Robert Milczarek gabinet: pomoc psychologiczna i psychoterapia - coaching

Robert Milczarek gabinet: pomoc psychologiczna i psychoterapia - coaching Robert Milczarek: gabinet psychologiczny szkolenia script doctoring "W ciągu całego życia człowiek nie tyle jest, ile stwarza siebie."

— Fiodor Dostojewski

W poniedziałkowy wieczór brałem udział w bardzo ważnym, a nawet wyjątkowo ważnym spotkaniu w kinie Luna FILMOTERAPIA W L...
04/02/2026

W poniedziałkowy wieczór brałem udział w bardzo ważnym, a nawet wyjątkowo ważnym spotkaniu w kinie Luna FILMOTERAPIA W LUNIE | Zapiski śmiertelnika | seans + rozmowa Martyny Harland z twórcami filmu i dyskusji z twórcami filmu Zapiski śmiertelnika, GALAPAGOS FILMS w ramach Filmoterapia.pl

Filmu, który zupełnie filmowo bardzo polecam.
Wracam dziś do niego nie tylko dlatego, że jest to poruszająca opowieść, ale dlatego, że dotyka tematów w kinie wciąż podejmowanych zbyt rzadko:

kryzysu egzystencjalnego mężczyzny w średnim wieku, depresji maskowanej, męskiej tożsamości, sposobów przeżywania lub nieprzeżywania emocji przez mężczyzn oraz tego, jak radzą lub nie radzą sobie z problemami natury relacyjnej, tożsamościowej i emocjonalnej.

Wracam jednak nie tylko do samego filmu, ale przede wszystkim do dyskusji po nim.
Dyskusji bardzo emocjonalnej, momentami burzliwej, zróżnicowanej pod względem perspektyw, wrażliwości i spojrzeń zarówno na film, jak i na męskość, mężczyzn, ich świat wewnętrzny i wrażliwość.

Chcę się dziś odnieść do tej części głosów, które podczas tej rozmowy wyrażały tezę, że „mężczyźni nie potrzebują rozmawiać o emocjach, że mężczyźni analizują, że koncentrują się na rozwiązaniach.”
A kiedy tych rozwiązań - mierząc się ze swoimi problemami - nie widzą, wybierają rozwiązanie ostateczne.
Tragiczne w skutkach.
Rozwiązanie, którego konsekwencje nie dotyczą wyłącznie ich samych, ale całego otoczenia relacyjnego: partnerek, żon, dzieci, rodziców, rodzeństwa.

Paradoks polega na tym, że film - choć dotyka tematu samobójstwa - jest jednocześnie pełen nadziei.
Poszerza perspektywę.
Pokazuje, że istnieją inne rozwiązania, zanim napięcie stanie się nie do uniesienia.

I właśnie w kontekście tej tezy: „mężczyźni nie potrzebują rozmawiać, mężczyźni analizują”, chcę dziś tę perspektywę rozszerzyć.

W warunkach sali kinowej, przy ograniczonym czasie, wobec wielu głosów, można było jedynie zarysować te wątki.
Tu chcę je pogłębić, bo w tej tezie zawarte jest istotne wykluczenie.
Wykluczenie tego, co dotyczy człowieczeństwa, niezależnie od płci.

Człowiek - kobieta i mężczyzna - jest istotą, która funkcjonuje jednocześnie na poziomie układu nerwowego, biochemii i fizjologii, poznawczym i intelektualnym, emocjonalnym, relacyjnym oraz behawioralnym.

Jesteśmy stworzeni do czucia tak samo jak do myślenia i działania.

Moje argumenty?
Praktyka zawodowa.
Praca z mężczyznami w terapii indywidualnej, w terapii par, na warsztatach.
Mężczyźni trafiają do gabinetów w kryzysie egzystencjalnym, z poczuciem pustki, anhedonii, braku radości, sensu i nadziei.
Bardzo często somatyzują - ich ciało zaczyna mówić za nich, bo emocje nie znalazły języka.
Chorują, cierpią, nie łącząc tego z niewyrażonym napięciem emocjonalnym.
Pracuję z mężczyznami po rozstaniach i rozwodach, gdzie jedną z osi kryzysu było zamrożenie emocjonalne, dysocjacja, wewnętrzna emigracja z relacji.
Pracuję z parami, w których partnerki mówią o bezsilności wobec mężczyzny, który „nic nie czuje”, „nic nie mówi”, „wszystko analizuje sam, wewnątrz”.
Pracuję z mężczyznami w kryzysach zawodowych, w żałobie, po stracie rodziców, partnerek, a czasem dzieci.
Z mężczyznami, którzy trafiają najpierw do psychiatry czy lekarza rodzinnego, bo psychika wyraża się przez ciało i tam szukają pomocy.

Niestety niewyrażona frustracja nie znika.
Energia, która nie znajduje ujścia, musi znaleźć inne wyjście.
To nie metafora, to fizjologia.

Wracając jednak do początku tego procesu.

Chłopcy czują.
Tak samo jak dziewczynki.

W pierwszych miesiącach i latach życia dzieci – oczywiście przy prawidłowym rozwoju układu nerwowego - płaczą, przytulają się, wyrażają lęk, radość, ciekawość i smutek z różną intensywnością i częstotliwością ze względu na różnice temperamentalne, ale jednak wyrażają.
I chłopcy, i dziewczynki.

A potem następuje rozstaj dróg.

Kultura i stereotypy płciowe zaczynają różnicować oczekiwania.
Dziewczynki mają większe przyzwolenie na ekspresję emocjonalną, artystyczną, na mówienie o słabościach i potrzebach.

Chłopcy uczą się: nie płacz, nie bój się, zaciśnij zęby.
Uczą się wstydu wokół wrażliwości.

Ten proces zaczyna się bardzo wcześnie już około 3 - 4 roku życia.
Zawstydzanie, deprecjonowanie, lęk rodziców „co ludzie powiedzą”, „nie bądź baba”.
Znam te historie.
Znam te spojrzenia.
Pięknie pokazuje to film Billy Elliot - opowieść o chłopcu, którego wrażliwość zderza się z twardym, stereotypowym modelem męskości.
Chłopcy uczą się więc nie mówić o tym, co czują.
A potem nie czuć, bo czucie boli, bo czucie zawstydza, bo czucie oddala od akceptacji.
I ten proces integruje się z tożsamością męską.
Po latach słyszymy więc: „mężczyźni analizują, nie potrzebują gadać.”

To nie jest prawda biologiczna.
To jest efekt socjalizacji.

Historycznie męskość wyglądała inaczej, niż sugerują współczesne stereotypy.
Samurajowie uczyli się poezji i kaligrafii.
Rycerstwo europejskie praktykowało kodeks honorowy obejmujący empatię i relacyjność.
W kulturach plemiennych rytuały inicjacyjne obejmowały opłakiwanie, narrację, symboliczne przejścia emocjonalne.
Współczesny mit „twardego faceta” jest kulturowo wąski i historycznie młody.

I tu dochodzimy do bardzo ważnego miejsca.

Dojrzała, zintegrowana męskość pokazuje, że nie ma sprzeczności pomiędzy wrażliwością a siłą, że w tej samej tożsamości jest przestrzeń na poezję, śpiew, taniec i refleksję i jednocześnie na kontakt z ciałem, sprawczość, sport, sztuki walki czy znajomość własnych granic.

Chodzi nie o to, by ciało było narzędziem autoagresji, przemocy wyrażonej na zewnątrz czy autodestrukcji, ale by było źródłem informacji.

By poprzez kontakt z ciałem mężczyzna potrafił rozpoznawać, czego potrzebuje, kiedy jest przeciążony, a kiedy potrzebuje zmiany.

Popkultura daje nam tu bardzo dobre filmowe przykłady: Stowarzyszenie Umarłych Poetów, Buntownik z wyboru, Warrior, Karate Kid, W rzece życia, Moonlight.

To nie są opowieści o słabości.
To są opowieści o mężczyznach w pełni człowieczeństwa, a w tym czucia.

Podobnie literatura: m.in Żelazny Jan, Czasem czuły, czasem barbarzyńca, książki dr Andrzeja Gryżewskiego - wszystkie one pokazują, że emocjonalność nie odbiera mężczyźnie siły.
Ona ją porządkuje i stabilizuje.

Piszę to jako mężczyzna w średnim wieku.
Jako ktoś, kto myśli i czuje.
Jako ktoś, kto wie, co to znaczy dostać i dać w twarz w samoobronie lub w sporcie, nigdy w przemocy.
Jako ojciec, który siłuje się z synem.
Jako ktoś, kto potrafi pójść na mecz i drzeć dziób i wzruszyć się w kinie, postrzelać na strzelnicy i docenić uczciwą walkę na pięści.

Pełna męskość to integracja.

Dzięki niej mężczyzna - gdy jego życie przestaje działać - nie musi wybierać rozwiązania ostatecznego.
Może reagować wcześniej.
Może mówić.
Może szukać wsparcia.
Może zmieniać.

Dlatego uważam, że teza „mężczyźni nie czują, tylko analizują” jest krzywdząca.
Wzmacnia stereotyp i odbiera przestrzeń na człowieczeństwo.

Zatem zachęcam Was, Panowie: nigdy nie jest za późno, aby spotkać się ze sobą, swoją wrażliwością i procesem uczenia wyrażania siebie na różne sposoby.

Od tego jest psychoterapia.
Od tego są męskie kręgi.
Od tego są wartościowe relacje.
Żeby korekcyjnie wrócić do siebie.
Do tego chłopca, który kiedyś potrafił się śmiać, płakać, przytulać i mówić: lubię albo nie lubię, tęsknię, boję się, potrzebuję, chcę...

To jest początek drogi do dojrzałej męskości, która myśli, czuje i reaguje.

Wczorajszy wieczór z psychologią i filmem.
03/02/2026

Wczorajszy wieczór z psychologią i filmem.

Dziś rozpoczynam kolejny sezon mojej psychologicznej pracy edukacyjnej z twórcami filmowymi. To już szósty rok kiedy pro...
02/02/2026

Dziś rozpoczynam kolejny sezon mojej psychologicznej pracy edukacyjnej z twórcami filmowymi.

To już szósty rok kiedy prowadzę zajęcia z psychologii postaci i budowania wiarygodnych historii jako ekspert StoryLab.pro.

Ten mroźny poniedziałek od samego rana stoi u mnie pod znakiem filmu.

Najpierw zajęcia dla scenarzystek i scenarzystów, później inspirujące spotkanie twórcze w Warszawie, a wieczorem czyli pokaz wartościowego psychologicznie filmu „Zapiski śmiertelnika” FILMOTERAPIA W LUNIE | Zapiski śmiertelnika | seans + rozmowa Martyny Harland z twórcami filmu, spotkanie z twórcami oraz rozmowa z widzami w LUNA kino studyjne.

Dla mnie osobiście taki dzień to zawsze moment szczególny.
Ogromna przyjemność spotkać nową ekipę scenarzystów i scenarzystek, reżyserów i reżyserek, aktorów i aktorek, ludzi, którzy są w procesie, którzy pracują nad własnymi projektami scenariuszowymi i chcą podzielić się ze światem swoją wrażliwością artystyczną.
A ja mogę dołożyć do tego swoją cegiełkę.
Z dumą i z autentyczną radością, bo ten kawałek swojej pracy psychologicznej lubię szczególnie.

Dziś będziemy pracować nad przekładaniem wiedzy z zakresu psychologii osobowości i zaburzeń osobowości na język filmu.
Na konkret: zachowania bohaterów, konflikty wewnętrzne i zewnętrzne, punkty zwrotne, proces zmiany.
Na to, co dzieje się w działaniu: w ruchu scenicznym, w didaskaliach, w dialogu, w języku, w rytmie sceny.
Czyli na wszystkim tym, czym twórca operuje, by nie opowiadać o psychologii postaci, lecz ją pokazywać filmowymi środkami wyrazu.
Po to, żeby z perspektywy widza można było zanurzyć się w emocjach uruchamianych przez historię.
Czasem wchodząc w zupełnie obce uniwersum.
Czasem identyfikując się z protagonistą a czasem sympatyzując z antybohaterem czy „czarnym charakterem”, bo jest tak napisany, tak poprowadzony i tak zrealizowany, że po prostu staje się interesujący.

Lubię ten obszar swojej pracy szczególnie.
Choć ja generalnie lubię swoją pracę we wszystkich jej odsłonach 😊

Piekno natury w pełni 💚
02/02/2026

Piekno natury w pełni 💚

„Nasze kalendarze są ułożone pod mecze Roberta i szkołę Klary. Jestem trzecia w kolejce, będę czwarta, kiedy do szkoły p...
27/01/2026

„Nasze kalendarze są ułożone pod mecze Roberta i szkołę Klary. Jestem trzecia w kolejce, będę czwarta, kiedy do szkoły pójdzie Laura. Na wakacje wyjeżdżamy, gdy mogą mąż i starsza córka. Jeśli mam wtedy obowiązki zawodowe, zostawiam ich na parę dni, robię, co muszę, i wracam odpoczywać. Zobaczymy, jak będzie kiedyś. Robert zadeklarował, że gdy skończy karierę, zajmie się w wakacje dziećmi, a ja będę realizowała swoje projekty. Powiedziałam ze śmiechem, że nie chcę czekać, aż przestanie grać, żeby spełniać marzenia. I tak wszystko układam, żebym już teraz mogła to robić.”

(…)

„Rozmawiałam ze znajomą psycholożką, uznałyśmy, że nie możemy żyć w ciągłym przeświadczeniu, że nasze problemy to pikuś w porównaniu z problemami facetów. A nasza praca jest bzdetem w zestawieniu z ich pracą. Niby dlaczego? Od kiedy mieszkam w Barcelonie, żyję bardziej swoim życiem. Dawniej robiłam wiele rzeczy z myślą o Robercie, kończyłam studia dietetyczne dla Roberta, czytałam książki, żeby się dowiedzieć, jak jeszcze mogę mu pomóc. Nie przestałam go wspierać, ale poszłam po swoje. Na przykład pierwszy mecz w sezonie Robert grał tego samego dnia, gdy była pierwsza rocznica mojego studia Edan. Spytał: „Przyjedziesz na stadion?”. Jasne, że tak. Byłam tam, ale tylko przez pierwszą połowę, później pojechałam do studia. Nie zrezygnowałam z tego, co dla mnie ważne.”

Źródło: https://twojstyl.pl/artykul/anna-lewandowska-wywiad-twoj-styl-luty-2026%2Caid%2C10719?

Pisząc o zdrowiu psychicznym mężczyzn i o przełamywaniu stereotypów męskości, często sięgam po świadectwa osób znanych, opiniotwórczych, bo ich głos niesie się dalej.

Kiedy Artur Boruc mówił publicznie o swojej depresji, a kapitan FC Barcelony Ronald Araújo otwarcie przyznał, że zmaga się z depresją i potrzebuje przerwy od futbolu, nie był to jedynie osobisty akt odwagi.
To było przesunięcie granicy tego, co w przestrzeni publicznej „wolno” mężczyźnie powiedzieć.
To była informacja wysłana do tysięcy innych mężczyzn i kobiet, że siła nie polega na zaciskaniu zębów, dowodzeniu za wszelką cenę i ignorowaniu sygnałów płynących z ciała i psychiki.
Że można być w kryzysie, można potrzebować pomocy, można się zatrzymać i nie traci się przez to swojej wartości.

Dziś w bardzo podobnym sensie, zatrzymuję się przy głosie, który publicznie zabrała Anna Lewandowska
Głosie ważnym właśnie dlatego, że nie dotyczy „jej męża”, nie dotyczy bycia zapleczem, wsparciem, tłem dla czyjegoś sukcesu, ale dotyczy jej samej.

„Ja”.

Jej perspektywy, jej doświadczenia, jej potrzeby realizowania siebie.
Po latach funkcjonowania w rzeczywistości, w której naturalnie i często automatycznie bezrefleksyjnie pierwszym planem był mąż, jego kariera sportowa, jego sukcesy, jego obciążenia.
Przy jednoczesnym pełnieniu roli matki, partnerki, organizatorki życia rodzinnego i biznesowego.

W tym wywiadzie wybrzmiewa coś, co wciąż bywa dla wielu trudne do przyjęcia: że życie w relacji nie musi i nie powinno oznaczać zgniłego kompromisu, w którym porzuca się siebie.
Że dbanie o własne cele, własne sensy egzystencjalne, własną odrębność nie jest egoizmem, lecz elementem zdrowia psychicznego.
Że relacja nie musi opierać się na jednostronnym poświęceniu, które z czasem rodzi frustrację, żal i poczucie niewidzialności.
Reakcje, które już pojawiły się w przestrzeni medialnej i internetowej są dla mnie - jako psychologa -równie interesujące, co niestety przewidywalne…

Krytyka, że „takie rzeczy powinny zostać w domu”.
Sugestie, że w tych słowach pobrzmiewa pretensja do Roberta Lewandowskiego.
Oczekiwanie, że „dobra żona i matka” powinna przede wszystkim wspierać męża i dzieci, a swoje potrzeby odłożyć na później albo najlepiej w ogóle ich nie artykułować.

I tu dotykamy bardzo podobnego mechanizmu, jaki widzimy w przypadku mężczyzn mówiących o kryzysach psychicznych.
Tak jak mężczyzna słyszy: „weź się w garść”, „inni mają gorzej”, „facet musi dać radę”, tak kobieta słyszy: „nie przesadzaj”, „masz wszystko”, „czego jeszcze chcesz?”.

W obu przypadkach przestrzeń na autentyczne mówienie o sobie jest dramatycznie wąska.

Z perspektywy mojej pracy z parami widzę, jak często podobne dynamiki prowadzą do kryzysów.
W związkach, w których przez lata funkcjonował tradycyjny podział ról: mężczyzna „zarabia”, kobieta „ogarnia dom i dzieci”, bardzo łatwo pojawia się ukryta hierarchia.
Przekonanie, że ten, kto przynosi więcej pieniędzy, robi „ważniejsze rzeczy”.
Że jemu należy się więcej odpoczynku, więcej uwagi, więcej zrozumienia.
A skoro ona „jest w domu”, to właściwie „na co narzeka?”.

To myślenie jest głęboko krzywdzące i destrukcyjne dla relacji.
Dopóki gramy w „moje lepsze - twoje gorsze” albo „twoje ważniejsze - moje mniej istotne”, dopóty będziemy produkować rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości i emocjonalne oddalanie się od siebie.
Relacja przestaje być współpracą, a zaczyna być polem cichej rywalizacji i niewypowiedzianych pretensji.

Dlatego ten wywiad Anny Lewandowskiej czytam nie jako atak na związek, nie jako wyraz egoizmu, ale jako zaproszenie do rozmowy.
O tym, gdzie w naszej relacji jest przestrzeń wspólna, a gdzie przestrzeń odrębna.
Jak się wspierać, nie tracąc siebie.
Jak uznawać, że rozwój jednego partnera nie jest zagrożeniem dla drugiego.
Jak szukać wsparcia - zarówno w relacji, jak i poza nią - zamiast zamykać się w sztywnych rolach i społecznych oczekiwaniach.
Tak, to konfrontuje się z tradycyjnym modelem małżeństwa i podziału ról, ale nie stoi w sprzeczności z troską o rodzinę, dzieci i relację.
Wręcz przeciwnie, daje szansę na relację, która nie jest więzieniem ani polem poświęceń, lecz przestrzenią wzajemnego wzmacniania się.

Cieszę się, że ten głos wybrzmiał.
I że może stać się pretekstem do rozmów nie o Annie Lewandowskiej, nie o Robercie Lewandowskim, ale o nas samych.
O tym, jak to wygląda w naszym konkretnym związku, w naszym małżeństwie, w naszej rodzinie.
Po to, żeby nie walczyć o rację, tylko zacząć się widzieć.
I uczyć się godzić to, co wspólne, z tym, co odrębne bez poczucia, że za bliskość trzeba płacić cenę utraty siebie.

fot. www.fashionbiznes.pl

„Już się ciebie nie boję”: o braterstwie, parentyfikacji i cenie dorastania. Psychologiczna recenzja filmu „Brat”Obejrza...
26/01/2026

„Już się ciebie nie boję”: o braterstwie, parentyfikacji i cenie dorastania.

Psychologiczna recenzja filmu „Brat”

Obejrzałem film "Brat" Maciej Sobieszczański w produkcji Apple Film Production film, który jest już dostępny na kilku platformach streamingowych i mam poczucie, że to jedna z tych polskich produkcji, które szczególnie warto zobaczyć, jeśli kino traktujemy nie tylko jako rozrywkę, ale jako przestrzeń spotkania z tym, co w człowieku kruche, trudne i prawdziwe.

Dla wszystkich miłośników kina wrażliwego, kina psychologicznego i kina, które w mądry sposób dotyka ważnych społecznie tematów, Brat może stać się filmem szczególnie wartościowym.

Dlaczego?

Z wielu powodów.
Zacznę od warstwy psychologicznej, bo tytuł „Brat” równie dobrze mógłby brzmieć: opoka, fundament, wsparcie.
Używam tych pojęć nieprzypadkowo, choć nie odnoszą się one wprost do literalnego znaczenia słowa „brat”, to doskonale oddają sens tej historii.

To film o relacjach rodzinnych, o dysfunkcji systemu rodzinnego, o konsekwencjach nieobecności dorosłych i o tym, co dzieje się z dziećmi, kiedy muszą wchodzić w role, które nigdy nie powinny być ich udziałem.

„Brat” opowiada historię rodziny, w której matka - grana przez Agnieszka Grochowska w niezwykle przejmującej, dramatycznie prawdziwej roli - jest jedynym realnym, codziennym opiekunem dwóch nastoletnich synów: starszego Dawida (Filip Wiłkomirski) i młodszego Michała (Tytus Szymczuk).
Jest jedynym opiekunem, ponieważ ojciec chłopców przebywa w więzieniu.
Jego fizyczna nieobecność nie oznacza jednak emocjonalnego zniknięcia z życia rodziny.
Przeciwnie - jego głos, który mówi głosem Jacka Braciaka, powraca w kilku kluczowych momentach filmu, a szczególnie wybrzmiewa ciszą w jednej z najważniejszych scen pod koniec opowieści.

To film o relacji dwóch braci i warto tu podkreślić ogromne uznanie dla młodych aktorów, debiutantów, którzy zostali wyłonieni spośród młodych zawodników judo.
Ich autentyczność, cielesność, sposób bycia w kadrze sprawiają, że relacja między Dawidem a Michałem jest wiarygodna i poruszająca.

Piszę o rodzinie dysfunkcyjnej nie po to, by kogokolwiek osądzać, lecz by nazwać mechanizmy, które w tej filmowej rodzinie są obecne.

Nieobecność ojca oraz emocjonalna niewydolność matki - wynikająca nie ze złej woli, lecz z przeciążenia, samotności i braku wsparcia - prowadzą do tego, że funkcję emocjonalnej opoki przejmuje starszy syn.
Dawid wchodzi w rolę, która przekracza jego rozwojowe możliwości.
Balansuje na chybotliwej linie pomiędzy oczekiwaniami ojca, który - nawet zza krat - w sposób emocjonalnie przemocowy i dysfunkcyjnie patriarchalny próbuje kontrolować życie rodziny, a własnymi potrzebami, pragnieniami i ambicjami.
Ojciec oczekuje od Dawida, by stał się strażnikiem porządku: opiekunem młodszego brata, kontrolerem matki, gwarantem „moralności” rodziny.
Żąda lojalności, podporządkowania i dorosłości, nie dając w zamian bezpieczeństwa ani realnego wsparcia.
Dawid zostaje postawiony przed fałszywym dylematem: albo zajmie się sobą i swoim rozwojem albo poświęci siebie w imię „ochrony rodziny”.
A to nie jest zadanie dziecka.

