22/01/2026
Są książki, które się czyta.
I są takie, które czytają nas – dotykając
miejsc bolesnych, przemilczanych, dziedziczonych.
„Siła Kobiet” należy do tej drugiej kategorii.
Wieczory spędzone z tą historią
były dla mnie – jako terapeutki systemowej
nie tylko literacką podróżą w lata 20.,
ale zejściem w głąb kobiecego losu
zapisanego w ciele,
psychice i pamięci pokoleń.
Kobiet, które w tamtym czasie
„nic nie znaczyły”: poniżane, bite,
gwałcone, trwały w posłuszeństwie
przy mężach, których wybrali rodzice.
Pozbawiane głosu, prawa do wyboru,
do miłości rozumianej inaczej niż przetrwanie.
a jednak… to nie jest opowieść
wyłącznie o cierpieniu.
To historia kobiet,
które szukały drogi do siebie,
mimo blizn na ciele i duszy,
mimo roztrzaskanych serc
i utraconej wiary w miłość.
Upadały i wstawały.
Traciły wszystko,
by podnieść się z tego, co pozostało.
Ich siła nie była spektakularna
była cicha, codzienna, często niewidzialna.
Taka, która tworzy fundamenty
pod kolejne pokolenia.
Z perspektywy terapii systemowej
widzę w tej książce coś niezwykle ważnego:
jak los kobiet nie kończy się na nich samych.
Jak ich niewypowiedziany ból, niespełniona miłość, przetrwana trauma płyną dalej
– do córek, wnuczek, prawnuczek.
Płynie też coś jeszcze:
zdolność do przetrwania,
do nadziei,
do odbudowy życia mimo wszystko.
To piękna, choć trudna opowieść.
Taka, która pozwala uwierzyć,
że nawet w największym trudzie życia
może zaświecić promień słońca.
Że miłość – choć poraniona, nieoczywista wciąż się wydarza, że z bólu
mogą narodzić się nowe historie.
Polecam „Siłę Kobiet” nie tylko jako książkę,
ale jako zaproszenie do spotkania
z własną historią.
Do zadania sobie pytania:
co niosę z losów kobiet,
które były przede mną?
I być może – do oddania im miejsca,
szacunku i głosu, którego kiedyś nie miały.
To podróż, którą warto odbyć.
Z uważnością.
I z czułością dla siebie.
Do kobiety.