Psychoterapeuta - Maja Suwalska-Wąsiewicz

Psychoterapeuta - Maja Suwalska-Wąsiewicz Jestem psychoterapeutką. Pracuję w Łodzi. Uważam, że warto ją popularyzować. Psychoterapią zajmuję się od 2010 roku. Pracuję w nurcie psychodynamicznym.

Psychoterapia dla mnie to nie tylko metoda leczenia, ale i narzędzie do rozumienia świata wewnętrznego, oraz rozwoju i zmiany sposobu myślenia i przeżywania. Obecnie pracuję w jednej z łódzkich poradni oraz w gabinecie prywatnym. Po 5 letnich studiach magisterskich z pedagogiki specjalnej, ukończyłam 4,5 letni całościowy kurs psychoterapii atestowany przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Bliskie jest mi myślenie psychoanalityczne. Pracuję pod stałą superwizją certyfikowanych superwizorów - psychoterapeutów i psychoanalityków.

Nasze „ja” nie jest tak jednorodne, jak czasem się wydaje.Nasz świat wewnętrzny można rozumieć jako scenę, na której wys...
27/03/2026

Nasze „ja” nie jest tak jednorodne, jak czasem się wydaje.

Nasz świat wewnętrzny można rozumieć jako scenę, na której występuje wiele aktorek i aktorów. Każda i każdy z nich ma swój unikalny głos – czasem będący echem ważnych postaci z naszego dzieciństwa, zapisanych doświadczeń albo fragmentem niosącym określone cechy czy stany.
Innymi słowy – to nasze części. To my.

Tak jak w sztuce są aktorzy i aktorki pierwszego, drugiego i dalszego planu, tak i w naszych umysłach. Niektórzy mają poczucie, że bywają różni – że coś się w nich przełącza, jakby czasem przejmowała ich inna wersja samych siebie. Inni nie mają takiej obserwacji albo nie mają przestrzeni, by się nad tym zatrzymać. Być może są silnie zidentyfikowani z jednym głosem.

Psychoterapia daje możliwość, żeby zadawać sobie pytania: „kto to mówi?” i „kto jest teraz na scenie?”. Pozwala przyglądać się naszym różnym twarzom i sprawdzać: czy to na pewno my – a może tylko część nas.
A to z kolei daje większą możliwość wyboru: które części chcemy bardziej, a które mniej wnosić do naszych relacji i naszego życia.

A Ty – kto jest teraz na Twojej scenie?

Fot. Mitia Iwanow z Unsplash


Temat płci i wzajemnych relacji między osobami różniącymi się nią jest bardzo stary.Dominacja, wyższość, uciemiężenie. N...
24/03/2026

Temat płci i wzajemnych relacji między osobami różniącymi się nią jest bardzo stary.

Dominacja, wyższość, uciemiężenie. Nierówność, wykluczenie, niesprawiedliwość, odbieranie praw — to nic nowego.
Czy to między mężczyznami a kobietami; czy między osobami identyfikującymi się jako binarne a osobami niebinarnymi, transpłciowymi, agender, bigender czy genderfluid.
Od wieków jakaś grupa walczy o uznanie. A świat nieustannie przypomina nam, że nie może być zgodnie i w równowadze — tylko w ciągłym konflikcie.

Ale czy przypadkiem te zewnętrzne napięcia nie są wyrazem tego, że w każdej i każdym z nas toczy się jakaś nieuświadomiona wojna — jak pisze Marion Woodman?
W naszych umysłach często rozgrywają się dramaty, w których jedna część nas występuje przeciw drugiej. Po cichu. Nieświadomie.
Dopóki ich nie zauważymy i nie nazwiemy, łatwo pozostać w trybie rozżalenia, pokrzywdzenia i walki.
Ale tej rozgrywanej na zewnątrz — jakby nie dotyczyła nas samych, tylko wiecznie niedopasowujących się społeczności.

"Ludzie (...) lepiej pamiętali jego twarz niż to, kim jest i jak się nazywa".Pan Wyrazisty, bohater opowieści Olgi Tokar...
20/03/2026

"Ludzie (...) lepiej pamiętali jego twarz niż to, kim jest i jak się nazywa".

Pan Wyrazisty, bohater opowieści Olgi Tokarczuk i Joanny Concejo, był ulubieńcem sąsiadów i obserwujących go w mediach społecznościowych. Uwielbiał to, jak wygląda, i zainteresowanie, jakie wzbudzał.

Pewnego razu spostrzegł w lustrze, że jego twarz się rozmywa. Wraz ze wzrastającą liczbą klików jego obraz coraz bardziej się zmieniał. Nie był już tak wyrazisty.
Coraz trudniej było go dostrzec i rozpoznać. Bolało go to — i czuł ogromny wstyd, by wyjść na ulicę.

Wyczytał w internecie, że prawdopodobnie padł ofiarą nowego wirusa. Natrafił też na teorię, że robienie sobie zdjęć pozbawia twarz oryginalnych rysów. "Pan Wyrazisty popadł w czarną rozpacz i przestał wychodzić z domu".

Wpadł na pomysł, że najlepszym rozwiązaniem będzie znalezienie nowej twarzy. Nielegalnie — bo tylko tak się dało. Za wszelką cenę chciał znów być wyrazisty.
Koszt okazał się ogromny. Musiał sprzedać wszystko, co miał, łącznie z mieszkaniem odziedziczonym po rodzicach. Posiadanie wyrazistej twarzy było jednak tak ważne, że cena przestała mieć znaczenie.

Zauroczony swoją nową twarzą szybko odkrył, że inni mają takie same jak on. Jego szczęście zamieniło się w przerażenie.

O czym to może być według Was?
O życiu w internecie i kreowaniu wizerunku?
O potrzebie bycia zobaczonym — przeglądania się w czyichś oczach?
O próbie ukojenia czegoś w środku?
O braku prawdziwej, głębokiej relacji?
A może o wszystkim naraz?
Podzielcie się, jeśli macie ochotę.

Znacie to uczucie — gdy pogłębia się w Was dyskomfort i najchętniej zapadlibyście się pod ziemię? To wstyd.Bardzo niewyg...
17/03/2026

Znacie to uczucie — gdy pogłębia się w Was dyskomfort i najchętniej zapadlibyście się pod ziemię? To wstyd.
Bardzo niewygodne uczucie.

Może występować w różnych stopniach nasilenia i przechodzić w zażenowanie czy zakłopotanie, jednak w swojej pierwotnej postaci jest najsilniejszy i najbardziej dokuczliwy.

Wstyd pojawia się tam, gdzie coś, co miało pozostać niewidzialne, nagle staje się publiczne. Innymi słowy — wstyd zawsze ma kontekst relacyjny. Jest o tym, że ktoś na nas patrzy i widzi nie to, co chcielibyśmy, żeby zobaczył. Trochę tak, jakby ktoś nas na czymś przyłapał.

Dlatego wstyd tak łatwo odbiera nam grunt pod nogami.

Bywa paraliżujący.
Odbiera nam swobodę myślenia, gdy wydaje nam się, że wystawiliśmy się na śmieszność albo się wygłupiliśmy.

Może też być sygnałem, że spotkało nas coś bardzo raniącego i niesprawiedliwego. Ktoś ocenił nasz wygląd albo wypowiedział się z niewybredną krytyką na temat naszych zdolności czy zasobów.

Nic dziwnego więc, że próbujemy się przed nim jakoś bronić.

Czasem motywuje nas do kłamstwa lub założenia maski.
Bo nie chcemy się przyznać, że popełniliśmy błąd. Wolimy stać się wobec tego kimś innym.

W sytuacji, gdy wstydu jest bardzo dużo, może przyczyniać się do tego, że zaczniemy tworzyć oddaloną od rzeczywistości opowieść o sobie — taką, w którą sami w końcu zaczniemy wierzyć. Kreujemy, a nie jesteśmy. Z czasem przestajemy nawet czuć, że używamy masek i tracimy kontakt z prawdą o sobie.

Warto jednak pamiętać, że nie każdy wstyd jest czymś niewłaściwym.
Wstyd bywa też adekwatny.

Gdy czujemy wstyd, może przemknąć nam przez umysł taka myśl, że nie dostaliśmy prawa do zachowania czegoś dla siebie. Albo nie zadbaliśmy sami o to swoje prawo. I nasze granice zostały przekroczone.

A kiedy to uczucie pojawia się często i przez długi czas nam towarzyszy, zaczyna wpływać na coś więcej niż pojedyncze sytuacje. Może przyczyniać się do tego, jak myślimy o sobie i w jaki sposób wchodzimy w relacje z innymi ludźmi.

Czasem warto nie tyle próbować go uciszyć, ale spróbować usłyszeć, co właściwie chce nam o nas samych powiedzieć.






Fot. egorikftp z Unsplash

Bliznowiec to przerośnięta blizna.Rana się zagoiła, ale ciało – jakby nie mogło o niej zapomnieć – wciąż buduje w tym mi...
12/03/2026

Bliznowiec to przerośnięta blizna.
Rana się zagoiła, ale ciało – jakby nie mogło o niej zapomnieć – wciąż buduje w tym miejscu kolejne warstwy tkanki.

Powstaje coś twardego, wypukłego, często bolesnego lub swędzącego.
Ślad po urazie, który zamiast z czasem łagodnieć – rozrasta się.

Zazwyczaj dzieje się tak wtedy, gdy organizm reaguje na uraz zbyt intensywnie. Jakby uznał, że uszczerbek był tak poważny, iż trzeba wysłać więcej sił naprawczych, niż w rzeczywistości potrzeba. U niektórych osób taka skłonność jest biologicznie większa. Znaczenie może mieć także rodzaj urazu.

Przechodząc teraz do tego, co mnie najbardziej interesuje - do naszej psychiki: zdarza się, że i ona reaguje zbyt silnie. Próbuje nas chronić lub zaleczać wewnętrzne rany w taki sposób, który wcale nam nie służy. Zamiast ulgi, jesteśmy obolali. Nie dlatego, że permanentnie los nas doświadcza i ktoś nas rani. Ale dlatego, że nasze próby radzenia sobie z codziennością wpędzają nas w tarapaty.

Mechanizmy obronne uruchamiają się w sytuacji zagrożenia, konfliktu czy narastającego dyskomfortu. Często robią to adekwatnie – i wtedy są bardzo pomocne. Zdarza się jednak, że działają zbyt masywnie i zbyt często. Jak nadmiernie czujni strażnicy strzegący ważnej budowli, którzy podrywają się do alarmu przy najmniejszym szmerze.

Bywa tak dlatego, że kiedyś naprawdę było to potrzebne. W pewnych okresach życia taka czujność mogła nas chronić i pomagać przetrwać trudne doświadczenia. Z czasem jednak ten sposób reagowania może pozostać z nami, nawet gdy okoliczności się zmieniły i nie wymagają już aż takiej mobilizacji. Wtedy mechanizmy obronne zaczynają kosztować więcej, niż dają.

Bliznowce wymagają leczenia.

Podobnie nasza psychika, gdy rozgościły się w niej takie mechanizmy, które nadmiarowo reagują na sytuacje z życia codziennego.

Czasem więc to nie rana najbardziej potrzebuje uwagi, ale sposób, w jaki próbujemy ją zagoić.






Fot. IMJM z Unsplash

Alternatywne światy, równoległe rzeczywistości, nieodkryte krainy - czy nie brzmi to pociągająco?Kuszą, ciekawią, wciąga...
10/03/2026

Alternatywne światy, równoległe rzeczywistości, nieodkryte krainy - czy nie brzmi to pociągająco?

Kuszą, ciekawią, wciągają.
Mogą rozwijać naszą wyobraźnię, zachęcać do własnej kreatywności i dawać dużo dobrego.
Ale - w niektórych przypadkach - mogą też działać destrukcyjnie.
Takim alternatywnym światem są gry.
Mogą być fajną rozrywką, odskocznią i sposobem na krótki relaks.
Ale są również miejscem utknięcia wielu młodych (a może nie tylko młodych?) ludzi. Światem, w którym porażki można ograniczyć do minimum i tworzyć iluzję prawdziwego życia. I to takiego, które jest lepsze. Bo w grach można zapomnieć, że ktoś ma wobec mnie jakieś oczekiwania i wymagania; że jest czas, którego upływ ma dużo szersze znaczenie niż to, czy zdążę przejść dany etap. Można budować przekonanie o własnej wyjątkowości i wszechmocy oraz karmić swój umysł doznaniami zmysłowymi, które nie wymagają wysiłku. Prosto i przyjemnie.

Gry nie są złe. Ale w ich używanie wpisane jest ryzyko. Dla części osób - bardzo poważne. Jeśli alternatywny świat zajął dużo miejsca, wpływ rzeczywistych doświadczeń zostaje ograniczony.

Jeśli dotyczy to młodych osób, niesie ze sobą ryzyko braku wystarczającej możliwości, by rozwinąć poczucie autentycznego Ja. Młody człowiek nie jest przygotowany do stawiania czoła trudom życia. Nie wie jak rozwiązywać konflikty. Nie umie przeżyć stanów wewnętrznych, które są wynikiem poruszania się po wielowymiarowej rzeczywistości - tej naszej, w której realnie coś nam się przytrafia. Jego umysł nie potrafi wystarczająco dobrze trawić złożonych stanów, bo w nich nie uczestniczy. Wobec tego, jak się pojawiają, nie wie, co z nimi zrobić.

Jeśli dorosłych, może podtrzymywać już ukształtowane "fałszywe self" i zachęcać do prowadzenia pseudo-życia. Może hamować rozwój żywej emocjonalności i podtrzymywać tryb wycofania z relacji.

Z czasem alternatywna rzeczywistość zaczyna być łatwiejsza niż prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. I powiększa się ryzyko, że zacznie zastępować życie.








Fot. Beatriz Braga z Unsplash

"Żorż znowu poczuł potrzebę myślenia. Myślał długo i w końcu, ponieważ był dobrym myślicielem, zrozumiał wielką prawdę: ...
05/03/2026

"Żorż znowu poczuł potrzebę myślenia. Myślał długo i w końcu, ponieważ był dobrym myślicielem, zrozumiał wielką prawdę: kiedy ktoś się rodzi, nie wie, kim jest.
No jasne, skąd mamy wiedzieć, kim jesteśmy? Ktoś musi nam to powiedzieć. A jeżeli nikt nam tego nie powie, nie możemy wiedzieć, kim jesteśmy, prawda? Prawda.
Zrozumiawszy tę głęboką prawdę, poczuł się lepiej. I podążył za swoimi myślami. On na przykład wie doskonale, że jest bobrem, ponieważ ojciec powtarza mu codziennie: "Pamiętaj, Żorż, że jesteś bobrem! ".
Kiedy mamy ojca, który każdego dnia koniecznie musi nam powiedzieć, kim jesteśmy, w końcu utkwi nam w głowie – jeszcze jak! – kim jesteśmy, i już się tego nie pozbędziemy. Ale ona, jego biedna przyjaciółka? Kto ma jej powiedzieć, że nie jest kapciem, skoro kapcie nie mówią? A jeśli nikt jej tego nie powie, będzie uważała, że jest kapciem, ponieważ jej matka jest kapciem, a dzieci są podobne do matek. A zatem ona nie może być nikim innym jak tylko kapciem".
Paola Mastrocola - "Powiedz mi, kim jestem".

Piękne, prawda?
Ten fragment pochodzi z książki dla dzieci. Ale - przyznajcie - treść i problematyka zdecydowanie może zaciekawić i poruszyć też dorosłych.
Żorż nie jest zwykłym bobrem. Pewnego razu poczuł, że jest inny. I że nie chce być jak każdy inny bóbr. Nie chce paradować z walizeczką, w której są rozmaite narzędzia każdego szanującego się bobrzego budowniczego, ale chce iść swoją drogą. Chce się odróżnić i być autonomiczny. Chce być sobą. I chyba może sobie na to pozwolić, pomimo niezadowolenia bobrzej wspólnoty, bo otrzymał wcześniej coś bardzo cennego. Jego ojciec wielokrotnie mu mówił kim jest. Patrzył na niego i rozpoznawał go takim, jakim był w swojej istocie. I potem - przekazywał mu to.
Ojciec widział go adekwatnie.
I adekwatnie reagował.

Właśnie dzięki takiej postawie rodziców nabywamy stopniowo przekonania na temat tego, kim jesteśmy. Gdy oni adekwatnie nas widzą i nam o tym mówią.
Żorż to wie. I dlatego jest tak bardzo przejęty, gdy widzi, że jego nowa przyjaciółka jest w błędzie. Przyjaciółka myśli, że jest kapciem. Znalazła się w nim przypadkiem. Był ciepły i miękki. Dał jej poczucie bezpieczeństwa. Pomyślała więc, że jest jej mamą. Jeśli Żorż nie wyprowadzi jej z błędu, będzie wzrastała w poczuciu fałszywej tożsamości. Nie będzie mogła odkryć, kim tak naprawdę jest. Nie będzie mogła poczuć co naprawdę lubi, co jej się podoba, a co nie.
A może nie to jest tak naprawdę istotne? Może zgodzić się na to jak opisuje siebie przyjaciółka, jeśli to jedyny sposób by przynależeć i mieć więź?

Żorż docenia wartość myślenia. Ale nie takiego, kiedy myśli tak intensywnie wypełniają naszą głowę, że tworzą coś na kształt bezładnej plątaniny. I nie takiego, gdy czujemy, że naprawdę jesteśmy mądrzejsi niż inni i trzeba to innym obwieścić. Żorż docenia wartość refleksji. Wie, że znajdując ciszę i przestrzeń do pomyślenia, może poszukać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Wie, że oprócz myśli, spotka wtedy w sobie różne uczucia, które wszystkie razem mogą pomóc rozwiązać pewne problemy. Niekoniecznie jego problemy. Zbliżył się do swojej przyjaciółki. Czuje, że mu na niej zależy i problem, którego ona jeszcze za bardzo nie widzi, poruszył go. Zdaje sobie sprawę, że może on mocno skomplikować jej życie.

Żorż jest trochę jak ktoś, kto miał szczęście być zobaczonym. Dlatego potrafi teraz patrzeć na innych.



Być może w każdym z nas mieszka pamięć bardzo starego konfliktu.Zgłębiając historię ludów Starej Europy i najazdy plemio...
03/03/2026

Być może w każdym z nas mieszka pamięć bardzo starego konfliktu.

Zgłębiając historię ludów Starej Europy i najazdy plemion indoeuropejskich, które wchłonęły i przeobraziły wcześniejsze kultury neolityczne, zastanawiam się nad konfliktem dwóch światów w nas. Jednym, któremu bliżej do troski, uważności, widzenia potrzeb innych (ale nie kosztem siebie) i drugim - w którym dużo jest niepotrzebnej agresji, dominacji i dążenia do władzy.

Czyż nie jest tak, że przesuwamy się między takimi właśnie biegunami i często trudno nam - jednostkom i całym społeczeństwom - pozostawać bliżej tej części, która dba?

Nie wiadomo na pewno, jak wyglądało życie kultur neolitycznych zamieszkujacych Starą Europę. Archeolożka Marija Gimbutas, prowadząc liczne badania, postawiła jednak hipotezy, z których wynika, że mogły to być społeczności nastawione pokojowo. W ich grobach nie znaleziono broni. Swoje domostwa budowali w lasach i nad rzekami, nie fortyfikując ich - jakby nie mieli specjalnych obaw, że coś może im grozić.

Według tej koncepcji żyli w społecznościach matrystycznych, gdzie kobieta i mężczyzna mieli różne role, ale żadna z płci nie dominowała nad drugą, w większej zgodzie z naturą i cyklem życia, który układał się w ciąg: narodziny-śmierć-odrodzenie.

Żeby nie brzmiało to zbyt idealistycznie - na pewno przeżywali lęki, złościli się, kłócili i robili czasem "głupie" rzeczy. Jak każdy.

To, co mnie jednak porusza, to to, że - jak twierdzi Marija Gimbutas - mogli pozostawać w bardziej instynktownej łączności z pewnymi podstawowymi prawdami o życiu. Uważali, że to, co dobre przychodzi z zewnątrz - Ziemię traktowali jak swoją Matkę; kobietę i mężczyznę za równych sobie, a śmierć za część naturalnego porządku.

To przypomina trochę trzy fakty z życia, które wiele tysięcy lat później sformułował brytyjski psychoanalityk Roger Money-Kyrle. Mówił o "dobrej piersi", która jest na zewnątrz, kreatywnej parze rodzicielskiej i nieuchronności śmierci. To takie prawdy, które często trudno nam przyjąć. Wolimy szukać zaspokojenia w sobie, nie przeżywać zazdrości i lęku wobec uznania, że nie wszystko jest dla nas i zaprzeczyć przemijalności, upływowi czasu i śmierci.

Być może w tym sensie nosimy w sobie ślad świata, który zdominował kultury matrystyczne - świata walki o władzę i wpływy. Ludy, które wyparły, wchłonęły i zniszczyły kultury neolityczne, były - w narracji Gimbutas - zorientowane na ekspansję i przemoc. Ich priorytetem było podporządkowywanie sobie i posiadanie. Cóż, nie sposób zaprzeczyć, że mamy wciąż to w sobie.

I tak, to, co bliskie życia i natury, pełne szacunku, dbałości i otwartości zostało zdominowane przez kult samowystarczalności, destrukcyjność i zwrócenie przeciwko życiu. Czy to nie opowieść o każdym z nas? Czy to nie dzieje się wtedy, gdy gonimy za "więcej", widzimy wrogów wokół i wydaje nam się, że wszystko nam wolno? Bez konsekwencji.

Fot. Timon Reinhard z Unsplash

W świecie zwierząt istnieje mnóstwo różnorakich strategii obronnych. Zaciekawiły mnie ostatnio mimetyzm i mimikra. To pi...
26/02/2026

W świecie zwierząt istnieje mnóstwo różnorakich strategii obronnych. Zaciekawiły mnie ostatnio mimetyzm i mimikra. To pierwsze można spotkać u patyczaków i kameleonów i chodzi w nim o to, by upodobnić się do otoczenia. W drugim przypadku zwierzęta upodabniają się do gatunków trujących, jadowitych bądź agresywnych po to, by odstraszyć lub wysłać sygnał ostrzegawczy. W jednym i drugim przypadku biologia tych zwierząt dba o to, by mogły przetrwać.

Pomyślałam sobie, że my ludzie czasem też funkcjonujemy w podobny sposób - nie biologicznie, ale psychologicznie. Miewamy takie obrony, które sprawiają, że zlewamy się z otoczeniem oraz takie, które wysyłają do innych ludzi sygnał, że lepiej omijać nas szerokim łukiem.

Są tacy ludzie, którzy czują się niewidoczni. I tacy, którzy faktycznie tak się prezentują. Niewiele można o nich powiedzieć, są cisi, skryci, nie wiadomo co myślą. Dbają o to, by się nie wychylać, nie wyróżniać; by nie interesować innych swoją osobą. Jakby chcieli dać sygnał: "lepiej, żeby nie było mnie widać". Może być to sposób na unikanie zagrożenia, którym są dla nich inni ludzie. Niekoniecznie realnie. Ale na pewno w ich przeżyciu.

Niestety, takie osoby płacą wysoką cenę, ponieważ często są lub czują się samotne. Potrzeba bezpieczeństwa, którą zapewniają między innymi nasze obrony, jest niezwykle ważna, ale nie jest jedyną istotną potrzebą. Bycie widzianym, przyjętym, możliwość udziału w życiu społeczności również wpływają na nasze dobre samopoczucie. Jednak psychologiczny mimetyzm często stawia te potrzeby ze sobą w konflikcie.

A co z mimikrą?
W świecie zwierząt polegają na niej gatunki bezbronne. Gdyby nie ona, miałyby ogromny problem. A tak, wiele stworzeń nie zbliża się do nich z obawy, by nie zostać pozbawionym życia. Czy u nas jest podobnie? W pewnym sensie tak. Niektóre mechanizmy obronne mogą służyć temu, żeby przed bliskością się zabezpieczyć. Kojarzona z zagrożeniem jest wtedy źródłem lęku i aktywuje postawy, które dla innych stają się sygnałem, żeby trzymać się z daleka. Wydaje nam się wtedy, że mamy do czynienia z osobami "jadowitymi", na które trzeba uważać, bo kontakt z nimi mógłby zaszkodzić. Takie osoby mogą być chłodne, poważne, oficjalne i lakoniczne. Mogą ujawniać mało emocji i być wycofane. Dają sygnał: "tu może być trudno". Jednak faktycznie nie ranią. Przynajmniej nie mają takiej intencji. Swoją nieczułością próbują raczej chronić swoje kruche i delikatne wnętrze, żeby sami nie zostali zranieni.

W relacjach czasem trudno od razu rozpoznać co stoi za „znikaniem w tle” lub groźną pozą i z czym tak naprawdę mamy do czynienia.

Fot. David Clode z Unsplash




Dziś Międzynarodowy Dzień Walki z Depresja. To ważny dzień, bo każe nam się zatrzymać nad tą chorobą i pomyśleć czym ona...
23/02/2026

Dziś Międzynarodowy Dzień Walki z Depresja. To ważny dzień, bo każe nam się zatrzymać nad tą chorobą i pomyśleć czym ona jest. Jednak - wybaczcie - ja osobiście nie lubię tego walecznego nastawienia. I wobec tego niekoniecznie jestem zwolenniczką "walki" z depresją.

Zgadzam się, że złość, z którą bojowe nastawienie może się kojarzyć, w procesie odzyskiwania zdrowia bywa bardzo ważna. Mało tego - w depresji często się rozmywa i jest jedną z tych emocji, które warto oswoić i zrobić dla nich miejsce. Ale zastanawiam się czy można do depresji podejść nieco inaczej niż z nią od razu walczyć.

Wydaje mi się, że depresja - choć okropna i nikomu jej nie życzę - może być czasem jedynym sposobem naszej psychiki, by o czymś nas poinformować.
O tym, że potrzebujemy kogoś bliskiego.
Że nie czujemy się bezpiecznie.
Że zbyt długo wytrzymujemy, powstrzymujemy się i znosimy.
Że trudno nam polegać na innych i z wdzięcznością korzystać z ich wsparcia. Albo że nasze dawne rany nie dostały należytego zaopatrzenia.

Nie chcemy dyskomfortu. Szczególnie, gdy jest on tak dotkliwy jak depresja i długo już trwa. Rozumiem to.
Ale czasem myślę sobie, że może warto - z kimś życzliwym - wsłuchać się w siebie i spróbować zrozumieć, co stoi za tym bólem, który ona przynosi.
Zanim staniemy do walki.
Albo może nawet zamiast.



́wiadomość

Rzeźba "Strata" - Jane Mortimer. Fot. K. Mitch Hodge z Unsplash

Każdy z nas inaczej przeżywa rzeczywistość. I tę zewnętrzną, i wewnętrzną. W związku z tym w odmienny sposób również o n...
19/02/2026

Każdy z nas inaczej przeżywa rzeczywistość. I tę zewnętrzną, i wewnętrzną. W związku z tym w odmienny sposób również o niej opowiada. Swój ból możemy sygnalizować słowami – jeśli znajdujemy odpowiednie – albo całymi sobą: postawą, gestami, mową ciała, sposobem, w jaki mówimy, a czasem też milczeniem.
Jeśli słów brakuje, w gabinecie próbujemy je znaleźć. One pomagają lepiej rozeznać się w naszym wewnętrznym świecie. Są trochę jak podpisy na mapie albo komentarze do niej. Dzięki temu bardziej wiemy, w jakiej Krainie przyszło nam żyć oraz w jakiej obecnie jesteśmy.
Nierzadko zdarza się, że to, co nas uwiera, próbujemy w gabinecie przekazać również naszymi zachowaniami. Nie intencjonalnie, a nieświadomie. Chcielibyśmy inaczej, ale się nie udaje.
Nie mamy pojęcia, dlaczego kolejny raz narasta w nas rozdrażnienie i dążymy do sprzeczki z terapeutą albo wychodzimy z gabinetu przed upływem czasu spotkania. Albo przynosimy terapeucie prezenty i nie rozumiemy, dlaczego on zamiast je przyjmować, próbuje o tym rozmawiać. Czemu, mimo usilnych prób bycia na czas, ciągle się spóźniam? Albo „nie mam o czym mówić”? A czy nad tym, że jestem zawsze miły/miła, naprawdę trzeba się zastanawiać?
Czasem naprawdę brakuje słów, żeby coś wyrazić. Szczególnie wtedy, gdy korzenie naszych postaw tkwią głęboko i sięgają czasów, gdy byliśmy mali. Wtedy nie sposób mieć odpowiednie słowa na wyrażenie tego, jak się czujemy. Ale możemy to pokazać.
I właśnie czasem tak się zdarza, że w ten sposób „mówimy” do terapeuty. Nasza nieświadomość przychodzi nam z pomocą, wnosząc w miejsce, które do tego służy, pewne komunikaty przekazywane w inny niż werbalny sposób. To szansa, by coś uchwycić i zrozumieć. Oraz – być może pierwszy raz – nadać temu znaczenie. Dzięki temu mapa Krainy, o której wspomniałam, staje się coraz bardziej czytelna.

Fot.Michael Pointner z Unsplash

To, czego w sobie nie chcemy czuć,wraca do nas inną drogą.„Natura wystawia nam rachunek, jeżeli nie słuchamy instynktów”...
16/02/2026

To, czego w sobie nie chcemy czuć,
wraca do nas inną drogą.

„Natura wystawia nam rachunek, jeżeli nie słuchamy instynktów”.

Myślę dziś o tym zdaniu Marion Woodman z książki „Uzależnienie od doskonałości”.
Wydaje mi się, że w dzisiejszym świecie wcale nie jest łatwo być blisko swojej natury. Blisko siebie.
Bo to oznacza czucie – zmęczenia, bólu, złości, smutku. I uznanie, że mają prawo w nas pomieszkiwać.
To również zgoda na potrzeby, granice i przyjemności. A z tymi też nie zawsze bywa nam po drodze – choć mogłoby się wydawać, że właśnie z nimi powinno być najłatwiej.
Czucie to czasem dotykanie własnych ograniczeń:
że nie mogę, nie dam rady, nie mam siły, nie wiem, nie umiem.
To bywa przygnębiające.
Ale nie musi zamykać nas ani w depresyjnej niemocy, ani pchać w perfekcję opartą na zaprzeczaniu.
Pierwsze prowadzi do pogrążania się w rozpaczy, drugie – do aroganckiej samowystarczalności.
A obie drogi oddalają od rzeczywistości.
To, od czego się odwracamy – od natury, od ciała, od własnych granic – wraca.
W ciele, w relacjach, w wypaleniu.
Nie po to, żeby nas ukarać.
Po to, żebyśmy wreszcie się wsłuchali.
I posłuchali.

Fot. Alexander Kaufmann z Unsplash

Adres

Warecka 3/403
Łódź
91-202

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psychoterapeuta - Maja Suwalska-Wąsiewicz umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Psychoterapeuta - Maja Suwalska-Wąsiewicz:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria