15/03/2026
Z pewnością kojarzycie powieść „Dzieci z Bullerbyn”. Ja uwielbiam tę historię i zaraziłam nią moje dzieci. Zawsze kojarzy mi się z beztroskim, kreatywnym dzieciństwem: takim, w którym najważniejsze są przygody, wyobraźnia i przyjaciele.
Ostatnio zastanawiałam się, jaki prezent jest dziś naprawdę najlepszy dla współczesnych dzieci. I pomyślałam, że może właśnie… możliwość poczucia „Bullerbyn vibe” 😄
Coraz częściej mówi się przecież, że mniej znaczy więcej.
Mniej przedmiotów – więcej kreatywności; mniej gotowych zabawek – więcej pomysłów.
Kiedyś zapytałam dziadka mojego męża:
„Dziadku, a jakie Ty miałeś zabawki w dzieciństwie?”
Odpowiedział:
„Dziecko… zabawki? To, co zrobiłem sobie sam.”
I wtedy pomyślałam jeszcze o czymś.
Ile musiało być zabawy w samym ich robieniu.
Może największą frajdą wcale nie było to, że coś już było gotowe ale cały proces tworzenia. Wymyślanie, próbowanie, poprawianie, czasem zaczynanie od nowa.
A przy okazji dzieci uczą się czegoś bardzo ważnego:
cierpliwości, wytrwałości i determinacji.
Zresztą coraz więcej mówi się o tym również w kontekście psychologii i neurobiologii. Gotowe, szybko dostępne bodźce, jak nowe zabawki, szybkie nagrody czy niekończące się przewijanie w internecie, dają szybki wyrzut dopaminy, ale na krótko. Mózg szybko się do nich przyzwyczaja i zaczyna potrzebować kolejnych.
Natomiast proces tworzenia, budowania i dochodzenia do celu daje zupełnie inny rodzaj satysfakcji – wolniejszy, ale dużo głębszy i bardziej nasycający.