07/05/2026
Kto się zajmie chomikiem jak będziemy w kościele?
Przecież nie możemy go zostawić samego?
- Nic mu nie będzie.
Msza potrwa tylko ze 2 godziny, później przecież wracamy prosto do domu. Nic mu nie będzie.
Wystrojona w sukienkę komunijną, z wiankiem na głowie, staram się uśmiechać za każdym razem, jak wujek wyciąga polaroida i krzyczy:
- Uśmiechnij się, przecież właśnie Jezuska przyjęłaś do serca.
Ja nie wiem, jak mam się cieszyć Jezuskiem, jak mój chomik jest chory i ledwo zipie. Jedyne, o czym myślę, to żeby wytrzymał do jutra. Jutro poniedziałek. Zabierzemy go do weterynarza. Nic mu nie będzie.
Ledwo pamiętam komunijne regułki. Dobrze, że inni wiedzą, co robić. Ja nie pamiętam, mimo że byłam na wszystkich próbach. Nie wiem dlaczego.
Czekam z niecierpliwością, aż msza się skończy. Chcę do domu. Chcę się upewnić, że nic mu nie jest.
Wracamy. Nareszcie. Biegnę przodem. Lakierki stukają o chodnik, sukienka plącze się między nogami. Ktoś za mną woła, żebym zwolniła. Wpadam do domu, biegnę prosto do niego, a on śpi. Ale jakoś inaczej. Biorę go na ręce, ale się nie budzi. Nie bardzo rozumiem, ale chyba umarł. Biorę go na ręce. I nagle wszystko boli tak bardzo, że aż trudno oddychać. Boli tak, że aż mnie zgina. Nie rozumiem, co się dzieje…
— No chodź już. Rosół gorący. Goście czekają. Dzisiaj jest dzień, żeby świętować, a nie płakać. No już. Wytrzyj buzię, ogarnij się i siadaj do stołu. Wszyscy na ciebie czekają. Nic się nie stało… Uśmiechnij się.
Ja naprawdę próbuję. Ale nie wiem, co zrobić z tym bólem w klatce. Więc chowam go do tego małego satynowego woreczka od książeczki komunijnej. To jest jedyne miejsce, które przychodzi mi do głowy.
Siadam do stołu. Gwar. Cała rodzina się śmieje, cieszy, bo Jezuska mam w sercu…
A ja nadal myślę tylko o tym, co jest w satynowym woreczku. Zabawa trwa. Ktoś włącza Puszek Okruszek z kasety, którą dostałam w prezencie. Zakładam nowy dres, ortalionowy. Idę się ścigać w nowych trampkach. Zajadamy się Hubą Bubą i robimy balony. Kto większy? Padam…
Na drugi dzień go już nie ma.
Nie pożegnałam się.
Nie ma o czym mówić.
Nie ma co się smucić.
Tak lepiej, że już jest „pochowany”.
30 lat później spotykam tę dziewczynkę.
Woreczki, torebki, plecaki, torby, reklamówki, worki na WF, kieszenie. Wszystko wypchane tym, co trzeba było schować. Tym, na co wtedy nie było miejsca. Tym czym nie można było się zająć, to nie był na to czas.
Bo trzeba było się uśmiechać. Nie psuć atmosfery. Ogarnąć się. Brać udział. zająć tym co było wtedy ważniejsze.
Nie idzie dalej, bo ciężar tego wszystkiego jak kotwica trzyma ją w miejscu.
I patrzę na nią, jak z czułością spod sterty innych bagaży wyciąga ten mały, pożółkły woreczek. I bardzo ostrożnie luzuje sznureczek. A tam nadal ból, żal, brak zrozumienia i smutek…
Czekają na rozpakowanie.
🤍
___
Who’s going to look after the hamster while we’re at church?
We can’t just leave him on his own, can we?
- He’ll be fine. Mass will only last a couple of hours, then we’re coming straight home. He’ll be fine.
Dressed up in my First Communion dress, with a flower crown on my head, I keep trying to smile every time my uncle pulls out the Polaroid and shouts:
- Smile. You’ve just welcomed Jesus into your heart.
I don’t know how I’m supposed to be happy about Jesus when my hamster is sick and barely breathing. The only thing I can think about is whether he’ll make it until tomorrow. Tomorrow is Monday. We’ll take him to the vet. He’ll be fine.
I can barely remember the Communion responses. Good thing everyone else knows what to do. I don’t remember, even though I went to every rehearsal. I don’t know why. I wait impatiently for the mass to end. I want to go home. I need to make sure he’s okay.
We finally get back. I run ahead. My patent shoes clatter against the pavement, my dress tangles between my legs. Someone behind me shouts to slow down. I burst through the door and run straight to him.
He’s sleeping. But somehow differently. I pick him up, but he doesn’t wake up.
I don’t fully understand it, but I think he’s dead. I hold him in my hands and suddenly everything hurts so much I can barely breathe. It hurts so much it folds me in half. I don’t understand what’s happening…
- Come on now. The soup’s getting cold. The guests are waiting. Today is a day for celebrating, not crying. Come on. Wipe your face, pull yourself together and come to the table. Everyone’s waiting for you. Nothing’s happened… Smile.
I try. I really do. But I don’t know what to do with that pain in my chest. So I hide it inside the little satin pouch from my Communion prayer book. That’s the only place I can think of.
I sit at the table. Noise. The whole family laughing, smiling, celebrating because Jesus is in my heart… And all I can think about is what’s inside that satin pouch.
The party carries on. Someone puts on my favourite song, from the cassette tape I got as a present. I change into my new tracksuit, the shiny nylon one. We race around in our new trainers. We chew Hubba Bubba and blow giant bubbles. Whose is bigger?
I fall asleep.
The next day he’s already gone. I never said goodbye. There’s nothing to talk about.
Nothing to be upset about. It’s better this way now that he’s “buried”.
30 years later, I meet that little girl again.
Pouches, handbags, backpacks, carrier bags, PE bags, pockets. Stuffed full of all the things that had to be hidden away. The things there was no room for back then. The things nobody had time for. Because she had to smile. Not ruin the atmosphere. Pull herself together. Take part. Focus on what mattered more.
She can’t move forward because the weight of all of it holds her in place like an anchor.
And I watch her gently pull out that little yellowed satin pouch from underneath all the other baggage. Very carefully, she loosens the string. And inside, the pain, grief, confusion and sadness are all still there. Waiting to be unpacked.
🤍