19/02/2026
Wiele rzeczy mnie mierzi w niuejdżowym dyskursie, który roi się od uproszczeń i głupot, ale chyba najbardziej irytują mnie „mentorzy”, którzy tak bardzo upodobali sobie język tantry. Nie tylko paskudnie spłaszczają przeciekawy system filozoficzny i szerzą szkodliwe treści, lecz także używają go jak kaznodzieje, żeby prawić kobietom o „esencji kobiecości” na użytek własnych fantazji.
W tantrze nie istnieje coś takiego jak „energia kobieca” w sensie psychologicznym czy biologicznym. Śiva i Śakti – prawdopodobnie najbardziej spłycone przez New Age kategorie – opisują dynamiki świadomości i przejawiania, obecne w każdym podmiocie niezależnie od płci czy tożsamości. Zrównywanie tych pojęć z rolami płciowymi to nie tylko intelektualna niechlujność, ale zwyczajny błąd kategorialny.
Już pomijam fakt, że przypisywanie „jakości energetycznych” do płci biologicznej jest kompletną bzdurą, ale popularność używania pojęć zaczerpniętych z jogi i tantry do legitymizowania mizoginii wydaje mi się szczególnie absurdalna.
Niby człowiek zna historię religii i wie, że takie mechanizmy powracają regularnie, a jednak poziom niekompetencji + arogancji niektórych duchowych influenserów wciąż potrafi zadziwić.
Co o tym myślicie?