30/04/2026
Judith Viorst o psychicznym wzrastaniu, dojrzewaniu, które autorka wiaże z porzucaniem iluzji, wizji, nierealnych oczekiwań. Z procesem godzenia się na straty i żegnaniem pewnych sytuacji, wyobrażen, fantazji.
Człowiek zdrowieje nie tylko przez to, co zdobywa - autonomię, świadomość, zdolność kochania - ale także przez to, z czego musi zrezygnować. Rozwój wymaga żałoby. Każdy istotny krok ku dojrzałości jest jednocześnie rozpadem jakiejś wcześniejszej iluzji o sobie, o innych i o świecie.
Najwcześniejszą utratą jest utrata fantazji o pełni. Niemowlę żyje początkowo w doświadczeniu niemal narcystycznej wszechmocy: potrzeba i jej zaspokojenie wydają się jednym procesem. Głód pojawia się - pojawia się także i pierś. Późniejsze życie to często długie i bolesne wychodzenie z tego stanu. Zdrowienie wymaga zgody na fakt, że świat nie będzie odpowiadał na wszystkie nasze pragnienia. Inni ludzie nie istnieją po to, by nas regulować, uspokajać i nieustannie potwierdzać naszą wartość. Dojrzałość zaczyna się tam, gdzie kończy się marzenie o idealnym dopasowaniu między mną a rzeczywistością.
Dlatego człowiek, który naprawdę wzrasta, musi utracić iluzję wyjątkowości rozumianej narcystycznie. Freud zauważał, że ego nie jest „panem we własnym domu”. To jedno z najbardziej bolesnych odkryć psychiki: nie jesteśmy całkowicie racjonalni, przejrzyści dla siebie ani autonomiczni. Kierują nami konflikty, nieświadome powtórzenia, dawne lęki i pragnienia. Zdrowienie nie polega więc na osiągnięciu pełnej kontroli nad sobą, ale na porzuceniu fantazji o takiej kontroli. Człowiek często cierpi właśnie dlatego, że nie potrafi zgodzić się na własną ambiwalencję i ograniczoność. Chciałby być całkowicie dobry, całkowicie kochany, całkowicie niewinny. Tymczasem dojrzewanie oznacza zgodę na wewnętrzną sprzeczność.
Melanie Klein pisała, że rozwój psychiczny dokonuje się poprzez przejście od rozszczepienia do integracji. Małe dziecko dzieli świat na „dobry” i „zły”: dobra matka daje ukojenie, zła matka frustruje. W dojrzałości trzeba utracić tę prostą organizację rzeczywistości. Zdrowie psychiczne wymaga uznania, że ten sam człowiek może kochać i ranić, dawać bezpieczeństwo i budzić gniew. Utrata czarno-białej wizji świata jest bolesna, ponieważ odbiera psychiczną prostotę. Ale dopiero wtedy możliwa staje się prawdziwa miłość - taka, która nie idealizuje, lecz widzi drugiego człowieka jako istotę oddzielną, niepełną i realną.
Jedną z najtrudniejszych strat jest utrata obrazu idealnych rodziców. Moment dojrzewania wiąże się z odkryciem, że rodzice nie byli wszechmocni, sprawiedliwi ani kompletni. Dla wielu osób to odkrycie przychodzi bardzo późno - czasem dopiero w terapii. Dorosłość psychiczna wymaga wyjścia z pozycji dziecka oczekującego ostatecznego uznania, pełnego zrozumienia lub naprawienia dawnych braków. Dopóki człowiek czeka, aż ktoś wreszcie da mu wszystko, czego nie dostał, pozostaje uwięziony w infantylnej strukturze pragnienia. Paradoksalnie zdrowienie zaczyna się często wtedy, gdy jednostka godzi się, że pewnych rzeczy już nigdy nie otrzyma.
To właśnie dlatego psychoterapetutycznie często wiążemy rozwój z żałobą. Żałoba nie dotyczy wyłącznie śmierci osób. Można przeżywać żałobę po utraconym dzieciństwie, po własnym wyobrażeniu siebie, po niespełnionych możliwościach, po relacji, która nigdy naprawdę nie istniała poza fantazją. Człowiek neurotyczny często nie potrafi żegnać się z tymi fantazmatami. Kurczowo trzyma dawne obrazy siebie: genialnego, niewinnego, wyjątkowego, wiecznie skrzywdzonego albo przyszłego triumfatora. Tymczasem wzrost wymaga śmierci kolejnych wersji własnego „ja”.
Donald Winnicott pisał, że jednym z fundamentów zdrowia jest zdolność do bycia samemu. Aby ją osiągnąć, trzeba utracić kompulsywną zależność od spojrzenia innych. Niedojrzała psychika nieustannie pyta: „czy jestem wystarczający?”, „czy jestem kochany?”, „czy istnieję w oczach drugiego?”. Dojrzałość nie oznacza obojętności wobec relacji, lecz osłabienie desperackiej potrzeby potwierdzania siebie przez innych ludzi. Człowiek zdrowiejący zaczyna istnieć także wtedy, gdy nie jest podziwiany, ratowany ani nieustannie widziany.
Istnieje też utrata bardziej egzystencjalna: utrata złudzenia, że cierpienie można całkowicie usunąć. Współczesna kultura obiecuje permanentny dobrostan, lecz psychoanaliza jest znacznie bardziej tragiczna. Freud uważał, że konflikt jest nieusuwalnym elementem życia psychicznego. Miłość zawsze niesie ryzyko utraty, autonomia rodzi samotność, wybór oznacza rezygnację z innych możliwości. Zdrowie psychiczne nie polega na eliminacji cierpienia, ale na zwiększeniu zdolności do jego przeżywania bez rozpadu osobowości. Człowiek dojrzalszy nie cierpi mniej - cierpi bardziej świadomie.
Rozwój psychiczny przypomina bardziej proces obumierania niż triumfalnego wzrostu. Musi umrzeć dziecko przekonane o własnej centralności. Musi umrzeć fantazja o doskonałej miłości bez frustracji. Musi umrzeć nadzieja na życie wolne od ambiwalencji, zależności i straty. Ale właśnie te „śmierci” tworzą przestrzeń dla czegoś dojrzalszego: zdolności do realnej bliskości, do pracy, do odpowiedzialności za siebie, do tolerowania niepewności.
Psychoanaliza nie obiecuje szczęścia rozumianego jako permanentna satysfakcja. Obiecuje raczej możliwość bardziej prawdziwego życia. A prawdziwe życie zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje bronić swoich iluzji za wszelką cenę.
Za: Marta Różyłowicz