy się, nie od razu.. Dopóki nie zrozumiesz skąd, co i dlaczego, dopóki nie poczujesz, nie wyrazisz, nie uwolnisz.. Będzie się otwierać, będzie wracać, będzie intensywnie, przerażająco, boleśnie.
Dziś dziękuję za to. Dziękuję, bo jestem już „po” i zrobiło się przyjemniej. Bo znów patrzę trzeźwo i widzę: gdyby nie te ciężkie chwile, w których chciałam zniknąć.. Nie zrobiłabym tych ogromnych kroków w stronę życia.. Nie dostrzegłabym moich własnych, toksycznych schematów i zapętleń, nie spojrzałabym na siebie prawdziwie - bez filtrów, bez masek, bez podkolorowań, ale rzeczywiście, w czerni i bieli.
Dzięki zrozumieniu siebie dogłębniej, mogę podjąć odpowiednie kroki, zasięgnąć pomocy, poszukać właściwej drogi. Już nie chce się chować, uciekać, udawać że mnie nie ma. Chcę wyjść, chcę się zmienić, chcę żyć.
Po wyjściu z kryzysu jestem w mobilizacji, mogę nadrobić zaległości, bo przez dłuższy czas prokrastynowalam. Ale jednocześnie zaczynam już powoli odczuwać zmęczenie.. Bo układ nerwowy jest przebodzcowany, nabuzowany i uruchomiony na maksa. Bo jak się zamrożenie skończyło to teraz trzeba odreagować, bo to wszystko co wyszło ze mnie, co wykipiało, jeszcze uchodzi z ciała, rozprasza się.. I tak się odbijam, podobnie jak piłka od podłogi do ściany, ja od zamrożenia do mobilizacji. Sinusoida, góra, dół i tak w kółko. Coraz częściej i na coraz dłużej jednak pojawia się stan po środku - spokojny, ale wciąż żywy. Taki, w którym jest zaufanie, jest odprężenie, ale jest też obecność w ciele, czuć zmysły, jest działanie i jest stabilność. Do tego dążymy. Już ustalono, że jestem żółwiem i zmierzam do celu powoli ze swoją twardą skorupą 😄 Ale dojdę, kiedyś dojdę 💪🏻🐢

01/11/2025

Od zeszłego miesiąca przypominam sobie wiele wspomnień z dzieciństwa, do których wcześniej nie miałam dostępu. Sytuacje i zdarzenia wyparte ze świadomości, bo było ich za dużo lub zwyczajnie były zbyt ciężkie. To chyba normalne, że kiedy odgruzuje się wierzchnią część naszych bolesnych przeżyć, spod tej warstwy wyłaniają się następne. Jestem wdzięczna za powrót tych wspomnień, dzięki nim obraz mojej przeszłości staje się bardziej kompletny, a to sprawia że jeszcze lepiej rozumiem siebie, teraźniejszość i to co czasem odczuwam.
Dziś udało mi się wrócić do malowania, bo choć mówiłam sobie, że będę robić to codziennie, do kreatywności postanowiłam się nie zmuszać 🎨 Zadałam sobie pytanie czy taka czynność to również narzędzie do lepszego połączenia ze sobą i nie długo potem otrzymałam swoją odpowiedź. Podobnie jak z pisaniem, podczas malowania niejako wyłącza się umysł, a raczej jest on przejęty przez te czynności gdyż jedno i drugie wymaga dużego skupienia. To sprawia, że można niejako odetchnąć od natłoku i gonitwy myśli, których możemy doświadczać na skutek przebodzcowania czy to światem zewnętrznym czy wewnętrznym. Skłaniałabym się ku temu, że to przeważnie jednak nasz wewnętrzny stan sprawia, że czujemy się zbytnio obciążeni. Doświadczyłam już tego niejednokrotnie, że gdy nasze wnętrze jest prawdziwie spokojne, to co na zewnątrz nie dotyka nas 🧘🏼‍♀️, jednocześnie gdy wewnątrz żyje burza i chaos, choćby otaczające nas okoliczności były nie wiem jak sprzyjające, intensywne odczucia pozostaną 🌪️
No i tak zaczęłam malować, o niczym konkretnym nie myślałam, bo musiałam pilnować by nie wyjść pędzlem poza linie.. Zaczęłam mocniej czuć swoje ciało, spostrzegłam jak mocno boli mnie brzuch, jaki mam ściśnięty żołądek. Czasem jest mi szkoda mojego ciała i tego co musi znosić przez tak długi czas i mam nadzieję, że w końcu uda mi się uwolnić to wszystko co w nim siedzi. Malując pytałam się siebie co czuję, dlaczego boli mnie brzuch, jaka to emocja? Długo nie dostawałam odpowiedzi. Nie wiedziałam skąd to płynie ani jak to nazwać, więc po prostu malowałam dalej. Godzinę w twórczym procesie zorientowałam się, że nie oddycham. To znaczy, nie oddycham głęboko ani miarowo, tylko powietrze jakby mimochodem przedostaje się przez ściśnięte organy. Jednakże prawidłowe oddychanie póki co wymaga ode mnie tak wiele uwagi, że nie zdołałabym malować, oddychać i czuć moje ciało jednocześnie.
No i tak nagle, niespodziewanie przyszło do mnie wspomnienie.. Prawdopodobnie miałam w tedy ok. 13-14 lat. Wróciłam z letniego obozu, siedziałam sama na ławce w ogrodzie i czułam właśnie taki sam ścisk w żołądku. Byłam bardzo smutna. W tedy zupełnie nie rozumiałam tego co czuję, jak również nie było nikogo przy mnie. Nikogo kto by zauważył, spytał, wsparł, ukoił. Dlatego pogrążyłam się w tedy w takim stanie na jakiś czas, myślę że parę dni, a potem prawdopodobnie, nie mając za bardzo innego wyjścia, zepchnęłam to uczucie gdzieś na dno i przekułam uwagę na coś innego. Być może wróciłam do szkoły i większa ilość zajęć spowodowała, że nie wracałam do tej sytuacji ponownie… Ale wróciła ona do mnie sama, dziś, 20 lat później. I dziś rozumiem co w tedy czułam. Samotność. Tak ogromną, że aż bolała, że aż skręcało mi żołądek. Bo na wyjeździe byłam wśród kilkunastoosobowej grupy innych dzieci. Bo od rana do wieczora były zajęcia. Bo wspólnie graliśmy, bawiliśmy się, wygłupialiśmy, spożywaliśmy posiłki. I nagle z dnia na dzień musiałam wrócić do „domu”. Do domu, który był pusty. Do domu, w którym było obecnych dwóch dorosłych, a jednocześnie nie było nikogo. I ponieważ nie wiedziałam co czuję ani co z tym zrobić, jedynym wyjściem było to wyprzeć, zakopać, zapomnieć. Ale tak, to prawda, każda taka sytuacja zapisuje się w nas i odznacza. I nosimy ją dopóki nie zostanie uwolniona. Dziś uwolniłam dużą część tego ciężkiego smutku, bolesnej samotności, tęsknoty i bezsilności, bo gdy zaczęły lecieć łzy, nie powstrzymywałam ich. I teraz, dobrą chwilę później czuję się znacznie lepiej. Lżej, bez ścisku, bez bólu, z większą przestrzenią w sobie. Może nutka smutku pozostała.. Ale i ona, gdy nastanie jej czas, wybrzmi po raz ostatni i odda się rozproszeniu ✨

Kiedyś rozmawiałam z pewnym znajomym o tym jak bardzo czuję się niepewnie bez prawdziwego domu. Nie chodzi o budynek, al...
30/10/2025

Kiedyś rozmawiałam z pewnym znajomym o tym jak bardzo czuję się niepewnie bez prawdziwego domu. Nie chodzi o budynek, ale o to spokojne, komfortowe i ciepłe miejsce, do którego zawsze możemy wrócić. Które daje nam stabilność i poczucie bezpieczeństwa. W odpowiedzi usłyszałam, żebym przyjrzała się mnichom np. buddyjskim. Tułają się z kąta w kąt, mają na sobie jedną szatę i często tylko jedną małą torbę. Są prawdziwie wolni, bo nie są przywiązani do jednego miejsca, nie mają dużo rzeczy i żyją z dnia na dzień. Ta odpowiedź usiadła w moim ciele na dłużej. Głęboko w sobie rozważyłam te słowa, ale nie zgodziłam się z nimi, gdyż mnisi, nawet jeśli pójdą się tułać, bo mają jakąś misję, są częścią wspólnoty. Mają miejsce do którego potem wrócą, bo należą do klasztoru i współtworzą go. To był dla mnie przełomowy moment nie tylko pod kątem rozmyślań na temat swojego miejsca na ziemi, ale właśnie pod kątem wspólnego życia. Kiedyś byłam zapatrzona w duchowych guru, bo wydawało mi się, że żyją w odosobnieniu, cały dzień medytują i mają święty spokój. O nic się nie martwią, nie muszą pracować i nie są przebodzcowani zwykłym życiem w biegu, stresie i na social media. Tego właśnie pragnęłam dla siebie - mieć święty spokój. Od ludzi, od obowiązków codziennego życia, od ciągłego zgiełku. Być sama ze sobą, w ciszy i nie musieć nic robić. Lecz ta rozmowa, choć początkowo dotyczyła innej sfery, zupełnie niespodziewanie otworzyła mi oczy. Bo właśnie w tedy dotarło do mnie, że nawet ci najwyżsi rangą duchowi żyją wspólnie. Często dzielą posiłki, obowiązki, a nawet medytacje. I tak na prawdę to ta ich wzajemna obecność popycha ich do przodu, motywuje i trzyma w ryzach. Tych co siedzą samotnie w himalajskich górach i medytują 24 na dobę można by pewnie policzyć na palcach jednej ręki, o ile to w ogóle prawda. Dziś już na prawdę ciężko powiedzieć co jest rzeczywiste, a co jest stworzone przez Ai 🤷🏼‍♀️ Ale to był mój cel przez bardzo długi czas - siedzieć, nie mieć potrzeb i mieć w dupie cały świat 😂 Być tak uduchowiona, żeby ciało przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, a co za tym idzie - cały świat materialny. Dlaczego? Bo mnie przeciążał..
Kiedyś myślałam, że wszystko trzeba robić samemu. Że trzeba być na maksa samodzielnym, bo inaczej jest się nieudacznikiem. Że nie można nikogo potrzebować. Że cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek nie było by ciężko i trudno - ja muszę znaleźć rozwiązanie SAMA. Pisząc to klaruje mi się wyraźnie, że to schemat zaczerpnięty z mojego dzieciństwa. Ale ten schemat nie doprowadził mnie do niczego dobrego. Kiedyś obwiniałam się za to, że chciałabym mieć kogoś bliskiego obok, kogoś z kim mogłabym się nawzajem wspierać, motywować, popychać do przodu. Dlatego, że to pragnienie mówiło mi: nie radzisz sobie sama, a powinnaś. Potrzebujesz kogoś do pomocy, to znaczy że jesteś słaba.
Dziś nie widzę nic słabego w tym, że chce się mieć wsparcie i dziś wcale nie uważam, że powinniśmy ze wszystkim zawsze sobie radzić sami, bo inaczej jesteśmy do niczego. Uważam, że samodzielność jest ważna i istotna, ale wszystko ma swoje granice. A jeśli chodzi o uzdrawiania siebie - myślę, że jednak nic nie zastąpi nam ciepła, życzliwości i akceptującej obecności drugiej osoby. Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy jesteśmy w najmroczniejszej dolinie, często nie potrafimy już sami zapalić światła, by rozproszyć otaczający nas mrok, a przez to nie widzimy drogi wyjścia.. Nie chodzi o to, by uzależniać się od drugiego człowieka, ale o to by mieć dodatkową parę skrzydeł, która pomoże nam się unieść do góry i dodatkowy promień światła, kiedy my widzimy tylko ciemność.

30/10/2025

Tak to jest z tymi osiołkami.. 🤷🏼‍♀️😄

Czy ktoś z was wie dlaczego ZAWSZE jak przygotowuję sobie posiłek to wychodzą dwie porcje? 😅 I kto mi to teraz pomoże zj...
30/10/2025

Czy ktoś z was wie dlaczego ZAWSZE jak przygotowuję sobie posiłek to wychodzą dwie porcje? 😅 I kto mi to teraz pomoże zjeść 🤔

29/10/2025

Poczułam, że może powinnam napisać parę zdań o sobie? Kim jestem i co tu robię (tak na prawdę to nie mam zielonego pojęcia) 🤔

Dziś bym powiedziała: mam traumę złożoną, stres pourazowy, ataki paniki, fobie społeczną, depresję i co tam jeszcze się nie zmieści w moim kontenerze życia..
Rok temu powiedziałabym, że jestem anielską istotą posłaną przez Boga, aby świecić, kochać i pomóc zbawiać świat.
Wcześniej powiedziałabym, że jestem opiekunką koni.
Gdzieś pomiędzy nazywałam siebie duszą i uciekałam od ciała.. Świadomością i uciekałam od życia..
Różne tożsamości, różne etykiety, różne określenia. Lecz tak na prawdę żadna nie określa mnie w pełni. Niestety jeszcze nie do końca wiem kim jestem poza tymi stwierdzeniami, dopiero jestem w drodze do siebie. Dziś wiem tylko, że jestem człowiekiem, uczę się nim być. Takim ludzkim. Taki co ma emocje i nawiązuje relacje z innymi człowiekami. Co prawda niewiele o tym wiem, ale stale otrzymuję prace domowe do odrobienia, więc może coś ze mnie jeszcze będzie.. Uczę się łagodności do siebie, bo dużo przeszłam. Uczę się siebie kochać i to wbrew pozorom jest najtrudniejsza lekcja. Uczę się nie uciekania od czucia. Wielu rzeczy się uczę.
A może wcale nie trzeba się określać w żaden sposób. Wszystko co nas tworzy jest częścią nas. Dlatego lubię pisać - jestem. Tak po prostu. I idę, idę w stronę życia 🌱

W tym roku tak wiele odkrywam o sobie.. Choć mam jeszcze wiele traum i wzorców do przepracowania, to coraz więcej rozumi...
28/10/2025

W tym roku tak wiele odkrywam o sobie.. Choć mam jeszcze wiele traum i wzorców do przepracowania, to coraz więcej rozumiem siebie i założenia, którymi się kierowałam do tej pory albo raczej które kierowały mną. To zrozumienie jest bardzo ważne, potrzebne i to duży krok do przodu. Jednak rozumienie tyczy się głowy, świadomości, a traumy żyją nie tylko tam, ale przede wszystkim w ciele i to z ciałem trzeba się połączyć, by uwolnić emocje, napięcia i stres. A z ciałem podświadomie łączyć się nie chcę, bo boli i przeraża ilość bodźców w nim ulokowanych. Bo gdzie nie dotknę, tam coś wyskoczy 😅
Tak czy siak chciałam się podzielić moim wczorajszym zrozumieniem siebie. Gdyż w pewnym momencie dotarło do mnie, że nie możemy dobrze się czuć, kiedy nasze potrzeby nie są zaspokojone. Kiedyś myślałam, że potrzeby to tylko sen i posiłek i nawet to potrafiłam mocno zaniedbywać. Okazuje się jednak, że potrzeb jest znacznie więcej. I ja wczoraj zaspokoiłam potrzebę socjalizacji, dzięki czemu poczułam się znacznie lepiej. Przypomniała mi się gra Simsy i rubryczki w prawym dolnym rogu gdzie były zaznaczone potrzeby sima 😄 I skojarzyłam, że sim mógł być wyspany, mógł być najedzony, mógł być czysty.. Ale gdy długo nie miał kontaktu z drugim simem, ta potrzeba zaznaczała się na czerwono i sim był nieszczęśliwy, depresyjny. To samo dzieje się z człowiekiem. Ja wiem, że jest masa ludzi, którzy powiedzą, że kochają być sami i nie czują samotności. Ale to, że nie czują, nie znaczy że nie są. Ja też nie czułam 😅 I byłam jedną z tych osób, które wiecznie chciały być same i zostawione w spokoju. To było znane i komfortowe, ale czy zdrowe.. W rezultacie żyłam z przekonaniem, że kocham być sama, nigdy nie czuję samotności i nie lubię towarzystwa ludzi.. Unikałam i uciekałam od ludzi gdzie pieprz rośnie 🫣 A samotność po prostu była tak mocno wyparta, że w ogóle jej nie czułam, to też to słowo nawet nie istniało w moim polu. Dopiero kiedy miałam długi urlop i zostałam, tak jak tego pragnęłam, sama w swoim mieszkaniu, kiedy nie byłam zajęta niczym konkretnym i było dużo wolnego czasu.. Dopiero w tedy dotarło do mnie jak bardzo czuję się sama. Nie od razu, gdyż początkowo byłam przeszczęśliwa, że mogę zająć się tylko sobą, że mam święty spokój i nikt niczego ode mnie nie chce. Ale przyszedł ten czas, w którym dosłownie czułam jak boli mnie serce, jak bardzo czuję się opuszczona i w tedy dosłownie modliłam się, by był ktoś obok. Nie było. Dokładnie tak samo jak w dzieciństwie. Dziś stoję za tym, aby każdy miał grono znajomych, przyjaciół i rodzinę. Izolacja i samotność to ciemność.

To tyle na dziś o zrozumieniu.. Ciało również dziś mocno się ze mną komunikuje, ale niestety jeszcze nie rozumiem jego języka i nie mam bladego pojęcia o co mu chodzi.. Czasami mam tak, przyznaję się, że po prostu nawet nie chce mi się dochodzić do źródła problemu.. Na samą myśl czuję zmęczenie i pragnę zająć się czymś łatwiejszym dla mnie, czymś przyjemniejszym. A może to dlatego, że znów sięgam tam z głowy? I umysł mi pęka od tych wszystkich myśli i analiz, od kilkunastu różnych pytań na minutę..

Dziś obudziłam się z depresją. Też mi nowość. Po 3 godzinach wstałam z łóżka, ale wyjątkowo nie krytykowałam siebie, że ...
27/10/2025

Dziś obudziłam się z depresją. Też mi nowość. Po 3 godzinach wstałam z łóżka, ale wyjątkowo nie krytykowałam siebie, że tak długo mi to zajęło. To mój dzień wolny, czyli dzień w którym nie muszę nic robić, ale mogę, jeśli chcę. Czułam, że moje ciało potrzebowało dodatkowego odpoczynku po pracy w weekend, a mój układ nerwowy ukojenia, którego dostawał pod grubą kołdrą i ciepłym kocem. Mimo wszystko przyjemnie było tak poleżeć, poleniuchować.
Nastrój jednak był niemrawy. Czułam już głęboko w sobie, że zmarnuję ten dzień. Że będę prokrastynować, gdyż na nic nie miałam ochoty. Nawet na moje poranne kakao, a to zły znak. Jednak pozwoliłam sobie na to. I to jest słowo klucz. POZWOLENIE. Pozwoliłam sobie na nic nie mieć ochoty. Pozwoliłam sobie zacząć ten dzień „beznadziejnie”. Jak również pozwoliłam sobie opuścić siebie. Gdyż zamiast siadania ze sobą przy notesie, zamiast porannych ćwiczeń, zamiast sięgania po jakiekolwiek narzędzie służące do naprawienia siebie.. Ja sięgnęłam po telefon. I również na to pozwoliłam sobie. Tym razem nie skończyłam na niekończącym się skrolowaniu. Wzięłam się za odpisywanie ludziom na wiadomości, a były one w każdym portalu jaki mam. Bo wczoraj już byłam zmęczona i nie miałam humoru. Dziś humoru też nie było, ale po dobrej nocy - więcej sił. Tak oto wyglądał mój dzień do godziny 14, kiedy to w końcu zebrałam się w sobie by przerwać komunikację, a zająć się obiadem.
I teraz najciekawsze. Spostrzegłam, że czułam się znacznie lepiej! Było to dla mnie zaskoczeniem, gdyż do tej pory, a szczególnie w takie dni jak ten, nie odzywałabym się do nikogo. Izolacja już we wczesnym dzieciństwie stała się dla mnie najbardziej „komfortowym” stanem, choć wcale komfortowa nie była. To po prostu jedyne co znałam. I w tej izolacji zatracałam się coraz bardziej. I w tej izolacji dziś bym pewnie oglądała rolki, ale wyjątkowo wybrałam innych ludzi. Jeszcze nie wybrałam siebie, tam dopiero zmierzam. Lecz dziś zrozumiałam, po 32 latach życia, że kontakt z człowiekiem jest nam naprawdę potrzebny. Nawet jeśli w dzisiejszych czasach jest to często przez ekran, nawet jeśli jest to „nic nie znacząca” rozmowa, nawet jeśli „marnujemy” czas, nawet jeśli nie mamy humoru.. Może właśnie ta wymiana paru zdań nam go poprawi.. Bo nawet nie wiem kiedy, z przytłaczającego stanu, weszłam w znacznie lżejszy.. I z przyjemnością, nie z przymusem, przygotowałam sobie na obiad pieczoną dynię spaghetti z ziołowym serkiem, czerwoną papryką i kurczakiem. Dobre, ale z racji tego, że kucharką jestem naprawdę kiepską, to szału nie było i to danie nie znajdzie się na stałe w moim jadłospisie 😄 Zmyłam naczynia i odkurzyłam podłogę - podstawowe czynności, które w te trudniejsze dni są na prawdę wyzwaniem. I w moim przypadku często kończą się nie wykonaniem ich.. Ostatecznie to nie był wcale zły dzień! I jakoś tak czuję się naładowana na następne 💪🏻

A na zdjęciu? Na zdjęciu pseudo cynamonki, bo do tych drożdżowych brakuje mi talentu 😅 Przyszła mi refleksja jak często widzimy ładne zdjęcia w internecie i natychmiast myślimy: ale ktoś ma życie! A za tym zdjęciem stoi osoba.. Osoba, która często mierzy się z bólem i problemami o których nie mówi nikomu..

Adres

Peer

Website

Meldingen

Wees de eerste die het weet en laat ons u een e-mail sturen wanneer Agnieszka - tak po prostu nieuws en promoties plaatst. Uw e-mailadres wordt niet voor andere doeleinden gebruikt en u kunt zich op elk gewenst moment afmelden.

Delen

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram