26/08/2025
"Nauczmy dzieci jąkać się z wdziękiem, klasą i wiarą w siebie.”
Zdanie to widnieje na ścianie mojego gabinetu. Niesie w sobie przesłanie, które bywa trudne do zaakceptowania, nawet w środowisku specjalistów. Na przykład psychologów. Dobrych psychologów.
Niejednokrotnie spotykam się z opinią, że jest ono nie tylko kontrowersyjne, lecz wręcz „absurdalne”. Usłyszałam ostatnio, że jąkanie – jako „choroba i zaburzenie” – powinno być leczone, a podobne hasła jedynie osłabiają motywację do pracy nad płynnością mowy. Dodano przy tym, iż nadmierna akceptacja wszystkich niepełnosprawności wywoła stan w którym poradnie nie będą w stanie udźwignąć takiej liczby osób wymagających wsparcia...
No cóż.
Gdybym była osobą jąkającą się na początku drogi, bałabym się odezwać do takiego specjalisty. Czy sobie poradzę? Czy kiedy nie uda mi się powiedzieć płynnie, zostanę odebrana jako osoba leniwa, nie dość pracująca nad sobą i swoją komunikacją? Ile można dźwigać na barkach nieustannej „pracy nad mową”? Niedobrze mi już od tej presji. Chcę odpocząć i po prostu być sobą w mówieniu.
Kto sam nie kroczył w tych butach, ten nie zrozumie. Nie pojmie, jak ogromnym wysiłkiem bywa równoczesne myślenie o tym, co chce się powiedzieć, dobieranie właściwych słów, ubieranie myśli w zdania, radzenie sobie z emocjami i jednoczesne reagowanie na drugiego człowieka – a do tego jeszcze dokładanie technik płynnej mowy. Dla dorosłego to zadanie niezwykle trudne, a cóż dopiero dla dziecka, które z natury jest spontaniczne i nie będzie koncentrowało się na ćwiczeniach podczas zwykłej rozmowy.
Tymczasem współczesna wiedza i badania pokazują coś zgoła innego. Wyniki dużych analiz prowadzonych na populacjach osób jąkających się w różnym wieku potwierdzają jednoznacznie, że nacisk na płynność bywa szkodliwy – nasila napięcie, zwiększa lęk i paradoksalnie utrudnia komunikację. Jąkanie nie jest efektem braku silnej woli ani „zaniedbania ćwiczeń”. To zjawisko neurologiczne, zakorzenione w strukturze i funkcjonowaniu mózgu. Próby podporządkowania się „sile woli” czy narzucanym technikom prowadzą najczęściej do jeszcze większych trudności.
Warto pamiętać, że według ICD-11 jąkanie diagnozowane jest jako zaburzenie tylko wtedy, gdy w istotny sposób ogranicza codzienne funkcjonowanie – w obszarze społecznym, edukacyjnym czy zawodowym. W pozostałych przypadkach traktowane jest jako różnorodność werbalna, naturalna odmiana ludzkiej komunikacji. To ogromna zmiana perspektywy, która wpisuje się w szerszy nurt myślenia o neuroróżnorodności.
Historia zna już podobne przykłady. Kiedyś osoby leworęczne zmuszano do pisania prawą ręką, uznając ich naturalną cechę za „wadę wymagającą korekty”. Dziś nikt nie podważa faktu, że leworęczność to po prostu jedna z możliwych dróg rozwoju człowieka. Podobnie jest z jąkaniem – spontaniczna mowa, nawet jeśli niepozbawiona niepłynności, jest autentyczna i pełnowartościowa.
Techniki płynności mogą być pomocne – ale powinny pozostać wyborem osoby jąkającej się, a nie jej obowiązkiem. To ona ma prawo decydować, kiedy i w jakim stopniu z nich korzystać. Trzeba mieć świadomość, że ich stosowanie wiąże się z ogromnym kosztem emocjonalnym i poznawczym, a dla wielu osób jest bardziej męczące niż samo jąkanie.
Dlatego za fundament pracy z dziećmi i dorosłymi uważam przede wszystkim budowanie wiary w siebie, poczucia wartości i prawa do mówienia po swojemu. Bo dopiero wtedy, gdy człowiek czuje, że jego głos ma znaczenie niezależnie od formy, może naprawdę odnaleźć w mowie swobodę i radość.
Wydaje się, że jeszcze wiele czasu minie, zanim potoczne postrzeganie jąkania przestanie sprowadzać je wyłącznie do „problemu”, który należy naprawić. Dopóki nie będziemy dysponować metodami oddziałującymi bezpośrednio na te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za samo jąkanie, wszelkie sposoby skupione wyłącznie na skutkach, zmuszające człowieka do osiągania płynności mowy siłą woli, pozostają szkodliwe. Takie podejście nie przyniosło nigdy trwałego dobra, a jedynie zwiększało presję i cierpienie osób jąkających się.