W kontakcie - Monika Kliber psychoterapia Gestalt

W kontakcie - Monika Kliber psychoterapia Gestalt Profesjonalne wsparcie psychoterapeutyczne dla dorosłych. Białystok oraz online.

02/02/2026

Zainspirowana codziennością i popularnością sprzedawania siebie, swoich wglądów z własnej terapii w sieci itp.

​ Głód pewności.
Dlaczego uciekamy od faktów w objęcia iluzji?

​W kulturze zdominowanej przez szybkie rozwiązania, rzetelna, akademicka wiedza staje się towarem deficytowym, ponieważ jej fundamentem jest zgoda na niepewność. Jako ludzie rzetelnie boimy się niewiedzy – bo niewiedza to bezbronność. Prawdziwa wiedza zawiera się w niewiedzy, chociaż wiele razy słyszałam, że to ego , że to racjonalizowanie. Znowu pomieszanie znaczeń. Jak ludzie, którzy nie mają rzetelnej wiedzy psychologicznej mają się w tym bełkocie odnaleźć.

W obliczu bólu, duszności czy lęku, nasz system nerwowy wpada w panikę, a my desperacko szukamy czegokolwiek, co nada temu chaosowi sens. I pod ręką jest fb, tic tok, Instagram, AI, świadectwa,,ozdrowionych" influenserów. No bo przecież na terapię, po poradę nie idzie się dostać. Trzeba czekać :( być w niepewności.

Neurobiolog ​Karl Friston w swojej hipotezie wolnej energii (Free Energy Principle) wskazuje, że mózg to maszyna dążąca do minimalizacji niepewności. Nieznane kosztuje nas zbyt wiele energii i zalewa system kortyzolem!!!

Aby uciec przed tym napięciem, uruchamiamy to, co Arie Kruglanski nazywa potrzebą domknięcia poznawczego. To niemal fizyczny głód posiadania jakiejkolwiek odpowiedzi – nawet jeśli jest ona absurdalna, jak "cierpienie jako lekcja". Takie lekcje winny otwierać oczy na zło, manipulacje , na prawdę. Wybieramy jednak dopaminową ulgę płynącą ,,ładnych , chwytliwych tekstów zamiast trudu lojalności wobec surowych, biologicznych faktów jak ból wynikający z porzucenia, zdrady. Ból , który jest do przeżycia tylko dlatego , że jest adekwatny i , że kolejnym razem alarm zawyje wcześniej.
Kiedy jednak ,,odrabiamy lekcje" naklejamy dopaminowy plaster, a teorie pseudopsychologii rosną w siłę. Bo w końcu wiadomo po co jest cierpienie , ból. W końcu ktoś oferuje, a właściwie to sprzedaje Pewność. Proces psychoterapii etyczny i profesjonalny zawiera się w tolerancji niewiedzy i dążeniu do dojrzałości. Tego się nie kupi. To trzeba doświadczyć.

​Właśnie w tym punkcie neurobiologia spotyka się z psychoanalizą, która mnie niezmiennie zaciekawia. Wilfreda Bion uważał, że rozwój zależy od zdolności do przebywania w stanie czystego badania, bez narzucania rzeczywistości gotowych ram. To stawia ogromne wymagania nie tylko przed pacjentami , ale i przed psychoterapeutami. Rzetelna pomoc nie polega na dawaniu gotowych interpretacji, które karmią nasz głód pewności, ale na wysokiej tolerancji na niewiedzę. Terapeuta, który zamiast pomieścić lęk pacjenta, zalewa go własnymi teoriami, rzetelnie uniemożliwia proces prawdziwego wglądu.

​Dążenie do zdrowia psychicznego wymaga od nas rzetelnego buntu przeciwko własnym mechanizmom obronnym. Musimy nauczyć się wybierać kortyzolowy dyskomfort niewiedzy zamiast importować cudze, "oświecone" drogi na skróty. Autonomia zaczyna się tam, gdzie przestajemy zagłuszać lęk fałszywą pewnością i zaczynamy rzetelnie badać fakty naszej biologii i psychiki.

To droga bez fajerwerków, wymagająca pokory wobec tego, co nieznane, ale jako jedyna oferuje fundament, którego nie zburzy pierwszy lepszy kryzys rzeczywistości.

Rzeczywistość w jakiej żyjemy oferuje dopaminowy haj. I mam wrażenie, że to nie jest już używanie szkodliwe tylko uzależnienie. Więc jak z wiedzy o uzależnieniu wynika niestety straty ,muszą przewyższyć korzyści. Potem detoks . I okrutna , ale jednak prawda , że nie ma recepty. Jesteśmy tylko my ludzie z naszą biologią i psychiką. Potrzebujemy lustra , aby się zobaczyć , a nie idola, mentora.

Wioletta Bednarczyk

Autorka zdjęcia Karolina Lewandowska
które zaprasza mnie do refleksji , że pereł się nie wydobywa, perły dojrzewają , żeby ujrzał je świat . To jednak intymny proces, na którego efekty trzeba poczekać.

22/01/2026

❕JAK OPOWIEDZIEĆ NIEWYPOWIEDZIANE - JĘZYKI, KTÓRYMI MÓWIĄ PACJENCI KLIENCI (PSYCHO)TERAPII❕
Kosmiczny porządek: Astrologia, czyli szukanie siebie w gwiazdach.

Kiedy w moim gabinecie zaczęli pojawiać się Klienci, którzy mówiąc o sobie podawali znak zodiaku, nie bardzo wiedziałam, co z tym faktem zrobić. To było w zamierzchłych czasach, gdy mój racjonalizm a wraz z nim wierność nauce były, hmmmmm, znacznie większe niż dziś. Byłam wtedy wyznawczynią psychologii. Albo Gestaltu. Wymiennie.

No bo jak tutaj pracować z Osobą, która swoją tożsamość buduje wokół tego, że jest spod znaku Wagi, Lwa czy Koziorożca? Jeszcze trudniej, gdy jest to podstawa jej przynależności: „My ryby tak mamy”. A już najtrudniej, gdy bez osobistego astrologa nie jest w stanie podjąć żadnej życiowej decyzji a zły horoskop w plotkarskim czasopiśmie może wywołać atak paniki. Były wśród tych osób również takie, dla których pobyt wśród gwiazd i planet był bezpieczniejszy niż wśród ludzi. Albo był nawet jedyną opcją.

Stopniowo jednak zaczynałam słuchać i docierało do mnie to, jak moi Klienci wiele informacji o sobie w ten sposób mi przekazują. Sięgnęłam po źródła i okazało się, że gazetowe horoskopy to jedno ale sama astrologia jest bardzo skomplikowanym systemem narracyjnym, który może znakomicie porządkować wszystkie sfery życia. Zrozumiałam, że od wieków pełni ona funkcję systemu symbolicznego, za pomocą którego ludzie próbują opisać siebie, swoje relacje i miejsce w świecie. We współczesnym kontekście terapeutycznym pojawia się więc ona nie tyle jako narzędzie predykcyjne, ile jako język narracyjny, umożliwiający Klientom opowiedzenie o wewnętrznych konfliktach, cechach temperamentu i powtarzających się wzorcach życiowych.

I tak dotarło do mnie, że dla wielu Osób horoskop staje się pierwszą mapą, dzięki której mogą nazwać to, co wcześniej było jedynie niejasnym doświadczeniem psychicznym lub cielesnym.

Z perspektywy psychologicznej astrologia działa jako system projekcyjny. Klient, odnosząc się do symboliki planet, znaków czy aspektów, projektuje na nie własne cechy, potrzeby i konflikty wewnętrzne. Mechanizm ten jest dobrze znany psychologii głębi i ma wiele wspólnego z pracą z archetypami oraz narracją symboliczną. Astrologiczne opisy często dostarczają Osobom języka do mówienia o:
▪ ambiwalencjach osobowości,
▪ sprzecznych potrzebach (np. bliskość–autonomia),
▪ cykliczności stanów emocjonalnych.
W kontekście traumy astrologia bywa również próbą przywrócenia poczucia sensu i porządku w świecie, który doświadczany jest jako chaotyczny lub nieprzewidywalny.

W nurcie jungowskim astrologia bywa rozumiana jako jeden z systemów symbolicznych, który pozwala na kontakt z nieświadomością zbiorową i archetypami. Carl Gustav Jung sam interesował się astrologią, traktując ją nie dosłownie, lecz jako narzędzie synchronistyczne, pomocne w rozumieniu dynamiki psychicznej.
Z kolei podejścia humanistyczne i Gestalt koncentrują się nie na prawdziwości horoskopu, lecz na doświadczeniu Klienta w kontakcie z nim. Pytanie terapeuty nie brzmi: „Czy to prawda?”, ale: „Co dla Ciebie znaczy to, że tak siebie opisujesz?”
W terapii poznawczo-behawioralnej astrologiczna narracja może z kolei być analizowana jako zestaw przekonań, które wpływają na schematy myślenia i zachowania. W tym ujęciu istotne jest rozpoznanie, czy narracja astrologiczna wspiera elastyczność psychologiczną, czy raczej ją ogranicza.

Niestety, ten sposób opisywania siebie i świata niesie ze sobą również wiele zagrożeń. Astrologia przestaje być wspierającym językiem w momencie, gdy zaczyna:
1️⃣ Zastępować podejmowanie odpowiedzialności za decyzje.
2️⃣ Utrwalać sztywną tożsamość („taki/a już jestem”).
3️⃣ Wzmacniać poczucie bezradności wobec życia.
Z perspektywy klinicznej szczególną ostrożność należy zachować w pracy z Osobami po doświadczeniach traumatycznych, u których astrologia może pełnić funkcję unikania kontaktu z realnym cierpieniem (bypass) lub służyć regulacji lęku kosztem sprawczości.

Niemniej jednak astrologia, rozumiana jako język symboliczny, może być wartościowym materiałem do wykorzystania w procesie terapeutycznym: pod warunkiem, że nie staje się dogmatem. Dla terapeuty kluczowe jest nie ocenianie tego języka, lecz rozumienie, jaką funkcję pełni on w psychice Klienta.
Zadaniem terapii nie jest więc odebranie znaczeń, lecz pomoc w ich integracji i weryfikacji, tak aby Klient mógł stopniowo przechodzić od zewnętrznych map do własnego, wewnętrznego kompasu.

Pięknie o naszych najstarszych.
21/01/2026

Pięknie o naszych najstarszych.

18/01/2026

Terminu neuroodmienny (ang. neurodivergent) użyła po raz pierwszy aktywistka Kassiane Asasumasu w 2000 roku, obejmując nim WSZYSTKIE osoby, których mózgi, układy nerwowe funkcjonują w sposób odbiegający od dominujących norm społecznych (nie norm biologicznych). Niezależnie od tego, czy owe różnice w funkcjonowaniu są nabyte, wrodzone, uwarunkowane genetycznie czy sytuacyjnie.

Pod pojęciem neuroodmienności nie kryje się zatem jedynie autyzm, ADHD, auDHD, ale także m.in. mózg po traumie, dysgrafia, dysleksja, układ nerwowy osoby po doświadczeniu migracji, uchodźstwa, wykorzenienia, sposób funkcjonowania w przypadku Alzheimera, Parkinsona czy osoby po długotrwałej hospitalizacji, inne stany nabyte, sytuacyjne lub zmienne w czasie.

Kluczowe jest to, jak dany człowiek funkcjonuje w relacji do świata zaprojektowanego pod wąski i subiektywny zestaw norm, a nie to, czy jej doświadczenie da się wpisać w konkretną, aktualną klasyfikację medyczną.

Nie istnieje „neurotypowy mózg” jako fakt biologiczny. Istnieje natomiast społecznie uprzywilejowany sposób funkcjonowania, który został uznany za domyślny, produktywny (kłania się kapitalizm), użyteczny, jedyny właściwy, racjonalny i „normalny”.

Wszystko, co się w nim nie mieści, bywa medykalizowane, dyscyplinowane, korygowane, terapeutyzowane i wykluczane.

Podkreślę jeszcze raz: nie istnieje jeden, wyraźnie odrębny, biologiczny typ mózgu, który można naukowo wskazać jako „neurotypowy” w sensie esencjalnym. To, co rzeczywiście istnieje w biologii, to:
• ciągłe spektrum różnic w budowie i funkcjonowaniu mózgów,
• statystyczne rozkłady cech (np. uwagi, pamięci roboczej, reaktywności emocjonalnej, sensoryczności),
• wysoka plastyczność mózgu (zmiany w czasie, pod wpływem doświadczeń, stresu, traumy, choroby, kultury).
Biologia nie wyznacza jednej naturalnej granicy, po której stronie jest „normalność”, a po drugiej „odchylenie”. Granice te są nakładane interpretacyjnie i zależą od uwarunkowań społecznych, historycznych, politycznych, ekonomicznych i stanu wiedzy.
W skrócie:
nauka opisuje różnorodność
a społeczeństwo decyduje, która część tej różnorodności zostaje uznana za normę, a która za zaburzenie.

I uwaga!
Ograniczanie neuroodmienności wyłącznie do „zaburzeń neurorozwojowych” jest sprzeczne z fundamentalnymi założeniami tego paradygmatu. To próba zachowania starego, patologizującego, przemocowego, ableistycznego myślenia przy użyciu nowego, na pierwszy rzut oka bardziej inkluzywnego języka.

Jeśli zatem używamy słowa „neuroodmienny” do zawężania i wykluczania, to tak naprawdę używamy go wbrew jego sensowi.

Paradygmat Neuroodmienności domaga się radykalnej zmiany w ramach status quo i zaprasza do przedefiniowania pojęć inkluzji, władzy i możliwości.

⁉️Gdyby społeczeństwo było zaprojektowane inaczej, czy neuroodmienność w ogóle istniałaby jako odrębna kategoria?❓️❓️

A na koniec słowa auDHDowej aktywistki Ellie Middleton (ona/jej):

"Niezwykle ważne jest również, aby pamiętać, że wiele rzeczy, za które się obwiniamy, i standardów, którymi się przejmujemy, to tak naprawdę głupstwa. Żyjemy w zachodnim społeczeństwie, niezwykle neuronormatywnym, co oznacza, że mamy tendencję do traktowania neurotypowych sposobów bycia, pracy i funkcjonowania jako „normy”, a każdy inny sposób uważamy za „zły” lub „niewłaściwy”. To po prostu nieprawda, ale te neuronormatywne standardy mogą nas zwodzić i sprawiać, że w to uwierzymy, a w konsekwencji będziemy się wstydzić, stawiać sobie nierealistyczne wymagania lub robić rzeczy w określony sposób, bo czujemy, że „powinniśmy”, a nie dlatego, że ma to jakikolwiek sens".



W komentarzu namiary na wartościowe teksty w tym temacie, do których sięgnęłam, pisząc ten post

06/01/2026

Nauka często postrzegana jest jako ostateczny arbiter prawdy, a jej ustalenia traktuje się jako niepodważalne (kto śmiałby dyskutować z odkryciami naukowców?). Jednak nie zawsze tak było, a co więcej – wcale tak nie musiało się stać.

Obecna hegemonia nauki to produkt długiego i burzliwego procesu historycznego, w którym inne systemy wiedzy były stopniowo wypierane lub pozbawiane wiarygodności.
Rozwój współczesnej nauki to nie tylko pasmo przełomowych odkryć porządkujących nasz obraz świata. To także proces selekcji i hierarchizacji różnych metod zdobywania wiedzy, spośród których nieliczne – te najbardziej uprzywilejowane przez państwo i pieniądz – zyskały status naukowych.

Od końca XVIII wieku metoda naukowa miała wiatr w żaglach, ponieważ idealnie wpasowywała się w racjonalny, biurokratyczny model ówczesnego państwa. Państwo, dążąc do rozszerzenia swoich wpływów, gromadziło wiedzę i wymagało specjalistycznego wykształcenia urzędników. Panowało przekonanie, że chłodne, biznesowe nastawienie i racjonalne badania pozwolą rozwiązać każdy problem.

Czy można inaczej?
Tak, na przykład patrząc dwojgiem oczu, jak Mikmakowie. Zgodnie z tą ideą, patrząc jednym okiem, powinniśmy czerpać z mocy wiedzy tradycyjnej, używając drugiego – z mocy wiedzy zachodniej.

Mikmakowie to rdzenni mieszkańcy pogranicza Stanów Zjednoczonych i Kanady. Ich widzenie dwuoczne (Etuaptmumk) wynika z fundamentalnego założenia, że wiedza jest zawsze częściowa, a każda prawda subiektywna. Właśnie dlatego to, czego nie wiemy, staje się integralną częścią samej wiedzy.

*
To fragment tekstu Klaudii Khan. Całość można przeczytać na papierze, w nowym numerze „Przekroju”. Zamów na przekroj.org

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

26/12/2025

Czas świąt Bożego Narodzenia w perspektywie jungowskiej można odczytać jako moment, w którym niebo zbliża się do ziemi, a to, co kosmiczne, przemawia do ludzkiej psychiki poprzez symbol.

Gwiazda betlejemska nie jest tylko znakiem zewnętrznym. W języku Junga gwiazda to obraz Jaźni – centralnego punktu psychiki, który świeci, gdy ego gubi drogę.

Pojawia się w nocy, w czasie dezorientacji i ciemności, tak jak symbole Jaźni wyłaniają się w momentach kryzysu, przejścia, wewnętrznej zimy.

Nie prowadzi do władzy ani triumfu, lecz do stajenki – miejsca prostoty, kruchości i narodzin nowego sensu.

Relacja człowieka z gwiazdami jest jedną z najstarszych relacji psychicznych. Zanim człowiek nauczył się wyjaśniać świat, wpatrywał się w niebo i projektował na nie własne doświadczenie wewnętrzne.

Gwiazdy były mapą duszy: stałe, a jednak odległe; wieczne, a jednocześnie niedostępne. W jungowskim sensie są one obrazami archetypowymi – nośnikami porządku, sensu i transcendencji. Patrząc w gwiazdy, człowiek nie uciekał od siebie, lecz szukał siebie głębiej.

Boże Narodzenie przypomina, że sens nie rodzi się w pełnym świetle świadomości, lecz w nocy. Gwiazda nie usuwa ciemności – ona ją rozświetla.

Podobnie Jaźń nie likwiduje chaosu życia, lecz nadaje mu kierunek. Człowiek nie ma stać się gwiazdą, ale nauczyć się iść za jej światłem, nawet jeśli nie rozumie jeszcze drogi.

W tę noc warto zapytać nie tylko, gdzie jest gwiazda, ale też: co we mnie chce się narodzić, gdy odważę się spojrzeć w ciemność i podążyć za wewnętrznym światłem?

Boże Narodzenie to nie sentymentalna opowieść, lecz archetypiczny moment: spotkanie ziemskiego „ja” z niebiańskim porządkiem sensu. Gwiazda wciąż świeci – pytanie, czy jeszcze potrafimy ją zobaczyć.

📷 Pinterest

Niech ten czas Świąt Bożego Narodzenia przyniesie choć chwilę lekkiego oddechu, opadnięcia ciała w odpoczynku, śmiechu i...
24/12/2025

Niech ten czas Świąt Bożego Narodzenia przyniesie choć chwilę lekkiego oddechu, opadnięcia ciała w odpoczynku, śmiechu i dostrzeżenia tego, co znika w pośpiechu codzienności.

Dobrych Świąt!!!

17/12/2025

Therapists say that “therapy-speak” has invaded their patients’ sessions and lives—and it’s making things difficult on everyone, Olga Khazan reports. https://theatln.tc/SGJZv553

“Gaslighting” and “love-bombing” are just two of the terms that couples therapists told Khazan their clients are misusing, typically after seeing descriptions of the ideas on social media. But according to the therapist Terry Real, no phrase is used as frequently as this one: “I’m the spouse of a narcissist.”

“True narcissistic personality disorder is marked by, among other traits, an abnormally high sense of self-importance and a lack of empathy,” Khazan explains. “And in reality, it’s very rare.”

Still, the therapists Khazan spoke with said that their clients seem very sure this unusual diagnosis must apply to their spouse. “People are incredibly confident in these conclusions and are not curious, are not open to discussing them and figuring out if they’re accurate,” another therapist told Khazan. “They’re coming in as the experts.”

“Most of the therapists I spoke with said they are glad that people are learning more about mental health,” Khazan continues. But “before the advent of social media, people picked up these ideas in self-help books, psychoanalysis, and pop culture.” Now, therapists say, too many people are getting sucked into online posts about pop-psych concepts—and they misapply them to their own relationships.

“Spouses’ attempts to diagnose each other can become a problem in couples’ sessions, these therapists said, because they distract focus from the dysfunctional patterns that both members of the couple are likely perpetuating,” Khazan writes. As one therapist told her, these labels can, in effect, say: “I’m not gonna change anything about our relationship. You have to change your personality or change all your behaviors to stay with me.”

But therapy-speak language appears to be here to stay. “‘I’ve got issues,’ which originated decades ago as a psychological euphemism for ‘I’ve got problems,’ is now so much a part of the lexicon that it no longer registers as originating in therapy,” Khazan writes. “Perhaps ‘gaslight’ and ‘narcissist’ are headed there too.”

📸: George Marks / Getty

07/12/2025

K O L U Z J A
ZRANIENI W DZIECIŃSTWIE SIĘ PRZYCIĄGAJĄ.

I utykają w związkach koluzyjnych
• Agnieszka Wrzesień: „Mój partner wreszcie da mi to, czego całe życie szukałam, sprawi, że moje życie będzie pełniejsze. Przecież jesteśmy jak dwie połówki jabłka" – często myślimy tak, wchodząc w nowy związek. Skąd w nas oczekiwania, że druga osoba uleczy nasze życie?

• Justyna Dworczyk: Połówki… Nie jestem entuzjastką tego porównania, ale zostawmy jabłka. Początkiem takiego wyobrażenia jest intensywne poczucie braku i nieustępliwa nadzieja, że można go zniwelować przez odpowiedni dobór partnera. Jednak trzeba wyraźnie zaznaczyć, że nie każda osoba może zostać obsadzona w takiej roli. Musi spełniać odpowiednie warunki. I nie zawsze musi to być partner, tak sformułowane oczekiwanie można kierować także w stronę potencjalnej partnerki. Żeby jednak znaleźć odpowiedź na twoje pytanie, należy się starannie skonfrontować z tym, czego deficyt mamy, skoro poszukujemy dopełnienia, i na co jesteśmy chorzy, skoro poszukujemy kogoś, kto ma nas uleczyć.

• Jakie to mogą być deficyty?

• Do najczęstszych potrzeb niezaspokojonych w dzieciństwie mogą należeć: czuła, troskliwa opieka, poczucie bycia utulonym, zachwyt i podziw w nieograniczonych ilościach. Jako dzieci uwielbialiśmy widzieć „błysk zachwytu w oczach matki" (autorem określenia jest znakomity psychoanalityk Heinz Kohut), i to niezależnie od tego, czy pokazywaliśmy jej jakieś wybitne osiągnięcie, czy niezgrabnego fikołka. To jest to ciągłe: „Mama! Mama! Patrz! Patrzysz?". Do tego dodałabym poczucie bezpieczeństwa, oczekiwanie, że ktoś nie tyle się mną zaopiekuje, ile uchroni mnie przed wszelkimi zagrożeniami. I na koniec – dość nieokiełznane pragnienie stworzenia idealnie zespolonej, harmonijnej pary.

Czasem wchodzimy w dorosłość z całym pakietem niedoborów, które zapisały się w nas jako domagające się spełnienia marzenia. Wcześniej kierowaliśmy je do naszych opiekunów, głównie matek – ze względu na to, że część tych pragnień pochodzi z bardzo wczesnego okresu, kiedy najsilniej związani byliśmy właśnie z matką. Niektórzy przeżywają to jak chorobę, tak jakby coś ich bolało, czują się chorzy i udręczeni. Dlatego, kiedy na horyzoncie pojawia się osoba, którą rozpoznają jako potencjalnego kandydata do uzupełnienia tych braków, nad jej głową pojawia się niczym świetlista łuna zapowiedź nieuchronnego końca tej udręki i początku idylli.

Pierwsze chwile takich spotkań bywają opisywane przez partnerów jako rażenie piorunem, iskrzenie, przenikanie, pokrewieństwo dusz, przeznaczenie, odnalezienie pasującej właśnie do nas wspomnianej, mitycznej połówki. Partnerzy nie wiedzą, niestety, że prawdopodobnie będą tworzyć związek koluzyjny, czyli ich elektryzujące spotkanie to zarzewie brzemiennego w skutki uwikłania.

• Związek koluzyjny?

• Od niemieckiego słowa „Kollusion" – zmowa – i łacińskiego „colludere" – zagraj razem. Jest to swego rodzaju tajny pakt obu stron. Tajny, dlatego że żadna z osób nie jest świadoma, że w ogóle zawiera jakąś umowę.

• Na co się umawiają?

• Na wzajemne wspieranie się w nierozwiązaniu swoich podstawowych problemów w relacjach.

• Ale jak to „nierozwiązaniu"?! Przecież widzieli w sobie szansę na coś odwrotnego, mieli się wzajemnie dopełnić.

• Ale nie widzieli, że oboje cierpią na to samo. Tylko pozornie ludzie dobierają się w tych związkach na zasadzie przeciwieństwa, że jedno z pary ma coś, czego temu drugiemu brakuje, i oboje teraz będą czerpać satysfakcję z idealnego połączenia. W rzeczywistości jednak temat, a właściwie problem relacji jest taki sam, partnerzy tylko rozgrywają go w spolaryzowanych formach.

Załóżmy, że tematem jest opieka i troska – jedna osoba z pary tę opiekę będzie sprawowała, a druga będzie z niej korzystać. Partnerzy ustawią się w tej scenie na dwóch krańcach tego samego problemu, jedno przyjmie na siebie rolę pomocnika, kogoś silnego, sprawczego, a drugie rolę słabego, bezradnego dziecka.

Autorem koncepcji koluzji jest Jürg Willi, szwajcarski psychiatra i psychoterapeuta. Wyróżnił on cztery modele uwikłania się partnerów, nazywając je zgodnie z opisywanymi przez Freuda fazami rozwoju psychofizycznego. Brzmią one dziś nieco archaicznie, ale do tej pory nikt nie znalazł i nie zastosował innych określeń. Nadal funkcjonują pod nazwami: model narcystyczny, oralny, sadystyczno-masochistyczny i falliczny.

Opisany przeze mnie model nosi charakter modelu oralnego. W nim ukryty przekaz jednego z partnerów jest taki: „Pragnę, żeby się mną opiekowano, bo w dzieciństwie mnie zaniedbywano. Ja raczej opiekować się nie będę, bo boję się, że mogę zawieść tak, jak zawodzili moi opiekunowie". Postawę drugiego partnera można opisać następująco: „To ja będę dla ciebie rodzicem idealnym. Nigdy nie pozwolę traktować cię tak, jak traktowano cię w przeszłości".

• Zastanawiam się, co złego jest w pomaganiu, we wzajemnym wspieraniu się. Dlaczego to taki problem w związku?

• Jeśli związek dotyczy rodzica i dziecka, to rzeczywiście układ jest idealny. My jednak rozmawiamy o dorosłych osobach, które poprzez ten konkretny wzór relacji próbują poradzić sobie z dziecięcymi ranami.

W związku koluzyjnym nie ma mowy o zamianie czy przeplataniu się ról, one są wyraźnie podzielone, a granice między nimi sztywno zaznaczone i skrzętnie pilnowane.
……..

• Da się uzdrowić relację zbudowaną na koluzji?

• Trzeba pożegnać iluzję, że partner może być panaceum na wszystkie nasze rozterki. Niestety, nie jest on w stanie sprostać tak trudnemu zadaniu, jakim jest zadośćuczynienie. Plasując partnera na takiej pozycji, traktujemy go przedmiotowo i stwarzamy szerokie pole do obustronnych nadużyć. Interesuje nas funkcja, jaką ma dla nas pełnić. Wiadomo więc, że prędzej czy później wszystko, co nie mieści się w ramach przypisywanej mu roli, sprawi, że zostanie odrzucony.

Mniej więcej połowie par udaje się dojść do przełomowego momentu w terapii. To się dzieje wtedy, kiedy oboje partnerzy dostrzegają, że są w niepisanej zmowie, że ją podtrzymują i w pocie czoła na nią pracują. Razem. Kiedy zauważają, że nawzajem się krzywdzą, i kiedy uznają swój ból i cierpienie, przywracają w sobie zdolność do empatii, uwaga zaczyna być kierowana na tę drugą osobę, własne zranienia i urazy odchodzą na dalszy plan, czyli mówiąc najprościej – da się uzdrowić, gdy odsłonią swoją wrażliwość.

Ta chwila, kiedy wreszcie opadają z sił i pozwolą sobie popatrzeć na własną bezbronność w obliczu potrzeby bycia widzianym, przyjętym, kochanym, jest bardzo wzruszająca zarówno dla nich, jak i dla terapeuty. Pary, które dotrą do tego miejsca, mają szansę na dobry związek. Zaczyna się inna praca. Tym osobom nie zależy już na tym, żeby utrzymywać się każde w swoim okopie. Mają wspólny cel: zakończyć grę, która ich wyniszcza. Wymaga to pewnej dojrzałości emocjonalnej, którą można rozwijać właśnie w terapii. Polega ona na zdolności do uznania, że spełnienie, o którym marzyli, nie jest możliwe, uczą się żyć z niedosytem, niedoskonałością i ograniczeniami obojga, a nawet potrafią czuć się w tym szczęśliwi.

WO 25.01.2024

fot. Pinterest

Bardzo potrzebny głos…
06/12/2025

Bardzo potrzebny głos…

W sporach o zdrowie psychiczne od lat odbija się ta sama, nigdy nierozstrzygnięta walka: czy „szaleństwo” rodzi się w człowieku, czy w świecie, który go otacza?

Historia psychiatrii pokazuje, jak bardzo definicje normalności potrafią działać jak narzędzia - polityczne, społeczne, klasowe. Kolejne epoki próbowały wskazać winnych: samych cierpiących, geny, rodziny, kulturę, ekonomię, wojny, politykę. Jedni widzieli w psychiatrii przestrzeń ulgi i ratunku, inni system dyscyplinowania i uciszania.

Gdziekolwiek przesuwa się akcent, zawsze wraca to samo pytanie: co właściwie diagnozujemy?
Cierpienie jednostki czy pęknięcia w rzeczywistości, którą musi unieść?

Uderzający jest spór między „biologicznym” a „społecznym”, lecz także to, jak bardzo te dwa porządki były zawsze splecione. Wystarczy uważnie wsłuchać się w ciało osoby cierpiącej, żeby zobaczyć, że jest nasiąknięte historią życia, relacjami, doświadczeniami straty i wstydu, a to, co społeczne, zagnieżdża się w neuronach, rytmach stresu, bezsennościach, w oddechu pozostającym zbyt wysoko w klatce.

Dyskusja o źródłach „szaleństwa” zawsze była więc próbą uchwycenia tego miejsca, gdzie świat zewnętrzny i świat wewnętrzny zderzają się ze sobą tak mocno, że pękają - czasem w człowieku, czasem w samej strukturze, która go otacza.

Ważne jest także to, jak łatwo w przeszłości i dziś pewne grupy ludzi patologizować. Ubóstwo stawało się diagnozą. Sprzeciw stawał się diagnozą. Głośniejsza emocja, niezgoda, krzyk, rozpacz - stawały się diagnozą. A terapia bywała czasem bardziej próbą przywrócenia „poprawnego” zachowania niż realnego wsłuchania się w ból. Widać to choćby w historii instytucji psychiatrycznych, w których to, jak leczono, zależało często bardziej od czyjejś pozycji społecznej niż od jakości cierpienia. Jedni dostawali przestrzeń, dialog, eksperymenty i nadzieję - inni leki tłumiące, zamknięte drzwi i przypisanie do kategorii, które nie pozwalały już mówić własnym głosem.

Ale równie niepokojące jest coś innego: skłonność kultury do wymazywania kontekstu.

Sposób, w jaki mówimy o chorobie, kształtuje nie tylko leczenie, ale też to, jak społeczeństwo widzi cierpiących - język może leczyć albo ranić.

Opowieści o „chorobie psychicznej” zbyt łatwo odklejają się od świata, w którym ludzie żyją. Jakby depresja, lęk, psychoza, rozpad nie były reakcjami na nierówności społeczne i wielopokoleniowe ograniczenia: na braki w edukacji, na niedostatek narzędzi, które pozwalają w ogóle rozumieć własne emocje; na dorastanie w środowiskach, gdzie nie ma miejsca ani czasu na rozwój psychiczny, bo całe życie sprowadza się do przetrwania. Jakby doświadczenia przemocy, uciszenia, dyskryminacji, samotności, chronicznego wstydu czy ekonomicznej niepewności nie odciskały się na układzie nerwowym tak realnie, jak głód czy chłód.

Jakby jednostka cierpiała w próżni.

Jakby była autonomicznym źródłem własnego bólu, a nie miejscem, w którym ogniskuje się to, czego społeczeństwo nie chce o sobie usłyszeć.