Film bardzo precyzyjnie i z dużą wrażliwością pokazuje mechanizm parentyfikacji - sytuacji, w której dziecko przejmuje role i odpowiedzialności osoby dorosłej.
Dawid staje się „dzieckiem - bohaterem”: chroni młodszego brata, przygotowuje go do komunii, próbuje amortyzować konsekwencje jego impulsywnych zachowań, a jednocześnie odciąża matkę. Robi to nieświadomie, z lojalności i potrzeby utrzymania jakiejkolwiek stabilności w systemie rodzinnym.
Jednocześnie Dawid ma prawo do własnych emocji, potrzeb i marzeń.
Jest utalentowanym, ambitnym młodym zawodnikiem judo.
Ma przed sobą realne szanse rozwoju, ale jego wewnętrzny konflikt - podsycany przez ojca - sprawia, że każdy krok w stronę siebie rodzi poczucie winy.

Młodszy brat, Michał, reaguje na tę samą rzeczywistość w zupełnie inny sposób.
Jego temperament, wrażliwość i możliwości regulacji emocji są inne.
Złość, lęk, poczucie porzucenia i bezradność znajdują ujście w zachowaniach ryzykownych i w autoagresji.

Film pokazuje, jak różne strategie adaptacyjne dzieci mogą współistnieć w jednym systemie rodzinnym i jak każda z nich niesie ze sobą określone koszty.
Te zachowania prowadzą do scenariusza bliskiego tragedii.

Postać ojca - choć fizycznie niemal nieobecna - jest jedną z kluczowych figur filmu.
To bardzo trafne psychologicznie: dzieci zawsze pozostają w relacji z rodzicem, nawet jeśli ten porzucił, umarł lub zawiódł.
Jest to relacja braku, która silnie wpływa na rozwój emocjonalny, budowanie tożsamości, poczucia własnej wartości i zaufania do świata.

Maciej Sobieszczański zostawia jednak widza z nadzieją.
W przedostatniej scenie filmu - jednej z najmocniejszych emocjonalnie - dochodzi do symbolicznego momentu oczyszczenia.
Starszy syn, patrząc ojcu w oczy, mówi: „Już się ciebie nie boję.”
To zdanie ma ogromną wagę psychologiczną.
„Już się ciebie nie boję” nie oznacza zapomnienia, wymazania czy prostego pojednania.
Oznacza wewnętrzne przesunięcie.
Daje wolność wynikającą z przekonania, że nie muszę już podążać za twoimi rozkazami, nie muszę żyć według twoich lęków i oczekiwań.
Że mam alternatywę.
Że ufam sobie.
Że w świecie jest dla mnie miejsce takim, jakim jestem.
Że mogę uczyć się relacji, wsparcia i towarzyszenia od innych ludzi.
Oczywiście relacja z rodzicem, który zranił, zawiódł lub był nieobecny, pozostaje relacją na całe życie. Relacją z brakiem, ale kluczowe jest to, by ten brak nie paraliżował wzrastania, nie blokował możliwości rozwoju, sensu i spełnienia.

„Brat” jest filmem pełnym przestrzeni do obserwowania tego, czego dzieci potrzebują, aby się rozwijać, czego nie dostają i jakie są tego konsekwencje.
Pokazuje dynamikę rodziny, różne strategie radzenia sobie, bardziej i mniej adaptacyjne oraz znaczenie bycia widzianym.
Nieprzypadkowo reżyser mówił podczas konferencji prasowej na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, że nie traktuje młodych aktorów „jak dzieci”.
Traktuje ich jak ludzi: z autonomią, wrażliwością, perspektywą i potrzebą szacunku.
Ta filozofia pracy przenika film i spina się z rzeczywistością procesu twórczego.

Na koniec warto podkreślić także warstwę stricte artystyczną.
Każda scena jest przemyślana, dramaturgicznie spójna, wpisana w większą całość.
Muzyka Antoni Komasa-Lazarkiewicz, montaż Rafal Listopad oraz zdjęcia Jola Dylewska tworzą kino intensywne i piękne w swojej prostocie.

To kino artystyczne, psychologiczne i rzetelne realizacyjnie.
Kino, które nie daje łatwych odpowiedzi, ale poszerza percepcję, pogłębia czucie i zaprasza do uważnego bycia w świecie.

Dlatego „Brata” Macieja Sobieszczańskiego wszystkim wrażliwym kinomaniakom - z pełnym przekonaniem - polecam.

25/01/2026
Niedziela. Dziewiąta rano. W tle jedna z ulubionych audycji radiowych. Zapach śniadania. Wspólny stół. Potem „barażkowan...
25/01/2026

Niedziela.
Dziewiąta rano.
W tle jedna z ulubionych audycji radiowych.
Zapach śniadania.
Wspólny stół.
Potem „barażkowanie” na kanapie, trochę ruchu, trochę śmiechu, trochę bycia razem.

Tata - syn.
Syn - tata.

Niby drobiazgi.
Niby zwykłe chwile.
A jednak to właśnie z nich składa się rzeczywistość o największej wartości.

Myślę dziś o rytuałach.
O tych małych, codziennych, często niezauważanych mikrozwyczajach, które z jednej strony dają poczucie stałości i bezpieczeństwa, a z drugiej - nigdy nie są mechaniczne, ponieważ rytuał to nie rutyna.
Rutyna bywa pusta.
Rytuał jest znaczeniem.

Psychologicznie rytuały pełnią kilka kluczowych funkcji:

Regulują układ nerwowy - dają sygnał: „jest bezpiecznie”, „wiem, czego się spodziewać”.

Budują poczucie przewidywalności w świecie, który coraz rzadziej taki bywa.

Zakotwiczają nas w relacjach, bo mówią: „jesteś ważny”, „czekam na ciebie”, „to jest nasz czas”.

Dla dzieci są mapą świata.
Dla dorosłych punktem odniesienia.
Dla relacji tkanką łączną.

Rytuały nie muszą być wielkie ani spektakularne.
Wręcz przeciwnie.
Najczęściej są ciche.
Poranne wspólne śniadanie.
Niedzielna audycja.
Ten sam spacer.
Ten sam żart.
Ten sam moment zatrzymania.
Ich siła nie polega na wyjątkowości, tylko na powtarzalności przeżywanej z uważnością.

I myślę też o rytuałach „ze sobą”.
O tych, które dotyczą ciała, zdrowia, ruchu.
O tych, które karmią ciekawość - książka, film, muzyka, kultura.
O tych, które porządkują emocje - chwila ciszy, refleksji, kontaktu ze sobą.

Jeśli znamy siebie na tyle, by wiedzieć, co nas stabilizuje i zasila, rytuał przestaje być obowiązkiem.
Staje się prawem.
Prawem do dbania o własną równowagę psychiczną i fizyczną.
Prawem do osadzenia w świecie.

Życie naprawdę składa się z małych cegiełek.
I to one - paradoksalnie - mają największą nośność.

Dobrej niedzieli.
Niech wydarzy się choć jeden mały rytuał, który dziś nas wszystkich wzmocni.

A po południu WOŚP.

Rytuał wspólnoty, na który my czekamy z autentyczną radością.

Impulsem do tej refleksji była moja wczorajsza wizyta u lekarza specjalisty. Wizyta, na którą czekałem półtora roku. Rok...
22/01/2026

Impulsem do tej refleksji była moja wczorajsza wizyta u lekarza specjalisty.
Wizyta, na którą czekałem półtora roku.
Rok temu została przełożona, a ja - jak wielu pacjentów w systemie ochrony zdrowia - musiałem uzbroić się w dodatkową porcję cierpliwości.

Na szczęście nie była to sytuacja zagrażająca życiu.
To standardowa, cykliczna diagnostyka, którą przechodzę regularnie.
A jednak - mimo względnego spokoju medycznego - była to sytuacja niosąca ze sobą napięcie, oczekiwanie i niepewność.
Taki codzienny, ludzki trening wytrzymałości w oczekiwaniu.

Dodatkowym elementem była zmiana lekarza.
Po kilkuletnich kontaktach z poprzednim specjalistą, z którym zbudowałem relację opartą na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa, tym razem spotykałem się z kimś zupełnie nowym.
Choć w dokumentacji zapisane były wszystkie dane, wyniki badań i historia leczenia, relacja - jak to zwykle bywa - musiała zacząć się od początku.
A to nigdy nie jest obojętne dla żadnego pacjenta.

Relacja w medycynie nie zaczyna się przecież od wyników.

Zaczyna się od człowieka, który siada naprzeciwko lekarza: z historią, emocjami, obawami i nadziejami.
Nawet wtedy, gdy „obiektywnie” wszystko wygląda dobrze.
Pamiętam poprzedniego lekarza jako osobę bardzo kompetentną, ale jednocześnie uważną.
Kogoś, kto potrafił połączyć wiedzę i doświadczenie medyczne z obecnością w kontakcie.
Kto słuchał nie tylko tego, co mówię, ale też jak mówię.

I to doświadczenie sprawiło, że dzisiejsza wizyta - po tak długiej przerwie - była dla mnie czymś więcej, niż formalnym spotkaniem diagnostycznym.

I rzeczywiście doświadczyłem pełnego profesjonalizmu na poziomie faktów.
Wywiad był rzeczowy, logiczny, oparty na danych.
Informacja zwrotna była precyzyjna, merytoryczna, pozbawiona błędów.
Wszystko się zgadzało.

A jednocześnie mi bardzo zabrakło kontaktu emocjonalnego.
Nie chodzi o brak empatii w sensie intencji.
Chodzi raczej o brak podjęcia inicjatywy, by zobaczyć pacjenta jako osobę, a nie tylko jako przypadek medyczny.
Kiedy próbowałem mówić o swoich obawach dotyczących dalszego przebiegu schorzenia, o tym jak wpływa ono na moje życie, reakcją była cisza.
Komunikacja zatrzymała się na poziomie danych, faktów i analiz.

Z perspektywy psychologa wiem jak bardzo to doświadczenie jest powszechne.
I jak bardzo wpływa na dobrostan pacjenta.
Człowiek może dostać poprawną diagnozę, właściwe zalecenia i rzetelną informację, a jednocześnie wyjść z gabinetu z poczuciem osamotnienia, napięcia i niewypowiedzianych lęków.

Tymczasem wiemy dziś coraz więcej o tym, jak silnie stan psychiczny wpływa na proces leczenia.
Obniżenie lęku, poczucie bycia wysłuchanym i zrozumianym zwiększa zdolność organizmu do regulacji, regeneracji i współpracy z leczeniem.
Spokojniejszy pacjent lepiej przetwarza informacje, łatwiej zapamiętuje zalecenia i chętniej się do nich stosuje.
To nie jest „psychologizacja medycyny”.
To jest jej realne wsparcie.

W psychologii mówimy o kilku prostych, podstawowych umiejętnościach komunikacyjnych, które mają ogromne znaczenie także w gabinecie lekarskim:

- aktywne słuchanie - nie tylko treści, ale i emocji.
- klaryfikacja czyli pomoc w nazwaniu tego, co pacjent przeżywa.
- odzwierciedlenie - pokazanie, że te emocje zostały zauważone i przyjęte.
- parafraza, podsumowanie, krótkie pytanie otwierające.

Czasem naprawdę wystarczy jedno zdanie:

„Słyszę, że to pana martwi.”
„Rozumiem, że ta niepewność jest trudna.”
„Czy jest coś jeszcze, o co chciałby pan zapytać?”

To nie są techniki terapeutyczne.
To są elementarne gesty kontaktu, które sprawiają, że pacjent nie zostaje sam ze swoim lękiem, że relacja staje się bezpieczniejsza.
A to ma znaczenie medyczne.
Piszę o tym również z perspektywy doświadczeń sprzed lat, kiedy prowadziłem warsztaty komunikacyjne dla lekarzy.
Pamiętam opór, zdziwienie, a czasem irytację.

Pytania: po co to? czy to naprawdę nasza rola? czy pacjent nie ma po prostu słuchać zaleceń?

Przez dekady zawód lekarza funkcjonował w modelu hierarchicznym.
Lekarz był wyżej, pacjent niżej.
Relacja była pionowa, a nie partnerska.
Dziś ten model się zmienia.
I dla wielu lekarzy ta zmiana jest trudna.
Zwłaszcza w warunkach ogromnej presji, pośpiechu, niedoboru czasu, przeciążenia systemu i rosnących oczekiwań pacjentów.
Łatwo w takich warunkach wejść w tryb zadaniowy, techniczny, zdystansowany.
Łatwo się znieczulić nie z braku wrażliwości, ale z potrzeby przetrwania.

Znam ten temat także z pracy terapeutycznej z lekarzami.
Z rozmów o frustracji, zmęczeniu, bezsilności i wypaleniu.
Wielu z nich to osoby wrażliwe, empatyczne, głęboko zaangażowane w swoją pracę.
Problem zaczyna się wtedy, gdy empatia nie ma gdzie być regulowana, wspierana i osadzana w granicach.
Wtedy staje się obciążeniem, a nie zasobem.

Dlatego rozwój kompetencji komunikacyjnych w medycynie nie może być kolejnym obowiązkiem „do odhaczenia”.
Dobrze, jeśli będzie iść w parze z realnym wsparciem lekarzy.
Z troską o ich dobrostan, z przestrzenią na refleksję, wymianę doświadczeń i uczenie się od siebie nawzajem.

Nie szukam tu winnych.
Nie piszę tego tekstu przeciwko lekarzom.

Piszę go z myślą o relacji.

O tym, jak ogromnym, a często niewykorzystanym zasobem jest dobry kontakt psychologiczny i emocjonalny w gabinecie lekarskim.
O tym, że medycyna i empatia nie stoją po przeciwnych stronach.
Przeciwnie, wzajemnie się wzmacniają.

Czasem to właśnie ten jeden moment uważności, jedno zdanie, jedno krótkie zatrzymanie decyduje o tym, czy pacjent wyjdzie z gabinetu spokojniejszy, bardziej zmotywowany i gotowy do współpracy.
A to ma znaczenie i ludzkie i medyczne.

Adres

Zachodnia 70 Office, Lok. 108
Łódź
90-403

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Robert Milczarek gabinet: pomoc psychologiczna i psychoterapia - coaching umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Robert Milczarek gabinet: pomoc psychologiczna i psychoterapia - coaching:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria