29/03/2026
15 lat.
Tyle dziś mówi się o granicy dla social mediów.
A ja myślę o dzieciach, które dużo wcześniej przekroczyły inną granicę.
Granicę między byciem dzieckiem a byciem oglądanym.
Bo do gabinetu nie wchodzi „Instagram”.
Nie wchodzi „TikTok”.
Nie wchodzi „telefon”.
Do gabinetu wchodzi trzynastolatka,która już wie, że trzeba dobrze wyglądać.
Dwunastolatek, który nauczył się mierzyć swoją wartość reakcją innych.
Dziecko, które jeszcze nie umie nazwać swojego lęku,ale już umie porównać się do całego świata.
I naprawdę nie chodzi tylko o ekran.
Chodzi o to, że za wcześnie przyszło im żyć w miejscu, gdzie wszystko staje się oceną:
Twarz.
Ciało.
Popularność.
Życie.
Nastrój.
Samotność.
Za wcześnie przyszło im uwierzyć, że trzeba być ciekawym, ładnym, zabawnym, szybkim, zauważonym.
Że cisza to nuda.
Zwyczajność to porażka.
A brak odpowiedzi na "wiadomość" znaczy: nie jestem ważna. Nie jestem ważny.
I potem siedzimy naprzeciwko siebie w gabinecie, a ja nie słyszę tylko o telefonie.
Słyszę: „boję się, że coś mnie omija”
„jak nie odpiszą, to wariuję”
„nie lubię siebie na zdjęciach”
„wszyscy mają lepiej”
„jak wrzucę i nikt nie zareaguje, to mi wstyd”
„nie umiem już po prostu być”.
To jest właśnie to, co widzę.
Nie dzieci zepsute internetem.
Tylko dzieci przeciążone światem, do którego ich układ nerwowy, emocje i poczucie siebie jeszcze nie zdążyły dorosnąć.
Więc kiedy słyszę dziś:„social media od 15. roku życia” nie słyszę zakazu.
Słyszę próbę postawienia granicy tam,
gdzie dzieci same jeszcze nie są w stanie jej postawić.
Granicy, która ma chronić nie przed telefonem,
ale przed światem, który za wcześnie zaczyna je oceniać.
Ps. Jeśli czujesz - puść dalej.
Może gdzieś dzięki temu ktoś zobaczy dziecko trochę inaczej.