26/11/2025
Zaplątani w systemie…
Coraz częściej słyszę, że dzieci są „niegrzeczne”, że „mają ADHD”, że są „nadpobudliwe”, „kłopotliwe”, „trudne”. Łatki przykleja się dziś bardzo łatwo — czasem nawet bez diagnozy.
Ale im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej widzę jedno:
Problemem nie są te dzieci.
Problemem jest system.
Problemem są nasze czasy.
Dzieci spędzają długie godziny przed telefonami, komputerami, telewizorami. Nie dlatego, że rodzicom „nie zależy”. Nie dlatego, że ktoś coś zaniedbał. Owszem — zdarzają się zaniedbania, ale to ułamek procenta.
W większości przypadków wygląda to inaczej:
Rodzic musi spłacać kredyt.
Musi ogarnąć dom.
Musi ugotować.
Musi pracować — czasem nawet po godzinach, w domu, przy komputerze, żeby fizycznie być obok dziecka, ale mentalnie nadal jest w obowiązkach.
Kiedyś było inaczej.
Domy wielopokoleniowe.
Dziadkowie, którzy przejmowali część opieki, dawali obecność, czas, ciepło.
Rodzic pracował, ale wracał do gotowego obiadu i do pomocy.
Dzieci biegały po podwórkach, spędzały godziny na zabawie z rówieśnikami.
A dziś?
Dziadkowie często mieszkają daleko.
Albo są zapracowani.
Albo sami noszą nieprzepracowane traumy, które utrudniają im bliskość.
Rodziny rzadziej mieszkają blisko siebie.
Rodzice boją się wypuszczać dzieci, bo nie znają sąsiadów.
Ludzie pozamykali się w swoich „złotych klatkach”, za wysokimi płotami.
„Dzień dobry” to często maksimum kontaktu.
Coraz więcej rodzin się rozpada.
Opieka najczęściej spada na matkę — matkę, która pracuje, martwi się rachunkami, ogarnia dom, robi wszystko, by utrzymać rodzinę.
Często bez wsparcia byłego partnera.
Czasem bez wsparcia swoich czy jego bliskich.
Jak takiej matce wyrzucić, że „za dużo telewizora”?
Skoro ona włącza ten telewizor, bo musi ugotować, sprzątnąć, odpisać na maile.
Albo zwyczajnie — musi na chwilę usiąść, bo już nie ma siły.
I jeszcze szkoły…
Kiedyś przerwy oznaczały wyjście na dwór.
Ruch, świeże powietrze, zabawę, kontakt z innymi.
Dziś wiele placówek tego nie promuje.
Nawet gdy świeci słońce, dzieci siedzą w świetlicy.
I co słyszą?
„Nie biegaj.”
„Usiądź.”
„Bądź spokojny.”
Ale jak dziecko ma nie biegać?
Jak ma siedzieć 45 minut w ławce, jeśli wcześniej nie miało szansy rozładować energii?
Jak ma nie niszczyć kredek i zeszytów, jeśli jego ciało krzyczy o ruch?
To nie są „trudne” dzieci.
To są dzieci, które potrzebują się ruszać.
Potrzebują być na dworze.
Potrzebują bawić się.
Potrzebują przytulenia, bliskości, czyjejś uwagi.
A co, jeśli rodzic może to dać tylko wtedy, gdy dziecko śpi?
Co, jeśli stoi nad jego łóżkiem, patrzy na nie z bólem w sercu i myśli:
„Czemu nie znalazłam dziś tych 10 minut? Przecież mogłam odłożyć telefon…”
Tylko czy to naprawdę wina rodzica?
Nie.
Rodzic też jest zaplątany.
W system, w pracę, w obowiązki.
W niekończące się formularze, przelewy, dokumenty, wszystko „przez internet”, wszystko „na już”.
W lęki, w samotność, w presję, którą narzucają współczesne czasy.
I dlatego właśnie chcę powiedzieć głośno:
Dzieci nie są problemem.
Rodzice nie są problemem.
Problemem jest system, który nie wspiera ani jednych, ani drugich.
Czy na te problemy jest lek?
I tak… i nie
Często problem znika samoistnie, gdy to wszystko zrozumiemy i mamy możliwość dokonać chociaż niewielkich zmian.
Jednak gdy nie ma takiej możliwości można próbować wesprzeć homeopatią. Jednak to co opisałam wyżej jest powodem również dlaczego nawet dobrze dobrany lek może nie zadziałać, nie pomóc.