W latach 60. i 70. wiele osób zaczęło to głośno nazywać. Mówiono, że „choroba psychiczna” jest czasem wskaźnikiem choroby społecznej. Że objawy są reakcją na to, co przemocowe, niewyrażalne, nie do zniesienia. Że to, co w jednostce nazywamy zaburzeniem, bywa logiczną odpowiedzią na struktury, które ją otaczają. I że jeśli jakieś społeczeństwo utrzymuje w ryzach mniejszości, kobiety, osoby młode czy ubogie - to psychiatryzacja ich gniewu, bólu czy chaosu bywa wygodnym narzędziem utrzymywania porządku.

Nie można mówić o psychiatrii w oderwaniu od pytania: kto ma dostęp do terapii, a kto zostaje zredukowany do statystyki i zamkniętych drzwi?

Do odrobienia dla nas wszystkich jest lekcja uważności na to, co niewypowiedziane. Na to, że czasami ktoś choruje nie dlatego, że „ma w sobie zaburzenie”, tylko z powoduu tego, że nie wytrzymuje natłoku tego, czego nikt nie chce lub nie jest w stanje z nim unieść.

Czasami ciało somatyzuje, bo nikt nie słyszy języka, w którym człowiek próbuje mówić o swojej sytuacji. Czasami objaw jest bardziej listem do świata niż prywatną katastrofą jednostki. Czasami jest tak, że nie wystarcza nam zasobów, które pozwalają udźwignąć nas samych i system, w którym żyjemy.

Psychiatria bywa miejscem ocalenia szczególnie tam, gdzie cierpienie przekracza ludzką możliwość trzymania siebie. Jak każde narzędzie - także to najbardziej potrzebne może działać inaczej, kiedy zostaje wyrwane z kontekstu życia człowieka.

Dlatego dzisiejsza terapia - ta, która naprawdę słucha musi wyjść poza klasyfikacyjne rozumienie cierpienia. Musi widzieć splątanie biologii i biografii, systemu nerwowego i systemów społecznych. Musi mieć odwagę zadawać pytania niewygodne: czy naprawdę podejmujemy cierpienie człowieka, czy próbujemy ułożyć go z powrotem w ramy, które go krzywdzą? Czy diagnoza jest pomocą, czy uciszeniem? Czy objaw jest patologią, czy sygnałem, że coś w polu relacji rodzinnych, ekonomicznych, kulturowych - nie działa?

Nie trzeba odrzucać psychiatrii ani romantyzować cierpienia. Jednak pamiętajmy, że żadne cierpienie psychiczne nie powstaje w próżni. Że w bólu jednostki zapisane są pęknięcia świata, który ją ukształtował. I że jeśli chcemy naprawdę pomagać, musimy widzieć człowieka nie jako „zaburzenie”, lecz jako miejsce przecięcia tysięcy sił biologicznych, społecznych, relacyjnych, historycznych.

Pomoc psychiczna, jeśli ma być skuteczna, musi łączyć wrażliwość na biologię, badanie idywidualności z rozumieniem kontekstu społecznego - inaczej ryzykujemy redukcję człowieka.

Trzeba dziś odwagi w budowaniu mostów między dziedzinami. Psychiatria, psychologia, socjologia, neurobiologia, ekonomia, różne nurty psychoterapii, medycyna itd. - każda widzi inny wycinek ludzkiego cierpienia. Jeśli te perspektywy zaczynają się wzajemnie wykluczać, odtwarzamy chaos i strukturalne powtórzenia mechanizmów, które samo cierpienie wzmacniają lub wręcz tworzą.
Współpraca interdyscyplinarna nie jest luksusem, tylko warunkiem skutecznej pomocy. Dopiero kiedy wiedza i doświadczenie różnych specjalistów spotykają się w prawdziwym dialogu, pojawia się szansa na wsparcie, które widzi człowieka w całej złożoności jego biologii, biografii i świata społecznego.

Brak współpracy między specjalistami nie jest tylko problemem metodologicznym – to realne ryzyko pogłębiania cierpienia i utrwalania nierówności w dostępie do pomocy.

Interdyscyplinarność i różnorodność spokrze to nie kompromis, lecz konieczność - bo żadne pojedyncze narzędzie nie uniesie złożoności ludzkiego bólu.

Przyszłość naszego zdrowia zależy od odwagi zadawania pytań nie tylko o objawy, ale o struktury, które je wytwarzają.

To szansa, na przestrzeń, w której objaw może stać się zrozumiały, a człowiek - słyszalny.

Obraz: Once a Chicken, Always a Chicken, węgierskiego artysty László Moholy-Nagy

Adres

Białystok

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 09:00 - 15:00
Wtorek 09:00 - 15:00
Środa 09:00 - 15:00
Czwartek 09:00 - 15:00

Telefon

+48507115888

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy W kontakcie - Monika Kliber psychoterapia Gestalt umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do W kontakcie - Monika Kliber psychoterapia Gestalt:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria