Dr Jerzy Lewko

Dr Jerzy Lewko Lekarz specjalista rehabilitacji i medycyny rodzinnej. Koordynator Oddziału Rehabilitacji w Białymstoku. Medycyna, która przywraca harmonię.

Leczę holistycznie, łącząc wiedzę kliniczną z naturą: ruch, dieta i suplementacja.

Słuchajcie.. temat astaksantyny w kontekście serca jest o tyle ciekawy, że ona działa tam, gdzie większość suplementów p...
14/02/2026

Słuchajcie.. temat astaksantyny w kontekście serca jest o tyle ciekawy, że ona działa tam, gdzie większość suplementów po prostu nie ma dostępu.

Jeśli spojrzymy na nasze tętnice nie jak na rury, a jak na żywą barierę, to kluczowe jest to, co dzieje się w samych błonach komórkowych śródbłonka.

Większość antyoksydantów krąży albo w osoczu, albo wewnątrz komórki, natomiast astaksantyna ma taką budowę, że dosłownie "przeszywa" błonę na wylot. Dzięki temu stabilizuje ją i chroni lipidową strukturę naczynia przed utlenianiem z obu stron jednocześnie.

To sprawia, że cholesterol LDL, nawet jeśli krąży w nadmiarze, trudniej ulega oksydacji – a to właśnie ten utleniony cholesterol zaczyna budować blaszkę miażdżycową.

Na poziomie molekularnym astaksantyna robi jeszcze jedną ważną rzecz, o której rzadko się mówi w kontekście diety.. ona aktywuje szlak Nrf2, czyli taki wewnętrzny system alarmowy komórki, który zmusza organizm do produkcji własnych enzymów ochronnych, jak glutation czy dysmutaza ponadtlenkowa. Zamiast tylko dostarczać "gaśnicę" z zewnątrz, uczymy organizm, jak sam ma gasić pożary zapalne.

Jednocześnie wycisza ona szlak NF-κB, który odpowiada za przewlekły stan zapalny w naczyniach. To jest o tyle istotne, że uspokojenie tych szlaków sprawia, że blaszka miażdżycowa jest bardziej stabilna i mniej podatna na pęknięcia, co jest przecież bezpośrednią przyczyną zawałów czy udarów.

Warto też wspomnieć o badaniach nad wydolnością samego mięśnia sercowego, bo tutaj widać konkretne efekty. U pacjentów z osłabioną kurczliwością serca suplementacja przekładała się na lepszą frakcję wyrzutową, czyli serce po prostu zaczynało efektywniej pompować krew. Mniej stresu oksydacyjnego w mitochondriach to po prostu więcej energii dla kardiomiocytów.

Oczywiście musimy mieć świadomość, że na naturalne substancje nikt nie zrobi badań za setki milionów dolarów, bo w systemie nikt na tym nie zarobi tak jak na opatentowanym leku.. Dlatego nie znajdziecie tu ogromnych metaanaliz, ale za to mamy solidnie udokumentowane fakty. Wiemy, że astaksantyna jest bezpieczna nawet w dużych dawkach, realnie podnosi poziom dobrego cholesterolu HDL i potrafi obniżać trójglicerydy.

Co więcej, jedno z kluczowych badań pokazało, że obniża ona markery ryzyka takie jak fibrynogen czy fetuina A, co jest wynikiem, który zazwyczaj osiąga się dopiero przy mocnej farmakologii.

Żeby to jednak miało ręce i nogi w praktyce, trzeba pamiętać o transporcie, bo astaksantyna jest silnie lipofilna. Bez zdrowych tłuszczów praktycznie się nie wchłonie. Najlepiej łączyć ją z kwasami Omega-3 z oleju rybiego albo z porządną oliwą z oliwek, awokado czy orzechami. Te tłuszcze tworzą specjalne micele, które pozwalają cząsteczkom dostać się do krwiobiegu.

Co więcej, połączenie z Omega-3 to najsilniejsza synergia, jaką możemy stworzyć. Podczas gdy Omega-3 działają przeciwarytmicznie i hamują agregację płytek, astaksantyna skupia się na ochronie śródbłonka i hamowaniu wczesnej aterogenezy. Wspólnie uderzają w stres oksydacyjny znacznie mocniej niż każdy z nich osobno.

Podsumowując, relacja astaksantyny ze zdrowiem serca to na razie temat "obiecujących sygnałów", a nie sztywnych wytycznych klinicznych, ale jako lekarz z podejściem holistycznym uważam, że warto postrzegać ją jako kluczowy element strategii przeciwzapalnej.

Najlepiej sprawdza się w kontekście diety śródziemnomorskiej, bogatej w tłuste ryby i oliwę. Stosowanie dawek w granicach 4 do 12 mg dziennie podczas tłustszego posiłku to moim zdaniem jedna z rozsądniejszych dróg, żeby realnie wesprzeć swoją biochemię i po prostu mądrzej zarządzać zdrowiem swojego serca na dłuższą metę.

Dr Jerzy Lewko

Beton w tętnicach i paradoks wapnia.. dlaczego witamina K2 może nie działać?Żyjemy w czasach gdzie sztywne naczynia to p...
12/02/2026

Beton w tętnicach i paradoks wapnia.. dlaczego witamina K2 może nie działać?

Żyjemy w czasach gdzie sztywne naczynia to plaga a zawał czy udar traktujemy jak coś nieuchronnego.. a przecież nasze tętnice powinny byc elastyczne jak dobrej jakości guma a nie kruche jak stare rury.

Większość ludzi kojarzy witaminę K2 MK7 jako dodatek do D3 "żeby wapń szedł do kości" i na tym kończy się wiedza. a to błąd. bo to co dzieje sie w naczyniach to fascynująca gra biochemiczna, którą warto zrozumieć

chodzi o białko MGP. to taka cząstka, która w stanie uśpienia jest bezużyteczna.. i tu wchodzi K2. ona jest kluczem w stacyjce który odpala to białko.

aktywne MGP wyłapuje wapń z tkanek miękkich i nie pozwala mu robić "betonu" w ścianach naczyń.. bez K2 wapń zamiast wzmacniać kości osadza sie tam gdzie go nie chcemy – w aorcie, w tętnicach wieńcowych

i tu dochodzimy do sedna..

wielu z was bierze standardowe 100 czy 200 mikrogramów. to dobre na start. ale badania pokazują że przy istniejącej miażdżycy, cukrzycy czy problemach z nerkami zapotrzebowanie drastycznie rośnie.

Biomarkerem o którym mało sie mówi a jest kluczowy to dp-ucMGP – im go więcej tym gorzej dla twoich naczyń. Żeby go zbic często potrzeba dawek rzędu 360 mikrogramów a czasem i więcej przez wiele miesięcy.. to bezpieczna witamina, tu trudno o przedawkowanie a korzyści dla elastyczności naczyń mogą byc kluczowe

druga sprawa to stan zapalny. kalcyfikacja blaszki miażdżycowej to w sumie mechanizm obronny organizmu – próba "zabetonowania" problemu żeby blaszka nie pękła. K2 MK7 działa nie tylko na wapń ale też wycisza szlaki zapalne (NF-κB). więc działamy dwutorowo – sprzątamy wapń i gasimy pożar

o czym trzeba pamiętać żeby to miało ręce i nogi?

tłuszcz – K2 rozpuszcza się w tłuszczach. Łykanie jej na pusty żołądek albo z chudym twarogiem to strata potencjału.. dobra oliwa, jaja, awokado to podstawa

synergia z D3 – one grają w debla. D3 produkuje białka zależne od witaminy K a K2 je aktywuje. branie dużej dawki D3 bez K2 to proszenie sie o kłopoty z wapniem

magnez – bardzo ważny kofaktor drugiego planu. bez magnezu witamina D nie zostanie zmetabolizowana a cały ten misterny plan naprawy naczyń zwolni

Warto zadbać o fizjologię.. to wiedza która daje wolność wyboru i narzędzia do tego żeby starzeć się wolniej i mądrzej. dbajcie o swoje naczynia ❤️👍

Dr Jerzy Lewko

Kryzys. Ciężkie emocje. Trudny czas.Jeśli właśnie teraz dosięga Cię coś, co rozwala życie na kawałki – choroba nowotworo...
08/02/2026

Kryzys. Ciężkie emocje. Trudny czas.

Jeśli właśnie teraz dosięga Cię coś, co rozwala życie na kawałki – choroba nowotworowa, rozwód, ciężka choroba kogoś bliskiego, odejście ważnej osoby, utrata pracy albo ogromna strata finansowa – to w pewnym momencie zaczyna się dziać „źle”.

Nie tylko na zewnątrz, ale też w środku.

To jest ten czas, w którym człowiek próbuje jakoś przeżyć dzień do dnia. I bardzo często robi jedną, automatyczną rzecz: odsuwa emocje. Spycha je w tło, żeby nie czuć, nie doświadczać, nie dotykać bólu. Bo ta przestrzeń jest trudna. Czasem wręcz nie do zaakceptowania.

I wtedy pojawia się bezradność.

Bezradność, która męczy i niszczy. Bezradność, która szepcze: „odpuść”, „poddaj się”. Czasem prowadzi ona do impulsywnych zachowań, do ostrego „nie”, do walki z całym światem – albo wręcz przeciwnie: do zamrożenia, zamknięcia się i zniknięcia.

W ostrym kryzysie często zaczynamy zachowywać się trochę jak dzieci. Nie dlatego, że jesteśmy słabi, tylko dlatego, że włącza się w nas najgłębszy, stary program przetrwania.

U jednego będzie to lęk i wycofanie. U drugiego agresja i bunt. U trzeciego „zagadywanie” rzeczywistości – opowiadanie wszystkim dookoła o problemie, z cichą nadzieją, że od samego mówienia coś się zmieni.

Tak naprawdę człowiek w tym stanie nie tyle szuka rozwiązania, co wpada w swój najprostszy schemat. Ten, który uruchamia się w największym stresie. A emocje obklejają to wszystko jak ciężka, mokra kurtka: złość, smutek, żal, rozczarowanie, beznadziejność… i pokusa poddania się.

Zaczynamy błądzić jak ślepi we mgle.

Dzieje się tak, bo w gigantycznym stresie głowa przestaje myśleć tak, jak zwykle. Silne emocje potrafią „wyłączyć” korę przedczołową – tę część mózgu, która analizuje, ocenia sytuację, widzi konsekwencje i pozwala podejmować mądre decyzje. Wtedy ster przejmuje ciało migdałowate. Alarm. Krzyk. Panika.

„Uciekaj albo walcz”. A czasem: „zastygnij”.

Jeśli to, co czytasz, jest Ci bliskie… Jeśli czujesz, że błądzisz we mgle, jeśli podejmujesz decyzje, których potem nie rozumiesz – chcę Ci powiedzieć jedną rzecz: ten temat jest do ogarnięcia.

Właśnie dlatego nagrałem materiał, który jest półgodzinnym, spokojnym poradnikiem o tym, co w takiej sytuacji realnie warto zrobić. Krok po kroku. Jak wyjść z tej mgły, z rozpaczy i jak przejść przez kryzys z możliwie najlepszą klasą.

Jeśli jesteś gotowy albo gotowa, żeby zrobić pierwszy krok ku równowadze – zapraszam do obejrzenia tego filmu.

Link znajdziesz w pierwszym komentarzu pod tym postem👇

I mam do Was jeszcze jedną, ważną prośbę.

Jeśli kiedyś przeszliście przez bardzo trudny moment w życiu i udało się Wam z niego wyjść – co powiedzielibyście dziś sobie z tamtego czasu?

Jedno zdanie, jedna myśl, jedna rzecz, która wtedy pomogła. Napiszcie proszę w komentarzu.

To czasem jest dokładnie to, czego ktoś inny potrzebuje teraz usłyszeć, by przetrwać najgorsze chwile.

A jeśli to Ty jesteś teraz w środku kryzysu… to po ludzku współczuję. I jednocześnie wierzę, że da się z tego wyjść – nawet jeśli dziś jeszcze tego nie widzisz. 🤝

Dr Jerzy Lewko

Kiedy Twój brzuch próbuje Ci coś powiedzieć – historia o dwóch mózgach i jednej autostradzie.Często w mojej pracy, a tak...
04/02/2026

Kiedy Twój brzuch próbuje Ci coś powiedzieć – historia o dwóch mózgach i jednej autostradzie.

Często w mojej pracy, a także w codziennych rozmowach, spotykam się z tym samym scenariuszem. Przychodzi człowiek, który od lat zmaga się z bólem brzucha, wzdęciami, dyskomfortem. Przeszedł już szereg badań, odwiedził wielu specjalistów i w końcu usłyszał to słynne, nieco bezradne zdanie: „Taka Pańska uroda” albo „To wszystko ze stresu, proszę odpocząć”.

I wiecie co?

To nie daje mi spokoju. Bo choć stres ma ogromne znaczenie, zrzucanie wszystkiego na „głowę” jest dużym uproszczeniem. Od dawna zgłębiam ten temat, obserwuję reakcje pacjentów, a także sam przyglądam się swojemu organizmowi. Wnioski, do których dochodzę, są fascynujące i zmieniają zupełnie perspektywę patrzenia na zdrowie.
To nie jest tak, że problem siedzi tylko w Twojej głowie. On siedzi w Twoim „drugim mózgu”.

Czy wiedzieliście, że jelita i mózg są ze sobą połączone potężną „autostradą”?

To nerw błędny.

Informacje pędzą nim w obie strony bez przerwy. Ale co najbardziej niesamowite – w naszych jelitach znajduje się około 500 milionów nerwów. To pięć razy więcej niż w rdzeniu kręgowym!
To dlatego, kiedy jelita cierpią, my czujemy lęk, niepokój albo smutek. Aż 95% serotoniny – hormonu, który odpowiada za nasz dobrostan psychiczny – produkowane jest właśnie tam, na dole. Zatem jeśli flora bakteryjna jest zaburzona, brakuje nam „fabryki” szczęścia. To mechanizmy fizjologiczne, a nie wymysły naszej wyobraźni.

Zagadka balonika

Zastanawiało mnie zawsze, dlaczego u jednej osoby zjedzenie cięższego posiłku powoduje tylko lekkie uczucie sytości, a u innej – ból nie do wytrzymania. Odpowiedź leży w zjawisku, które nazywamy nadwrażliwością trzewną.

Wyobraźmy sobie eksperyment z balonikiem włożonym do jelita. U zdrowej osoby nadmuchanie go powoduje jedynie odczucie ucisku. U osoby z zaburzonym mikrobiomem, przy tym samym ciśnieniu, pojawia się silny ból.

Dlaczego?

Bo nerwy w jelitach są w stanie ciągłego „alarmu”. Są jak oparzona skóra – nawet delikatny dotyk sprawia ból. To nie jest histeria. To realny sygnał wysyłany przez uszkodzone zakończenia nerwowe.

Przez lata pokutowało przekonanie, że jeśli brzuch boli, trzeba eliminować. Odstawić błonnik, przejść na restrykcyjną dietę, jeść tylko ryż i gotowaną marchewkę. Owszem, to przynosi ulgę, ale tylko na chwilę. Długofalowo to droga donikąd, bo głodzimy w ten sposób te dobre bakterie, które są nam niezbędne do życia.

Moje doświadczenie i obserwacje podpowiadają coś zupełnie innego: aby wyciszyć ten alarm w brzuchu, musimy nakarmić nasz mikrobiom.
Kluczem jest różnorodność. Dobre bakterie kochają rośliny. Kiedy dostają błonnik, przerabiają go na krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe (np. maślan). A te kwasy działają jak najlepszy, naturalny balsam – koją nadwrażliwe nerwy, uszczelniają jelita i wyciszają stan zapalny.

Moja sugestia? Eksperyment 30 roślin.

Nie traktujcie tego jak rygorystycznej diety, ale jak przygodę. Spróbujcie zjeść w ciągu tygodnia 30 różnych produktów roślinnych. Liczy się wszystko: pomidor, orzech, pestka dyni, a nawet szczypta cynamonu czy oregano. Każda z tych roślin to inna pożywka dla innych szczepów bakterii. Im bogatszy ogród w środku, tym większy spokój w całym ciele – i w głowie.

Zdrowie to nie jest walka z organizmem. To sztuka słuchania go i dostarczania mu tego, czego naprawdę potrzebuje, by sam mógł wrócić do równowagi.

Ciekaw jestem, jak to wygląda u Was. Czy zauważyliście to połączenie między tym, co na talerzu, a tym, jaki macie nastrój?

Dajcie znać, czy podejmujecie wyzwanie różnorodności! 🌱

JAK NATURALNIE WYŁĄCZYĆ GENY MIAŻDŻYCY CZYLI INSTRUKCJA OBSŁUGI LIPOPROTEINY (a).. CZĘŚĆ 2W pierwszej części dowiedzieli...
01/02/2026

JAK NATURALNIE WYŁĄCZYĆ GENY MIAŻDŻYCY CZYLI INSTRUKCJA OBSŁUGI LIPOPROTEINY (a).. CZĘŚĆ 2

W pierwszej części dowiedzieliście się że Lipoproteina (a) to nie błąd natury, ale potężny mechanizm przetrwania, który w nowoczesnym świecie obrócił się przeciwko nam.. teraz czas na najważniejsze pytanie które zadaje sobie każdy kto zobaczył wysoki wynik na papierze z laboratorium czy jesteśmy na to skazani..

Słyszycie pewnie często, że na to nie ma lekarstwa a dieta i wysiłek fizyczny nie ma znaczenia i że musicie czekać na nowe leki tak zwane wyciszacze Lp (a), które dopiero wchodzą na rynek i będą kosztować krocie.. to nie jest cała prawda bo nauka z ostatnich lat a konkretnie badania z okresu 2018-2024 pokazują coś niesamowitego, że możemy osiągnąć redukcję Lp(a) rzędu dwudziestu a nawet czterdziestu procent używając wyłącznie precyzyjnych narzędzi stylu życia, czyli dokładnie tyle ile obiecują nam niektóre terapie farmakologiczne..

Kluczem nie jest jednak ogólne "jedzenie zdrowo" ale zrozumienie i zhakowanie mechanizmu wątrobowego, który decyduje o produkcji tej cząsteczki..

Zacznijmy od ciekawej koncepcji czyli od tak zwanej złotej strefy insuliny.. produkcja Lp(a) w wątrobie jest sterowana przez białko FOXO3a które działa jak główny włącznik.. sprawa jest fascynująca, bo ten mechanizm działa w dwóch skrajnościach.. gdy wasza insulina jest bardzo niska na przykład poniżej 4 jednostek co dzieje się na ścisłych dietach ketogenicznych czy carnivore wasz organizm dostaje sygnał, że głoduje.. dla ewolucji głód oznacza zagrożenie więc włącznik FOXO3a zostaje zwolniony wchodzi do jądra komórkowego i uruchamia produkcję Lp(a) na pełnych obrotach, żeby zabezpieczyć wasze naczynia na "chude czasy"..

Z drugiej strony mamy sytuację odwrotną, czyli wysoką insulinę typową dla insulinooporności i cukrzycy typu drugiego i tu pojawia się fascynujący paradoks, bo badania pokazują, że przy bardzo wysokiej insulinie poziom lipoproteiny a często jest niski ponieważ insulina silnie hamuje jej produkcję.. ktoś mógłby pomyśleć że to świetna wiadomość i warto mieć wysoką insulinę ale to pułapka bo co z tego że zablokujemy jeden czynnik skoro nadmiar insuliny niszczy naczynia wywołuje stan zapalny i produkuje miażdżycogenne małe cząsteczki ldl..

dlatego rozwiązanie jest genialne w swojej prostocie i musimy celować w tak zwaną złotą strefę czyli insulinę na czczo między sześć a dziesięć jednostek mIU/L.. to jest ten idealny kompromis metaboliczny, w którym poziom insuliny jest wystarczająco wysoki by wcisnąć hamulec i zablokować produkcję lipoproteiny a przez wyrzucenie białka foxo z jądra, ale jednocześnie na tyle niski byśmy byli metabolicznie zdrowi szczupli i wolni od stanów zapalnych.. to precyzyjna gra biochemiczna, gdzie nie chodzi o ekstrema ale o idealną równowagę która chroni nas na wszystkich frontach..

I tutaj dochodzimy do wielkiej kontrowersji czyli starcia diet.. dlaczego diety niskowęglowodanowe typu Keto czy Carnivore, które świetnie sprawdzają się przy odchudzaniu i obniżają stany zapalne mogą być pułapką dla osób z wysoką lipoproteiną (a).. mechanizm jest bezlitosny.. po pierwsze drastyczny spadek insuliny zdejmuje hamulec z produkcji Lp(a), a po drugie ketoza aktywuje białko długowieczności SIRT1 które paradoksalnie w tym konkretnym przypadku wzmacnia działanie FOXO3a i jeszcze bardziej pobudza produkcję.. dodatkowo brak błonnika na diecie mięsnej Carnivora często prowadzi do obumierania dobrych bakterii jelitowych co osłabia barierę jelitową i pozwala toksynom przenikać do krwi podnosząc poziom interleukiny 6.. a pamiętacie z pierwszej części, że stan zapalny to krzyk do wątroby "produkuj więcej Lp(a)".. dlatego na diecie czysto mięsnej możecie czuć się świetnie, mieć dużo energii i jasność umysłu, ale wasze biomarkery sercowe mogą cicho szybować w górę co jest ryzykiem, którego trzeba być świadomym.

Z drugiej strony mamy dowody naukowe choćby badanie Najjara z 2018 roku czy niesamowite studium przypadku pacjenta opisane przez Thompsona w 2024 roku które wstrząsnęło światem lipidologii..

Pacjent ten dzięki zastosowaniu medycznie nadzorowanego postu wodnego a następnie diety opartej w stu procentach na nieprzetworzonych roślinach obniżył swoje Lp(a) o spektakularne 39 procent.. jak to możliwe.. tu wchodzi fizjologiczne działanie błonnika.. kiedy jemy dużo roślin nasze bakterie jelitowe produkują krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe takie jak maślan, a maślan działa jak naturalny wyciszacz genów fizycznie blokując odczytywanie genu LPA w wątrobie.. do tego dochodzi idealna insulina 6-10 mIU/L
utrzymywana w ryzach przez węglowodany złożone ze strączków czy owsa.. to nie jest kwestia ideologii czy bycia weganinem to jest kwestia dostarczenia organizmowi sygnału chemicznego "jesteśmy bezpieczni nie musisz produkować naprawczego cholesterolu".

Co więc z tym zrobić w praktyce.. nie musicie od razu zmieniać całego życia o 180 stopni ale musicie podejmować mądre decyzje.. jeśli macie bardzo wysokie ryzyko to dieta roślinna w systemie WFPB czyli z angielskiego Whole Food Plant-Based może być dobrym pomysłem.. to model żywienia oparty wyłącznie na nieprzetworzonych pokarmach roślinnych gdzie jemy całe owoce warzywa i strączki a unikamy wyizolowanych tłuszczów i olejów i to właśnie to podejście daje najsilniejszą ochronę..

jeśli jednak nie wyobrażacie sobie życia bez mięsa albo boicie się węglowodanów celujcie w model hybrydowy gdzie błonnik jest dostarczony w postaci warzyw a węglowodany są trzymane nisko ale nie na tyle nisko by wprowadzać organizm w stan paniki głodowej.. kluczem jest błonnik celujcie w około 40 gramów dziennie, bo to on uszczelnia jelita i wycisza geny miażdżycy..

Warto też rozważyć okresowe posty które resetują stan zapalny.. pamiętajcie że wasze geny to nie jest wyrok tylko propozycja.. to wy poprzez to co kładziecie codziennie na talerz decydujecie czy ta propozycja zostanie przyjęta czy odrzucona..

macie w rękach potężne narzędzia i wiedzę która pozwala przejąć kontrolę nad własnym zdrowiem niezależnie od tego co macie zapisane w DNA a jeśli ktoś z was chciałby poznać tajniki tej diety roślinnej i dowiedzieć sie jak to ugryźć w praktyce to zapraszam serdecznie na moją grupę

ZdroWyżer gdzie opowiem o tym szerzej otwierając jak myślę puszkę Pandory i wrzucę Wam troche konkretnych informacji praktycznych żebyście nie błądzili we mgle..

link do grupy znajdziecie w pierwszym komentarzu.. tu też znajdziecie linki do cytowanych prac naukowych 👇

Dr Jerzy Lewko

LIPOPROTEINA (a) = MIAŻDŻYCA? Lp(a) - UPADŁY ANIOŁ EWOLUCJI CZY DEMON PRZYSZŁOŚCI.. CZĘŚĆ 1Zacznijmy od tego co się tera...
31/01/2026

LIPOPROTEINA (a) = MIAŻDŻYCA?
Lp(a) - UPADŁY ANIOŁ EWOLUCJI CZY DEMON PRZYSZŁOŚCI.. CZĘŚĆ 1

Zacznijmy od tego co się teraz dzieje w gabinetach lekarskich i na konferencjach naukowych bo jesteśmy świadkami narodzin i raczkowania nowego demona w dziedzinie zdrowia serca i naczyń krwionośnych, a mowa o Lipoproteinie (a) w skrócie Lp(a) która została okrzyknięta największym złem i genetycznym wyrokiem, na który rzekomo nie mamy wpływu.

Narracja jest prosta i brutalna – masz to w genach więc jesteś tykającą bombą i nic z tym nie zrobisz dopóki na rynek nie wejdą nowoczesne leki które mają być dla Lp(a) tym czym statyny stały się dla zwykłego cholesterolu. Przemysł farmaceutyczny zaciera ręce szykując się do wprowadzenia preparatów które będziemy dla naszego dobra brać do końca życia żeby zbić ten parametr ale zanim wpadniemy w panikę i ustawimy się w kolejce po recepty warto zatrzymać się i zapytać czy natura która doskonaliła nas przez miliony lat naprawdę popełniła tak fatalny błąd tworząc coś co ma nas tylko zabijać, bo moim zdaniem odpowiedź brzmi - nie - a zrozumienie historii tego białka zmienia naprawdę wiele.

Cofnijmy się do czasów kiedy nie było szpitali chirurgów ani antybiotyków a każde skaleczenie na polowaniu czy krwotok przy porodzie mogły oznaczać śmierć i właśnie w tych surowych warunkach ewolucja wyposażyła nas w niesamowitą supermoc jaką jest Lp(a), która działała jak biologiczny system szybkiego reagowania..

wyobraźcie sobie, że to cząsteczka hybrydowa taki biologiczny Frankenstein stworzony z dwóch elementów gdzie rdzeniem jest klasyczny cholesterol LDL niosący energię i budulec, ale do niego doczepione jest potężne białko apo(a) zbudowane z pętli zwanych domenami Kringle.. to właśnie te pętle są kluczem bo wyglądają prawie identycznie jak nasz naturalny enzym plazminogen, który służy do rozpuszczania skrzepów krwi, ale Lp(a) jest jego złym bliźniakiem i zamiast rozpuszczać skrzep ona go utrwala.

W świecie pełnym tygrysów i urazów to ratowało życie bo gdy dochodziło do zranienia Lp(a) natychmiast płynęła w to miejsce działała jak najlepszy klej hamując krwawienie i dostarczając cholesterol niezbędny do odbudowy uszkodzonych tkanek a dodatkowo działała jak tarcza wyłapując toksyny bakteryjne i chroniąc przed sepsą. to nie był błąd to był genialny mechanizm przetrwania który pozwalał naszym przodkom dożyć wieku rozrodczego

Problem zaczął się wtedy, gdy zmieniliśmy środowisko bo dziś rzadko umieramy z wykrwawienia czy sepsy za to żyjemy w świecie przewlekłego stresu i stanów zapalnych, a mechanizm który kiedyś ratował życie teraz stał się naszym cichym zabójcą działającym poprzez trzy niszczycielskie mechanizmy..

Po pierwsze Lp(a) jest niezwykle mała i gęsta co pozwala jej z łatwością wciskać się pod delikatną wyściółkę naszych tętnic czyli śródbłonek ale przez swoją lepką strukturę zostaje tam uwięziona znacznie łatwiej niż zwykły cholesterol i dosłownie przykleja się do macierzy ściany naczynia rozpoczynając budowę blaszki miażdżycowej..

- po drugie i to jest chyba najbardziej przerażające działa ona jak koń trojański wnoszący bombę zapalną do naszego układu krążenia ponieważ Lp(a) jest głównym transporterem utlenionych fosfolipidów we krwi czyli takich zjełczałych toksycznych tłuszczów, które są biologicznymi śmieciami i kiedy cząsteczka ta utknie w tętnicy uwalnia ten toksyczny ładunek wywołując lokalny pożar i potężny stan zapalny co sprawia że układ odpornościowy wariuje i atakuje własne naczynia..

i po trzecie.. Lp(a) posiada unikalną zdolność do oszukiwania naszego systemu krzepnięcia bo zajmuje miejsce plazminogenu uniemożliwiając rozpuszczenie skrzepu co w razie pęknięcia blaszki miażdżycowej dramatycznie zwiększa ryzyko zawału a na domiar złego przenosi enzymy które potrafią przekształcać elastyczne komórki zastawek serca w komórki kościopodobne doprowadzając do ich zwapnienia i stenozy..

To co kiedyś było naszym aniołem stróżem w świecie nadmiaru i braku ruchu stało się upadłym aniołem ewolucji który betonuje nasze serca i naczynia.

Wielu lekarzy powie wam że poziom Lp(a) jest sztywno zapisany w genach i nie podlega dyskusji co jest prawdą tylko w pewnym stopniu bo choć genetyka ładuje pistolet to styl życia pociąga za spust a sterowanie produkcją tego białka odbywa się w wątrobie i zależy od kilku fascynujących mechanizmów..

W jądrze komórkowym znajduje się białko FOXO3a które jest głównym zarządcą i to ono decyduje czy geny mają produkować Lp(a) czy nie a strażnikiem tego procesu jest insulina..

KIEDY poziom insuliny jest optymalny czyli ani za wysoki jak w cukrzycy ani za niski to FOXO3a jest trzymane w ryzach i produkcja Lp(a) spada. to niesamowite bo pokazuje że mamy wpływ na nasze geny poprzez to co jemy i jak żyjemy.

Również stan zapalny w organizmie sterowany przez interleukinę IL-6 jest sygnałem dla wątroby, że ciało jest uszkodzone i potrzebuje naprawy więc wątroba w dobrej wierze produkuje więcej Lp(a) żeby nas łatać nie wiedząc że w ten sposób dolewa oliwy do ognia miażdżycy.

Dlatego w medycynie holistycznej i funkcjonalnej patrzymy na normy zupełnie inaczej niż w standardowym laboratorium gdzie często widzi się wynik do 30 czy 50 mg/dl jako akceptowalny.. my wiemy że norma funkcjonalna czyli taka przy której organizm działa optymalnie i bezpiecznie to wynik poniżej 30 mg/dl lub 75 nmol/l bo to strefa w której ryzyko jest minimalne a my możemy cieszyć się długowiecznością.. wynik między 30 a 50 to dla nas żółte światło i sygnał że organizm wchodzi w tryb awaryjny i zaczyna procesy naprawcze które mogą być groźne a wszystko powyżej 50 to już strefa czerwona gdzie ryzyko sercowo-naczyniowe rośnie lawinowo.

Chcę żebyście zapamiętali z tej pierwszej części jedną rzecz że wysoka lipoproteina (a) to nie jest wyrok śmierci i powód do paniki czy natychmiastowego sięgania po eksperymentalne terapie.. to jest po prostu bardzo głośny sygnał od waszego organizmu, że stary ewolucyjny mechanizm został aktywowany i próbuje was ratować w jedyny znany sobie sposób..

W kolejnej części opowiem wam dokładnie jak mądrze współpracować z tym mechanizmem jak wykorzystać wiedzę o insulinie i stylu życia, żeby wyciszyć ten genetyczny alarm i żyć w pełnym zdrowiu bez lęku o swoje serce, bo mamy nad tym znacznie większą kontrolę niż nam się o tym mówi.

Dr Jerzy Lewko

JEDNA ZMIANA W ŚNIADANIU, KTÓRA NATYCHMIAST „WYŁĄCZA” GŁÓD.Znacie to uczucie, kiedy zjedliście posiłek, a mimo to za god...
27/01/2026

JEDNA ZMIANA W ŚNIADANIU, KTÓRA NATYCHMIAST „WYŁĄCZA” GŁÓD.

Znacie to uczucie, kiedy zjedliście posiłek, a mimo to za godzinę znowu otwieracie lodówkę, szukając „czegoś dobrego”? Zazwyczaj kończy się na bułce, ciastku albo czymś słodkim. To nie jest brak silnej woli i to nie jest Wasza wina. To mechanizm, który nauka zna od lat, a o którym wciąż mówi się za mało.

W 2013 roku w prestiżowym "American Journal of Clinical Nutrition" opisano zjawisko, które nazywamy dźwignią białkową (ang. protein leverage).

O co w tym chodzi?

Nasz organizm, a konkretnie podwzgórze w mózgu oraz wątroba, posiada wbudowany bardzo precyzyjny „termostat białkowy”. Ciało ma określony cel – musi zdobyć konkretną ilość aminokwasów, aby funkcjonować i się regenerować. Dopóki nie dostarczymy tej wymaganej normy białka, nasz mózg będzie nieustannie wysyłał dramatyczne sygnały głodu. Będzie krzyczał: JEŚĆ!

Problem polega na tym, że gdy brakuje białka, organizm nie każe nam zjeść steka. On chce szybkiej energii, żeby móc dalej szukać budulca. Dlatego rzucamy się na węglowodany. Jemy puste kalorie, tyjemy, a organizm wciąż jest niedożywiony na poziomie komórkowym. To błędne koło.

Rozwiązanie jest zaskakująco logiczne, ale wymaga zmiany myślenia o śniadaniu. Jeśli rano dostarczymy solidną porcję białka (celujemy tu wysoko, nawet w okolicach 30-50 g w zależności od masy ciała), dzieje się coś niesamowitego.
Biochemiczne przełączniki w mózgu zostają wyłączone. Sygnał „szukaj jedzenia” cichnie.

Dlaczego to takie ważne w kontekście zdrowia i leczenia?

Chodzi o stan zapalny. Nadmiar tkanki tłuszczowej to nie jest tylko problem estetyczny. Tłuszcz, zwłaszcza ten trzewny, to aktywna tkanka wydzielająca cytokiny prozapalne. To one niszczą naszą wrażliwość na insulinę. Kiedy zaczynamy dzień od białka, nie podjadamy. Naturalnie jemy mniej węglowodanów, bo po prostu nie mamy na nie ochoty. Organizm zaczyna korzystać z zapasów. Spada masa ciała, wycisza się stan zapalny, a insulina zaczyna znowu działać tak, jak powinna. To nas leczy.

Nie chodzi jednak tylko o makroskładniki, ale również o gęstość odżywczą.

Dlatego w moich zaleceniach tak często pojawiają się jajka. To nie tylko białko, ale przede wszystkim cholina – prekursor acetylocholiny, która uspokaja układ nerwowy i poprawia pracę mózgu. Często chęć na słodycze wynika właśnie z niedoborów neuroprzekaźników, a nie z głodu. Wołowina, wątróbka – to witaminy z grupy B, to prawdziwe paliwo dla komórek. Sardynki z ośćmi to z kolei naturalny wapń.

Moja strategia jest prosta, choć wymaga wyczucia własnego organizmu.

Zaczynamy od śniadania białkowo-tłuszczowego.

Jajka, mięso, ryby – nasyćmy organizm na start. Wzbogaćmy je o zdrowe tłuszcze, takie jak oliwa z oliwek czy olej lniany. Nieraz, aby skutecznie wyciszyć uczucie głodu na kilka dobrych, kolejnych godzin, potrzebujemy dodatku 10-15 g masła.

A co z warzywami?

Tutaj warto dostosować ich ilość do konkretnej sytuacji. Zależy to od tego, co zamierzamy robić po śniadaniu – czy potrzebujemy być fizycznie aktywni, czy może musimy myśleć, siedząc przed komputerem i w skupieniu rozwiązywać szereg problemów, które niesie kolejny dzień pracy. Często, jeśli musimy podejmować trudne decyzje, koncentrować się i funkcjonować w pewnego rodzaju stresie – mniejszym czy większym, co nieodłącznie wiąże się z pracą zawodową – wówczas dobrze jest do śniadania nie dodawać istotnej ilości warzyw. W takich momentach ograniczamy je do ilości śladowych bądź stosujemy po prostu wersję Carnivore. Oznacza to, że jemy samo mięso, ryby, nabiał z dodatkiem garści orzechów.

Taki posiłek daje nam „czystą głowę” i stabilną energię bez obciążania układu trawiennego błonnikiem w momentach największego skupienia.

Węglowodany natomiast warto zostawić na kolację. Jeśli zrealizujemy cel białkowy rano, wieczorem naturalnie zjemy ich mniej. Węglowodany o tej porze pomogą nam się wyciszyć przed snem, nie powodując gwałtownych skoków glukozy w ciągu dnia, co jest kluczowe przy insulinooporności.

Całość warto domknąć, dbając o jelita – sprawna komunikacja na osi jelito-mózg to podstawa, dlatego dobre kiszonki czy kefir wypite po posiłku (gdy już nie jesteśmy w trybie ścisłej pracy umysłowej) są bardzo mile widziane.

To wiedza, która pozwala odzyskać kontrolę nad apetytem bez walki i wyrzeczeń. Organizm, który dostaje to, czego potrzebuje, odwdzięcza się spokojem i zdrowiem.

Dla osób, które lubią weryfikować wiedzę u źródeł: w pierwszym komentarzu pod tym postem zamieszczam link do pracy naukowej opublikowanej w "American Journal of Clinical Nutrition", która szerzej omawia ten mechanizm. Warto się zapoznać 👇

Dr Jerzy Lewko

Adres

Ulica Sw. Rocha 7 M 13
Białystok
15-879

Telefon

+48604974985

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Dr Jerzy Lewko umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Dr Jerzy Lewko:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram