04/02/2026
W poniedziałkowy wieczór brałem udział w bardzo ważnym, a nawet wyjątkowo ważnym spotkaniu w kinie Luna FILMOTERAPIA W LUNIE | Zapiski śmiertelnika | seans + rozmowa Martyny Harland z twórcami filmu i dyskusji z twórcami filmu Zapiski śmiertelnika, GALAPAGOS FILMS w ramach Filmoterapia.pl
Filmu, który zupełnie filmowo bardzo polecam.
Wracam dziś do niego nie tylko dlatego, że jest to poruszająca opowieść, ale dlatego, że dotyka tematów w kinie wciąż podejmowanych zbyt rzadko:
kryzysu egzystencjalnego mężczyzny w średnim wieku, depresji maskowanej, męskiej tożsamości, sposobów przeżywania lub nieprzeżywania emocji przez mężczyzn oraz tego, jak radzą lub nie radzą sobie z problemami natury relacyjnej, tożsamościowej i emocjonalnej.
Wracam jednak nie tylko do samego filmu, ale przede wszystkim do dyskusji po nim.
Dyskusji bardzo emocjonalnej, momentami burzliwej, zróżnicowanej pod względem perspektyw, wrażliwości i spojrzeń zarówno na film, jak i na męskość, mężczyzn, ich świat wewnętrzny i wrażliwość.
Chcę się dziś odnieść do tej części głosów, które podczas tej rozmowy wyrażały tezę, że „mężczyźni nie potrzebują rozmawiać o emocjach, że mężczyźni analizują, że koncentrują się na rozwiązaniach.”
A kiedy tych rozwiązań - mierząc się ze swoimi problemami - nie widzą, wybierają rozwiązanie ostateczne.
Tragiczne w skutkach.
Rozwiązanie, którego konsekwencje nie dotyczą wyłącznie ich samych, ale całego otoczenia relacyjnego: partnerek, żon, dzieci, rodziców, rodzeństwa.
Paradoks polega na tym, że film - choć dotyka tematu samobójstwa - jest jednocześnie pełen nadziei.
Poszerza perspektywę.
Pokazuje, że istnieją inne rozwiązania, zanim napięcie stanie się nie do uniesienia.
I właśnie w kontekście tej tezy: „mężczyźni nie potrzebują rozmawiać, mężczyźni analizują”, chcę dziś tę perspektywę rozszerzyć.
W warunkach sali kinowej, przy ograniczonym czasie, wobec wielu głosów, można było jedynie zarysować te wątki.
Tu chcę je pogłębić, bo w tej tezie zawarte jest istotne wykluczenie.
Wykluczenie tego, co dotyczy człowieczeństwa, niezależnie od płci.
Człowiek - kobieta i mężczyzna - jest istotą, która funkcjonuje jednocześnie na poziomie układu nerwowego, biochemii i fizjologii, poznawczym i intelektualnym, emocjonalnym, relacyjnym oraz behawioralnym.
Jesteśmy stworzeni do czucia tak samo jak do myślenia i działania.
Moje argumenty?
Praktyka zawodowa.
Praca z mężczyznami w terapii indywidualnej, w terapii par, na warsztatach.
Mężczyźni trafiają do gabinetów w kryzysie egzystencjalnym, z poczuciem pustki, anhedonii, braku radości, sensu i nadziei.
Bardzo często somatyzują - ich ciało zaczyna mówić za nich, bo emocje nie znalazły języka.
Chorują, cierpią, nie łącząc tego z niewyrażonym napięciem emocjonalnym.
Pracuję z mężczyznami po rozstaniach i rozwodach, gdzie jedną z osi kryzysu było zamrożenie emocjonalne, dysocjacja, wewnętrzna emigracja z relacji.
Pracuję z parami, w których partnerki mówią o bezsilności wobec mężczyzny, który „nic nie czuje”, „nic nie mówi”, „wszystko analizuje sam, wewnątrz”.
Pracuję z mężczyznami w kryzysach zawodowych, w żałobie, po stracie rodziców, partnerek, a czasem dzieci.
Z mężczyznami, którzy trafiają najpierw do psychiatry czy lekarza rodzinnego, bo psychika wyraża się przez ciało i tam szukają pomocy.
Niestety niewyrażona frustracja nie znika.
Energia, która nie znajduje ujścia, musi znaleźć inne wyjście.
To nie metafora, to fizjologia.
Wracając jednak do początku tego procesu.
Chłopcy czują.
Tak samo jak dziewczynki.
W pierwszych miesiącach i latach życia dzieci – oczywiście przy prawidłowym rozwoju układu nerwowego - płaczą, przytulają się, wyrażają lęk, radość, ciekawość i smutek z różną intensywnością i częstotliwością ze względu na różnice temperamentalne, ale jednak wyrażają.
I chłopcy, i dziewczynki.
A potem następuje rozstaj dróg.
Kultura i stereotypy płciowe zaczynają różnicować oczekiwania.
Dziewczynki mają większe przyzwolenie na ekspresję emocjonalną, artystyczną, na mówienie o słabościach i potrzebach.
Chłopcy uczą się: nie płacz, nie bój się, zaciśnij zęby.
Uczą się wstydu wokół wrażliwości.
Ten proces zaczyna się bardzo wcześnie już około 3 - 4 roku życia.
Zawstydzanie, deprecjonowanie, lęk rodziców „co ludzie powiedzą”, „nie bądź baba”.
Znam te historie.
Znam te spojrzenia.
Pięknie pokazuje to film Billy Elliot - opowieść o chłopcu, którego wrażliwość zderza się z twardym, stereotypowym modelem męskości.
Chłopcy uczą się więc nie mówić o tym, co czują.
A potem nie czuć, bo czucie boli, bo czucie zawstydza, bo czucie oddala od akceptacji.
I ten proces integruje się z tożsamością męską.
Po latach słyszymy więc: „mężczyźni analizują, nie potrzebują gadać.”
To nie jest prawda biologiczna.
To jest efekt socjalizacji.
Historycznie męskość wyglądała inaczej, niż sugerują współczesne stereotypy.
Samurajowie uczyli się poezji i kaligrafii.
Rycerstwo europejskie praktykowało kodeks honorowy obejmujący empatię i relacyjność.
W kulturach plemiennych rytuały inicjacyjne obejmowały opłakiwanie, narrację, symboliczne przejścia emocjonalne.
Współczesny mit „twardego faceta” jest kulturowo wąski i historycznie młody.
I tu dochodzimy do bardzo ważnego miejsca.
Dojrzała, zintegrowana męskość pokazuje, że nie ma sprzeczności pomiędzy wrażliwością a siłą, że w tej samej tożsamości jest przestrzeń na poezję, śpiew, taniec i refleksję i jednocześnie na kontakt z ciałem, sprawczość, sport, sztuki walki czy znajomość własnych granic.
Chodzi nie o to, by ciało było narzędziem autoagresji, przemocy wyrażonej na zewnątrz czy autodestrukcji, ale by było źródłem informacji.
By poprzez kontakt z ciałem mężczyzna potrafił rozpoznawać, czego potrzebuje, kiedy jest przeciążony, a kiedy potrzebuje zmiany.
Popkultura daje nam tu bardzo dobre filmowe przykłady: Stowarzyszenie Umarłych Poetów, Buntownik z wyboru, Warrior, Karate Kid, W rzece życia, Moonlight.
To nie są opowieści o słabości.
To są opowieści o mężczyznach w pełni człowieczeństwa, a w tym czucia.
Podobnie literatura: m.in Żelazny Jan, Czasem czuły, czasem barbarzyńca, książki dr Andrzeja Gryżewskiego - wszystkie one pokazują, że emocjonalność nie odbiera mężczyźnie siły.
Ona ją porządkuje i stabilizuje.
Piszę to jako mężczyzna w średnim wieku.
Jako ktoś, kto myśli i czuje.
Jako ktoś, kto wie, co to znaczy dostać i dać w twarz w samoobronie lub w sporcie, nigdy w przemocy.
Jako ojciec, który siłuje się z synem.
Jako ktoś, kto potrafi pójść na mecz i drzeć dziób i wzruszyć się w kinie, postrzelać na strzelnicy i docenić uczciwą walkę na pięści.
Pełna męskość to integracja.
Dzięki niej mężczyzna - gdy jego życie przestaje działać - nie musi wybierać rozwiązania ostatecznego.
Może reagować wcześniej.
Może mówić.
Może szukać wsparcia.
Może zmieniać.
Dlatego uważam, że teza „mężczyźni nie czują, tylko analizują” jest krzywdząca.
Wzmacnia stereotyp i odbiera przestrzeń na człowieczeństwo.
Zatem zachęcam Was, Panowie: nigdy nie jest za późno, aby spotkać się ze sobą, swoją wrażliwością i procesem uczenia wyrażania siebie na różne sposoby.
Od tego jest psychoterapia.
Od tego są męskie kręgi.
Od tego są wartościowe relacje.
Żeby korekcyjnie wrócić do siebie.
Do tego chłopca, który kiedyś potrafił się śmiać, płakać, przytulać i mówić: lubię albo nie lubię, tęsknię, boję się, potrzebuję, chcę...
To jest początek drogi do dojrzałej męskości, która myśli, czuje i reaguje.