19/12/2020
Erving Goffman, kanadyjski socjolog, autor książki pt."Człowiek w teatrze życia codziennego" poddaje analizie badawczej zjawisko społecznej stygmatyzacji osób napiętnowanych, ich poczucie tożsamości i relacje z osobami "normalnymi". Wynikiem jego badań jest wyróżnienie trzech rodzajów piętna społecznego.
Jako pierwszy rodzaj, Goffman uznał „brzydotę cielesną związaną z deformacjami fizycznymi”.
Kolejny rodzaj, to wady charakteru przypisywane słabej woli, nieujarzmionym bądź nienaturalnym namiętnościom, niebezpiecznym lub dogmatycznym przekonaniom oraz nieuczciwości, na przykład zaburzenia psychiczne, pobyt w więzieniu, nałogi, alkoholizm, orientacja homoseksualna, bezrobocie, próby samobójcze, radykalne zachowania polityczne.
Trzeci rodzaj dotyczy grupowego piętna rasy, narodowości, wyznania przekazywanego z pokolenia na pokolenie i nakładającego jednakową skazę na wszystkich członków rodziny.
Osoby uzależnione od alkoholu, gdyż to o nich mowa, zaliczają się wg autora do drugiej kategorii nosicieli piętna.
Możemy na co dzień obserwować, iż alkoholicy czyli nosiciela piętna, na ogół mają w swoim otoczeniu współczujących im ludzi, traktujących ich jak normalne istoty. Wyróżnione zostały wśród nich, dwie grupy takich osób, są to tzw „swoi” i „zorientowani”.
Ci pierwsi, to najczęściej osoby, które same borykają się z problemem uzależnienia lub pośrednio doświadczają podobnego obciążenia ze względu na uzależnienie swoich bliskich. To dzięki nim osoba chora może mieć poczucie akceptacji i “normalności” .
Grupą drugą są „zorientowani”. To osoby, które z różnych powodów zostali wtajemniczeni w życie jednostek z piętnem, i tym samym są do piętnowanych dobrze nastawieni.
Są to zwykle członkowie rodzin, przyjaciele, profesjonaliści (np. pracownicy sektora leczenia uzależnień). „Zorientowani” przez utrzymywanie kontaktów z napiętnowanymi nie mają łatwo, niejednokrotnie decydując się chociażby na wspieranie piętnowanych, sami zostaną przez otoczenie porzuceni.
Co ciekawe, a trwa to nieprzerwanie od wielu lat, to osoby, które przed podjęciem terapii nie zostały zdyskredytowane, często decydując się na leczenie, zostają naznaczone. Utrzymywany do tej pory, powiedzmy “w tajemnicy” problem tej osoby, zostaje ujawniony po podjęciu terapii. Paradoksem jest to, iż obciążającym człowieka nie jest samo picie, lecz próba jego zaprzestania.
Ważne w tym temacie jest również to, że nastawienie społeczne do terapii uzależnienia jest w większości negatywne. Nierealne wyobrażenia o leczeniu kreują i podtrzymują marginalizację osób potrzebujących leczenia. I tu, wcale nie rzadko, wszelkie formy pomocy bywają niedostępne dla chorego. Wstyd i strach wynikający już z samej ograniczonej w prawdzie świadomości, pozostawionych po piciu zniszczeń wystarczą aby decyzji o leczeniu nie podejmować. Należy pamiętać, że każdy człowiek, w tym uzależniony, czuje, myśli, cierpi, mimo wyrządzonych krzywd - również sobie, ma prawo do uzyskania uczciwej, nieograniczonej pomocy.
W podejmowaniu decyzji o leczeniu istotną rolę odgrywa miejsce zamieszkania. Zgodzicie się pewnie ze mną, że większe obawy przeżywać mogą osoby chociażby mieszkające na wsi. Obawy te dotyczyć mogą stygmatyzacji członków ich rodzin, wyśmiewanie dziecka, dyskryminacji partnera, naznaczenia społecznego.
Nie mniej istotny jest problem leczących się kobiet.
Osobiście jako psychoterapeutka niejednokrotnie byłam pytana z pewną ciekawością i niesmakiem, czy kobiety też przebywają w oddziałach zamkniętych? Znane jest zapewne większości społeczeństwa to, co kobieta powinna...lub nie powinna. Mimo stygmatyzacji leczących się mężczyzn, sytuacja kobiet potrzebujących w tej sprawie pomocy, nie jest prosta. Nikt w tym temacie nie jest bohaterem ani wyrzutkiem i płeć nie ma tu żadnego znaczenia.
Niejednokrotnie sami utrudniamy sobie życie. O ile łatwiejsze byłoby współżycie z ludźmi, gdyby człowiek, który jest chory przewlekle, nie musiał się ze swoją tożsamością ukrywać lub afiszować. Moim zdaniem nie ma potrzeby ogłaszania całemu światu, że jest się alkoholikiem lub, że ktoś choruje na nowotwór, to są bardzo osobiste rzeczy każdego z nas.
Prócz tego co opisałam powyżej, stygmatyzacja przenosi się na budowanie negatywnego odbioru pracowników związanych z psychoterapią uzależnień.
Osobiście mam w swoim doświadczeniu kierowane do mnie oceny związane z podjęciem decyzji o pracy z uzależnionymi ludźmi. Uważano to za degradację zawodową, za bycie w części odpowiedzialną za pomaganie ludziom, którym nie chce się pracować, których nazywano darmozjadami, którzy pochłaniają przecież ogromne fundusze, tak niezbędne np. dla chorych “naprawdę”. Takie opinie identyfikuję jako marginalizujące, piętnujące i umniejszające randze wykonywanego zawodu oraz podważające konieczność udzielania pomocy osobom uzależnionym.
W ocenie terapeutów, przejawem stygmatyzacji związanej z pracą z osobami uzależnionymi jest gorsze traktowanie ich w strukturach Służby Zdrowia.
Stygmatyzacja metod leczenia uzależnień jest podobna do opinii społecznej wobec osób uzależnionych – potrzeby psychoterapii są marginalizowane i dyskryminowane. Przykro mi, że jest tyle cierpienia na świecie, jednak każdy wg mnie ma prawo godnie z tym cierpieniem sobie radzić. Uważam, że osoby uzależnione nie mają w tej sprawie mniej do powiedzenia i nie odpowiadają za to co złe, i niechciane na świecie.
Przekonanie, że leczenie osób uzależnionych nic nie daje, ma naprawdę “długą brodę”. Warto zadać sobie pytanie, który z oddziałów szpitalnych ma 100% gwarancje na wyleczenie, szczególnie chorych przewlekle. Może warto rozpoznać swoje przekonania w tym temacie i spojrzeć na człowieka przez pryzmat jego osobistej historii?.