
30/07/2025
Kolejne spotkania z Wami w gabinecie i kolejne refleksje🤍ku pokrzepieniu serc🙏
Dziwny ten rok.
Jakby ktoś rozciągnął między niebem a piekłem cieniutką nić – i próbował po niej chodzić.
Dziwny ten czas.
Jakby świat co chwilę się zatrzymywał… i za moment znów ruszał – ale w inną stronę.
Jakby życie potrząsało naszymi dniami jak układanką w kalejdoskopie –
robiąc sobie żarty z naszych planów, zamiarów, marzeń.
Cuda mieszają się z chaosem.
Radość z bólem.
Nadzieja z bezsilnością.
Rzeczy piękne przychodzą nagle
– ale tak samo nagle odchodzi spokój,
wrzucając nas prosto w objęcia rwącego nurtu chaosu.
Patrzę.
Zatrzymuję się w pół oddechu.
I próbuję zrozumieć, co to wszystko ma mi powiedzieć.
Obserwuję.
I milknę częściej niż mówię.
Bo chyba nic już nie wiem.
I chyba pierwszy raz tak bardzo przestaję udawać, że jest inaczej.
Chwilami chce się płakać z bólu.
Takiego, który rozsadza mostek.
Który ścina kolana.
Który rozlewa się po ciele jak ciemność, kiedy gaśnie ostatnia iskra.
Chwilami chce się wyć.
Bo ktoś, kogo kochasz – cierpi.
Dlatego, że znowu coś się posypało, że znów trzeba się podnosić, choć brakuje siły.
Dlatego, że dźwigasz wszystko, co tylko się da – ale nikt nie pyta, czy jeszcze dajesz radę.
Z bezsilności wobec zdarzeń.
Wobec słów, które ranią.
Wobec chorób, które zabierają więcej niż tylko zdrowie.
Z samotności, której nie widać z zewnątrz.
Z tęsknoty za kimś, kto był, a już go nie ma.
Z przemęczenia tą samotną walką, którą prowadzisz od lat.
Z tego, że znów trzeba być dzielną – choć w środku już wszystko drży.
Z niezrozumienia, które boli bardziej niż słowa.
Z samotności wśród ludzi.
Ale są też chwile, kiedy płaczesz z wdzięczności.
Z radości, że ktoś albo coś Cię ocaliło.
Bo nagle coś się układa.
Ktoś podaje rękę.
Wraca energia.
Wraca pokój.
Płacze się z radości, bo ktoś powiedział to jedno kluczowe dla Ciebie zdanie, akurat wtedy, gdy miałeś się poddać, może to zdanie ocaliło Ci nawet życie.
Z radości, bo dziecko przytuliło się mocniej niż zwykle i powiedziało „kocham cię”.
Z radości, bo wracasz do domu i wiesz, że czeka na Ciebie ktoś, może kot albo pies – kto jest tylko po to, by przy Tobie być.
Z tego, że ktoś Cię przytulił, kiedy nic nie mówiłaś, ale wszystko było widać.
Bo rozkleiłaś się w autobusie – i nieznajoma kobieta po prostu podała Ci chusteczkę.
Z chwili, kiedy słońce przebiło się przez deszcz – i Ty też poczułaś, że może jeszcze dasz radę.
Chwała Bogu za te cuda.
Za to, że choć świat się wali, to jednak codziennie wstaje słońce.
Za to, że ktoś przychodzi, zanim powiesz, że nie dasz rady.
Za to, że potrafimy się jeszcze czymś wzruszyć, chociaż w głębi duszy świat nas naprawdę boli.
Chwała Bogu za te cuda.
Za każdy ułamek światła, który rozdziera ciemność.
Za każdy oddech, który mimo wszystko jest.
Za sen, który w końcu przychodzi po wielu nieprzespanych nocach.
Za ludzi, którzy pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy wszystko zaczyna się walić.
Za delikatne słowa, które zszywają to, co się rozdarło.
Za gesty, które nie muszą być duże, żeby uratować duszę.
Bo to właśnie te cuda ratują.
Pomagają przetrwać wichry i burze, które spadają znienacka –
na człowieka zupełnie bezradnego.
I wtedy uczysz się jednej z najtrudniejszych rzeczy:
trzymać się, nawet kiedy wszystko inne się rozpadło.
Uczysz się, że czasem wystarczy tylko jedno:
nie wypuszczać nadziei z dłoni.
Bo najciemniej jest zawsze przed wschodem słońca.
A może… właśnie dziś jesteś o ten jeden świt od cudu.