Psycholog Pejka z Bydgoszczy

Psycholog Pejka z Bydgoszczy Psychologiczne spojrzenie na codzienność.

Teksty pod rozwagę.

* Instagram➡️psycholog_pejka
* YT➡️ Psycholożka.z.Bydgoszczy
Napisz do mnie poprzez Messengera i umów się na spotkanie.

„Kiedy "mój/moja eks" znaczy "Twój tata lub mama", czyli o publicznych emocjach ale prywatnych ranach i odpowiedzialnośc...
31/03/2026

„Kiedy "mój/moja eks" znaczy "Twój tata lub mama", czyli o publicznych emocjach ale prywatnych ranach
i odpowiedzialności rodziców w social mediach..."

Rozstanie rodziców w rzeczywistości mediów społecznościowych nabiera dziś zupełnie nowego wymiaru. Coraz częściej obserwuję zjawisko, które – choć bywa subtelne w formie – ma bardzo realne konsekwencje dla dziecka.
Chodzi o PUBLIKOWANIE przez RODZICÓW treści odnoszących się do BYŁEGO partnera poprzez ALUZJE: „mój eks”, ogólne komentarze o „toksycznych kobietach” czy „niewdzięcznych mężczyznach”, ironiczne refleksje o związkach czy sugestywne relacje, które dla dorosłych są czytelne, a dla dziecka – niepokojąco oczywiste.

Bo nie oszukujmy się – dziecko doskonale wie, o kim mowa. Nie trzeba tagować, nie trzeba pisać imienia. Wystarczy kontekst. I właśnie ta pozorna „niewinność” tych treści jest szczególnie problematyczna. To trochę jak powiedzieć coś bardzo raniącego, ale z uśmiechem i dopiskiem „to nie o Tobie”. Tylko że dokładnie o tym jest.

Z perspektywy dorosłego bywa to przedstawiane jako „wyrzucenie emocji”, „autentyczność”, „mówienie swojej prawdy”, albo żartobliwą rolkę...
Tylko że jeśli czyjąś „prawdą” jest publiczne deprecjonowanie drugiego rodzica własnego dziecka – nawet w sposób zawoalowany – to trudno mówić tu o dojrzałości. To nie jest odwaga. To nie jest siła.

A dziecko? Dziecko zostaje z tym samo.

Dziecko, które ma dobrą relację z obojgiem rodziców, zaczyna się gubić. Pojawiają się myśli, których absolutnie nie powinno nosić:
„Czy mama naprawdę uważa tatę za takiego człowieka?”
„Czy tata naprawdę myśli, że mama jest taka zła?”
„Jeśli tata jest toksyczny, to co to mówi o mnie?”
„Jeśli mama jest problemem, to czy ja też nim jestem?”
„Dlaczego ktoś, kogo kocham, jest przedstawiany w taki sposób?”
„Czy ja powinienem się wstydzić tej relacji?”
"Może nie warto w ogóle wchodzić w związki...?"

To nie są niewinne refleksje. To jest realny konflikt lojalnościowy, tylko że przeniesiony do przestrzeni cyfrowej i – co gorsza – rozgrywany publicznie. Dziecko nie tylko przeżywa napięcie wewnętrzne, ale też funkcjonuje w świadomości, że widzą to inni: znajomi, rówieśnicy, ich rodzice. Że jego prywatna historia stała się czyimś „contentem”.
I naprawdę – wrzucanie artykułów, memów czy filmików z podtekstem „wszyscy faceci są tacy” albo „kobiety zawsze robią to samo” to dla mnie poziom nastoletniego przeżywania rzeczywistości.
Kojarzy mi się to z etapem „Bravo Girl” z lat 90.,
gdzie takie emocjonalne wrzutki miały swoje miejsce. Ale kiedy ma się już swoje lata, doświadczenia, a przede wszystkim dzieci – i jest się odpowiedzialnym, dojrzałym człowiekiem – to naprawdę, przepraszam, ale to nie jest ten poziom.

I tu pojawia się pytanie, którego naprawdę nie da się uniknąć: po co?

Po co dorosły człowiek publikuje takie rzeczy? Co dokładnie chce osiągnąć? Poklask? Potwierdzenie? Wirtualne „masz rację”? Jeśli ceną za to ma być komfort psychiczny własnego dziecka, to trudno nie nazwać tego wprost – to jest emocjonalna niedojrzałość.

Bo dojrzałość to nie jest umiejętność napisania błyskotliwej, pasywno-agresywnej relacji o „toksycznych ludziach”. Dojrzałość to umiejętność zatrzymania się i zadania sobie pytania: czy to, co publikuję, nie uderzy w moje dziecko, w jego postrzeganie relacji, wiarę w zaufanie, lojalność w związku...?

Publikowanie takich treści nie zamyka przeszłości. Nie uzdrawia jej.
Ono ją konserwuje – i rozszerza jej zasięg❗
To już nie jest tylko historia między dwojgiem dorosłych. To jest historia, którą zaczyna współtworzyć i dźwigać dziecko...
I trudno nie odnieść wrażenia, że mamy tu do czynienia z pewną formą emocjonalnego ekshibicjonizmu.
Takiego, który bywa społecznie nagradzany – lajkami, komentarzami, „wsparciem” – ale kompletnie pomija fakt, że gdzieś obok jest dziecko, które to wszystko czyta.
Dlatego nie – to nie jest „niewinne”. To nie jest „tylko internet”. To nie jest „każdy ma prawo do wyrażania siebie”.

Bo bycie rodzicem oznacza, że nie wszystko, co czujemy, musi – a tym bardziej powinno – zostać opublikowane❗

Jeśli ktoś naprawdę czuje potrzebę dzielenia się swoją historią, istnieją na to bezpieczne przestrzenie: terapia, rozmowy z bliskimi, zamknięte kręgi wsparcia. A jeśli już koniecznie musi to być internet – to absolutnym minimum odpowiedzialności jest takie ustawienie granic, by dziecko nie było odbiorcą tych treści (na przykład poprzez ograniczenie odbiorców).

Bo dziecko nie potrzebuje znać naszej wersji wydarzeń.
Dziecko potrzebuje wiedzieć, że mimo wszystko jego świat – i jego relacje – są bezpieczne.

I jeśli tego nie chronimy, to problem naprawdę nie leży w „eksie”...
Tyle ode mnie.

O lęku przed pobieraniem krwi mówi się zazwyczaj w dwóch kontekstach: małych dzieci, które płaczą na widok strzykawki, o...
30/03/2026

O lęku przed pobieraniem krwi mówi się zazwyczaj
w dwóch kontekstach: małych dzieci, które płaczą
na widok strzykawki, oraz dorosłych, z których żartujemy, że „tacy twardzi, a mdleją przy igle” (częściej panowie, w dodatku rzadko temu zaprzeczają hihi)...
Tymczasem gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami stoją nastolatkowie — i to właśnie oni często przeżywają ten moment najbardziej… intensywnie, choć nie zawsze najbardziej spektakularnie.

Bo nastolatek rzadziej się rozpłacze. Częściej powie: „spoko, luz”, po czym jego ciało zrobi coś zupełnie przeciwnego...

Więcej na YouTube. Kliknij

https://youtu.be/-_4x6OWsa64?is=Ox9k8kMaFIQVS5jk

Zapraszam Cię do odsłuchania tego odcinka, w którym przyglądam się temu, jak nastolatkowie przeżywają pobieranie krwi — często dużo intensywniej, niż pokazuj...

Ach, Dzień Wagarowicza — jedyny dzień w roku, kiedy uczniowie nagle przypominają sobie, że edukacja to nie tylko szkoła,...
20/03/2026

Ach, Dzień Wagarowicza — jedyny dzień w roku, kiedy uczniowie nagle przypominają sobie, że edukacja to nie tylko szkoła, ale też… doświadczenia terenowe w centrum miasta.

Telefon dzwoni.

„Mamo/Tato… bo wszyscy idą… ja też bym chciał/chciała… ale mówię uczciwie…”

I w tym momencie nie zaczyna się rozmowa o wagarach.
Zaczyna się szybki sprawdzian z łączenia dwóch światów: stawiania granic i utrzymania dobrej relacji.

Masz przed sobą klasyczny dylemat:
czy iść w twardą strukturę, czy w pełne zrozumienie.
A najlepiej — jak to w życiu — zrobić jedno i drugie jednocześnie (czyli coś, co brzmi jak oksymoron, ale działa zaskakująco dobrze).

Jeśli pójdziesz w tryb „zero tolerancji”:
„Nie ma mowy. Wracaj do szkoły.”
— granice są jasne, ale rozmowa na przyszłość może się… magicznie skrócić do minimum.

Jeśli natomiast odpalisz tryb „spoko rodzic, wszystko ogarniemy”:
„Idź, baw się dobrze, coś się wymyśli.”
— relacja kwitnie, ale odpowiedzialność właśnie cichutko wyszła tylnymi drzwiami.

Najbardziej sensowna opcja to elegancki środek — połączenie zrozumienia doświadczenia dziecka z jasnym komunikatem o granicach

Czyli na przykład tak:

„Wiem, jak wygląda Dzień Wagarowicza — sama przez to przechodziłam i pamiętam, jak bardzo człowiek chciał być wtedy z klasą i nie zostać w tyle. Domyślam się, że zależy Ci, żeby być z nimi. Natomiast to Twoja decyzja i Twoja odpowiedzialność. Ja tego nie usprawiedliwię.”

I to zdanie naprawdę robi kawał dobrej roboty.

Bo:

* pokazuje, że rozumiesz sytuację, a nie tylko ją oceniasz,
* jasno stawiasz granicę,
* i zostawiasz decyzję tam, gdzie powinna być — po stronie dziecka.

Czyli zamiast:

* policjanta („zakaz!”),
* albo producenta alibi („załatwione!”),

stajesz się kimś znacznie skuteczniejszym:
rodzicem, który uczy odpowiedzialnego decydowania.

A to już poziom wyżej niż zwykłe „idź / nie idź”.
Bo nagle dziecko musi się zatrzymać i pomyśleć:
„Czy ja naprawdę chcę to zrobić — wiedząc, że to ja będę ogarniać konsekwencje?”
I tu zaczyna się prawdziwa nauka życia.
Bez kartkówki, bez ocen, ale za to z bardzo realnym „sprawdzam”.

Na koniec w wersji skróconej
(dla zapracowanych rodziców i fanów konkretów):

„Znam ten klimat, sama przez to przechodziłam i wiem, że to dla ciebie ważne. Ale ja tego nie usprawiedliwię. Decyzja należy do Ciebie.”

A potem możesz spokojnie wrócić do swoich spraw… i docenić jedną rzecz:

Że Twoje dziecko zadzwoniło i powiedziało prawdę
(mała prywata: Kocham Cię Synku).
Bo to, wbrew pozorom, jest dużo większe osiągnięcie niż obecność na trzeciej lekcji geografii.

19/03/2026
Dzień Kobiet to dobry moment, żeby na chwilę zatrzymać się i pomyśleć o kobiecości – nie tylko przez pryzmat kwiatów, ży...
08/03/2026

Dzień Kobiet to dobry moment, żeby na chwilę zatrzymać się i pomyśleć o kobiecości – nie tylko przez pryzmat kwiatów, życzeń i czekoladek,
ale też tego, jak wiele kobiety wnoszą do codziennych relacji.

Kobiety i mężczyźni różnią się od siebie.
To odkrycie nie jest może na miarę Nagrody Nobla, ale wciąż potrafi zaskakiwać w codziennym życiu.

Kobieta potrafi na jednym wydechu opowiedzieć historię całego dnia – razem z emocjami,
trzema refleksjami o życiu i subtelną uwagą,
że ktoś powiedział coś dziwnego w 2017 roku. Mężczyzna w podobnej sytuacji powie najczęściej: „Było okej”😉. I naprawdę będzie uważał, że to wyczerpująca relacja.

Ciekawie robi się też wtedy, gdy pojawia się problem. Kobieta chce o nim porozmawiać, przeanalizować go, zobaczyć z kilku stron, a najlepiej jeszcze zrozumieć, co kto wtedy czuł. Mężczyzna w tym samym czasie często patrzy spokojnie i mówi: „Ale jaki problem?”.
I nie jest to unikanie tematu – on naprawdę przez chwilę próbuje zlokalizować, gdzie dokładnie ten problem się znajduje🫣😁.

Są też różnice w pamięci do szczegółów.
Kobieta pamięta rozmowę, ton głosu, minę rozmówcy i to, że wtedy padał lekki deszcz.
Mężczyzna pamięta, że… chyba była jakaś rozmowa😉.

A jednak w tym wszystkim jest coś bardzo ludzkiego
i bardzo sympatycznego. Jedni analizują świat przez relacje i emocje, drudzy przez działanie i prostotę.
I choć czasem prowadzi to do małych nieporozumień, to właśnie z tych różnic powstaje najwięcej ciekawych rozmów, sporów przy kolacji i historii, które potem opowiada się znajomym..., hihi.

Drodzy Panowie – gdyby nas nie było, świat byłby może trochę prostszy… ale też znacznie mniej ciekawy... 😁LOL

A nam - drogie Panie – życzę, żebyśmy nigdy nie traciły tej naszej wrażliwości, intuicji, poczucia humoru i zdolności dostrzegania rzeczy, które innym czasem umykają. Bo to właśnie z tych drobnych rzeczy powstaje cała magia codzienności.

Pięknego Dnia Kobiet. 🌷

"Kiedy miłość spotyka się z różnymi planami na rodzicielstwo..."Zdarzyło mi się już kilkukrotnie w pracy rozmawiać z oso...
04/03/2026

"Kiedy miłość spotyka się z różnymi planami
na rodzicielstwo..."

Zdarzyło mi się już kilkukrotnie w pracy rozmawiać z osobami, które znajdują się w dość złożonej sytuacji życiowej – są w relacji, w której jedna ze stron ma już dzieci z poprzedniego związku, a druga nie ma jeszcze własnych (ale deklaruje, że chciałaby je mieć).
Temat ten pojawia się nie tylko w gabinecie, ale można go dostrzec również w codziennym życiu, w rozmowach ze znajomymi, a nawet w filmach czy serialach.
To pokazuje, że nie jest to rzadkie zjawisko...
Z tego powodu zaczęłam przyglądać się temu uważniej – zarówno z perspektywy zawodowej, jak i obserwacji różnych historii ludzi.

Warto zaznaczyć, że sytuacja ta może przyjmować różne konfiguracje. Ja osobiście częściej spotykam się z wersją relacji kobiety bezdzietnej z mężczyzną, który ma już dzieci, ale zapewne równie często jest odwrotnie - kobieta ma dzieci z poprzedniego związku i nie planuje już kolejnych, natomiast mężczyzna nie ma jeszcze własnych i odczuwa potrzebę zostania ojcem. Generalnie, myślę, że to nie ma znaczenia.
Bo w jednym i drugim przypadku chodzi o "to samo...".
W obu pojawia się podobne napięcie: spotykają się dwie osoby znajdujące się na różnych etapach życia i mające odmienne doświadczenia związane z rodzicielstwem.

Jednym z pierwszych wyzwań jest różnica doświadczeń życiowych.
Osoba, która ma już dzieci, przeszła przez etap intensywnego zaangażowania w wychowanie i często ma ukształtowane priorytety związane z odpowiedzialnością za rodzinę. Jej czas, energia i zasoby są w naturalny sposób podzielone pomiędzy partnera, dzieci oraz inne zobowiązania.
Z kolei partner, który nie ma jeszcze dzieci, może dopiero rozważać rodzicielstwo jako ważny element swojej przyszłości.
Ta różnica sama w sobie nie musi być problemem, jednak wymaga wzajemnego zrozumienia i otwartości na rozmowę o oczekiwaniach wobec przyszłości.

W takich relacjach bardzo często pojawia się pytanie o wspólne dziecko.
Zdarza się, że osoba, która ma już dzieci, nie czuje potrzeby ponownego wchodzenia w rolę rodzica małego dziecka. Może wynikać to z wielu powodów: zmęczenia wcześniejszymi doświadczeniami, wieku, sytuacji życiowej czy obawy przed ponownym przechodzeniem przez wymagające etapy wychowania.
Jednocześnie dla partnera, który nie ma jeszcze dzieci, rodzicielstwo może być ważną częścią jego wizji życia i przyszłości.

W takich sytuacjach trudno mówić o klasycznym kompromisie. Decyzja o posiadaniu dziecka nie jest bowiem podobna do wyboru miejsca zamieszkania czy sposobu spędzania wolnego czasu.
Jest to decyzja fundamentalna, która dotyka bardzo głębokich potrzeb i wartości.
Dlatego w wielu przypadkach najważniejsza okazuje się szczera rozmowa o tym, jak każda ze stron wyobraża sobie swoją przyszłość.

Jeśli ktoś znajduje się w takiej sytuacji, pierwszym krokiem powinna być spokojna i otwarta rozmowa o oczekiwaniach oraz o tym, jak ważna jest dla każdej ze stron kwestia posiadania dziecka.
Warto spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie:
"W jakim stopniu dana potrzeba jest absolutnie kluczowa dla poczucia spełnienia w życiu, może też istnieje przestrzeń do innego ułożenia wspólnej przyszłości..."?
Pomocne bywa również zatrzymanie się na chwilę i przyjrzenie się własnym motywacjom. Czasami warto zadać sobie kolejne pytanie:
"Co tak naprawdę stoi za pragnieniem posiadania dziecka..."?
Czy jest to głęboka potrzeba macierzyństwa lub ojcostwa, czy może w pewnym stopniu wpływa na nią presja społeczna, oczekiwania otoczenia, przekonanie o tym, „jak powinno wyglądać życie”, a może jeszcze inne osobiste doświadczenia.
Uświadomienie sobie własnych motywów nie zawsze daje natychmiastową odpowiedź, ale często pomaga lepiej zrozumieć siebie i uporządkować dalsze decyzje.

W takich momentach warto także dać sobie czas. Decyzje dotyczące przyszłości rodziny nie powinny być podejmowane pod presją emocji ani w pośpiechu. Niekiedy pomocna okazuje się również rozmowa z terapeutą lub kimś z zewnątrz, kto może pomóc uporządkować myśli i zobaczyć sytuację z różnych perspektyw.

Najważniejsze wydaje się jednak to, aby żadna ze stron nie podejmowała decyzji wyłącznie z poczucia presji lub poświęcenia.
Relacja ma największą szansę przetrwać wtedy, gdy obie osoby czują, że dokonany wybór jest w zgodzie z nimi samymi. W przeciwnym razie z czasem może pojawić się żal, poczucie straty lub przekonanie, że zrezygnowało się z czegoś bardzo ważnego.

Czasem znalezienie wspólnej drogi jest możliwe, a czasem okazuje się, że wizje przyszłości są zbyt różne.
Wtedy najtrudniejszą, ale jednocześnie najbardziej uczciwą decyzją może być uznanie tej różnicy i...
W takich sytuacjach warto pamiętać, że troska o własne potrzeby i autentyczność nie musi oznaczać porażki relacji – bywa po prostu wyrazem dojrzałości i szacunku wobec siebie nawzajem.

Co o tym sądzicie?

Co ciało mówi o emocjach?W gabinecie często spotykam się z sytuacją,w której objawy fizyczne nie mają wyraźnej przyczyny...
26/02/2026

Co ciało mówi o emocjach?

W gabinecie często spotykam się z sytuacją,
w której objawy fizyczne nie mają wyraźnej przyczyny medycznej — a mimo to są realne i odczuwalne. Jednym z mechanizmów, który może za nimi stać, jest somatyzacja. Czym ona jest?
Somatyzacja to proces, w którym napięcie emocjonalne znajduje ujście nie w słowach czy świadomym przeżyciu, ale w ciele.
Innymi słowy: trudne, niewyrażone
lub nieuświadomione emocje zostają „przetłumaczone” przez organizm na objawy fizyczne.

Psychika mówi: „tego nie mogę poczuć ani powiedzieć”.
Ciało odpowiada: „w takim razie ja to pokażę‼️"

Przykładowo, w sytuacjach lęku mogą pojawiać się bóle brzucha, przy przewlekłym napięciu — bóle głowy, przy tłumionej złości — napięcie mięśni, przy poczuciu przeciążenia — zawroty głowy, przy długotrwałym stresie — zmęczenie,w sytuacji bezradności — mdłości lub problemy jelitowe,
a przy silnym napięciu emocjonalnym — duszność czy kołatanie serca.
Nie oznacza to oczywiście, że dany objaw ma jednoznaczne „psychologiczne znaczenie”.
To tylko przykłady możliwych reakcji organizmu na stres. Co ważne, objaw nie zawsze pojawia się od razu — czasem dopiero wieczorem, następnego dnia, a bywa że po kilku dniach od trudnej sytuacji...

W mojej pracy zdarza się, że Rodzic przychodzi do gabinetu i mówi:
„Pani psycholog, coś jest nie tak.
Moje dziecko ciągle ma ból brzucha.
Badania wyszły dobrze..."

I wtedy zwykle zaczynam szukać nie w brzuchu, tylko… w atmosferze domowej.

Bo dziecko reaguje nie tylko na to, co się mówi wprost, ale na przykład na napięcie między dorosłymi — na irytację, chłód, unikanie rozmów czy konflikty (niezależnie od tego, czy rodzice są razem, czy po rozstaniu). Reaguje także na sytuację, w której samotny opiekun funkcjonuje w stałym przeciążeniu, frustracji lub obniżonym nastroju.
Tych "domowych źródeł" jest mnóstwo.
Nie musi być krzyku...
Czasem wystarczy cisza i to, że wszyscy „chodzą na palcach”, albo nie rozmawiają na pewne tematy z obawy bez reakcją innego domownika.

W takich warunkach organizm dziecka będzie szukał sposobu, by zakomunikować: „to dla mnie za dużo”.
A leczenie objawu bez zmiany środowiska przypomina wyciszanie alarmu przeciwpożarowego, kiedy kuchnia nadal się pali. Niestety.

Zanim więc rodzicu znaczniej szukać kolejnych specjalistów, badań lub faszerować dziecko lekami psychiatrycznymi - warto na chwilę zatrzymać się
i spojrzeć szerzej: w jakiej atmosferze funkcjonuje dziecko na co dzień? Jakie napięcia są obecne w domu? I czy to możliwe, że jego ciało reaguje na coś, na co samo nie ma jeszcze słów?
Czasem pomoc dziecku zaczyna się nie od kolejnej diagnozy, ale od odwagi dorosłych, by przyjrzeć się sobie...

Pamiętaj!
Ciało dziecka często mówi o tym,
o czym dorośli często w domu milczą.

P.s.
Warto zaznaczyć, że somatyzacja dotyczy nie tylko dzieci, ale również osób dorosłych.
Różnica polega jednak na sposobie radzenia sobie z napięciem emocjonalnym — dzieci często somatyzują, ponieważ nie potrafią jeszcze rozpoznać i nazwać swoich emocji, natomiast u dorosłych objawy somatyczne częściej wiążą się z nawykiem tłumienia emocji lub ignorowania własnych potrzeb.

Adres

Poniatowskiego 26/8
Bydgoszcz

Godziny Otwarcia

10:00 - 16:00

Telefon

+48699829219

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psycholog Pejka z Bydgoszczy umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria