31/03/2026
„Kiedy "mój/moja eks" znaczy "Twój tata lub mama", czyli o publicznych emocjach ale prywatnych ranach
i odpowiedzialności rodziców w social mediach..."
Rozstanie rodziców w rzeczywistości mediów społecznościowych nabiera dziś zupełnie nowego wymiaru. Coraz częściej obserwuję zjawisko, które – choć bywa subtelne w formie – ma bardzo realne konsekwencje dla dziecka.
Chodzi o PUBLIKOWANIE przez RODZICÓW treści odnoszących się do BYŁEGO partnera poprzez ALUZJE: „mój eks”, ogólne komentarze o „toksycznych kobietach” czy „niewdzięcznych mężczyznach”, ironiczne refleksje o związkach czy sugestywne relacje, które dla dorosłych są czytelne, a dla dziecka – niepokojąco oczywiste.
Bo nie oszukujmy się – dziecko doskonale wie, o kim mowa. Nie trzeba tagować, nie trzeba pisać imienia. Wystarczy kontekst. I właśnie ta pozorna „niewinność” tych treści jest szczególnie problematyczna. To trochę jak powiedzieć coś bardzo raniącego, ale z uśmiechem i dopiskiem „to nie o Tobie”. Tylko że dokładnie o tym jest.
Z perspektywy dorosłego bywa to przedstawiane jako „wyrzucenie emocji”, „autentyczność”, „mówienie swojej prawdy”, albo żartobliwą rolkę...
Tylko że jeśli czyjąś „prawdą” jest publiczne deprecjonowanie drugiego rodzica własnego dziecka – nawet w sposób zawoalowany – to trudno mówić tu o dojrzałości. To nie jest odwaga. To nie jest siła.
A dziecko? Dziecko zostaje z tym samo.
Dziecko, które ma dobrą relację z obojgiem rodziców, zaczyna się gubić. Pojawiają się myśli, których absolutnie nie powinno nosić:
„Czy mama naprawdę uważa tatę za takiego człowieka?”
„Czy tata naprawdę myśli, że mama jest taka zła?”
„Jeśli tata jest toksyczny, to co to mówi o mnie?”
„Jeśli mama jest problemem, to czy ja też nim jestem?”
„Dlaczego ktoś, kogo kocham, jest przedstawiany w taki sposób?”
„Czy ja powinienem się wstydzić tej relacji?”
"Może nie warto w ogóle wchodzić w związki...?"
To nie są niewinne refleksje. To jest realny konflikt lojalnościowy, tylko że przeniesiony do przestrzeni cyfrowej i – co gorsza – rozgrywany publicznie. Dziecko nie tylko przeżywa napięcie wewnętrzne, ale też funkcjonuje w świadomości, że widzą to inni: znajomi, rówieśnicy, ich rodzice. Że jego prywatna historia stała się czyimś „contentem”.
I naprawdę – wrzucanie artykułów, memów czy filmików z podtekstem „wszyscy faceci są tacy” albo „kobiety zawsze robią to samo” to dla mnie poziom nastoletniego przeżywania rzeczywistości.
Kojarzy mi się to z etapem „Bravo Girl” z lat 90.,
gdzie takie emocjonalne wrzutki miały swoje miejsce. Ale kiedy ma się już swoje lata, doświadczenia, a przede wszystkim dzieci – i jest się odpowiedzialnym, dojrzałym człowiekiem – to naprawdę, przepraszam, ale to nie jest ten poziom.
I tu pojawia się pytanie, którego naprawdę nie da się uniknąć: po co?
Po co dorosły człowiek publikuje takie rzeczy? Co dokładnie chce osiągnąć? Poklask? Potwierdzenie? Wirtualne „masz rację”? Jeśli ceną za to ma być komfort psychiczny własnego dziecka, to trudno nie nazwać tego wprost – to jest emocjonalna niedojrzałość.
Bo dojrzałość to nie jest umiejętność napisania błyskotliwej, pasywno-agresywnej relacji o „toksycznych ludziach”. Dojrzałość to umiejętność zatrzymania się i zadania sobie pytania: czy to, co publikuję, nie uderzy w moje dziecko, w jego postrzeganie relacji, wiarę w zaufanie, lojalność w związku...?
Publikowanie takich treści nie zamyka przeszłości. Nie uzdrawia jej.
Ono ją konserwuje – i rozszerza jej zasięg❗
To już nie jest tylko historia między dwojgiem dorosłych. To jest historia, którą zaczyna współtworzyć i dźwigać dziecko...
I trudno nie odnieść wrażenia, że mamy tu do czynienia z pewną formą emocjonalnego ekshibicjonizmu.
Takiego, który bywa społecznie nagradzany – lajkami, komentarzami, „wsparciem” – ale kompletnie pomija fakt, że gdzieś obok jest dziecko, które to wszystko czyta.
Dlatego nie – to nie jest „niewinne”. To nie jest „tylko internet”. To nie jest „każdy ma prawo do wyrażania siebie”.
Bo bycie rodzicem oznacza, że nie wszystko, co czujemy, musi – a tym bardziej powinno – zostać opublikowane❗
Jeśli ktoś naprawdę czuje potrzebę dzielenia się swoją historią, istnieją na to bezpieczne przestrzenie: terapia, rozmowy z bliskimi, zamknięte kręgi wsparcia. A jeśli już koniecznie musi to być internet – to absolutnym minimum odpowiedzialności jest takie ustawienie granic, by dziecko nie było odbiorcą tych treści (na przykład poprzez ograniczenie odbiorców).
Bo dziecko nie potrzebuje znać naszej wersji wydarzeń.
Dziecko potrzebuje wiedzieć, że mimo wszystko jego świat – i jego relacje – są bezpieczne.
I jeśli tego nie chronimy, to problem naprawdę nie leży w „eksie”...
Tyle ode mnie.