13/05/2026
Trzy lata temu wyjechaliśmy z partnerem nad morze pod namiot.
W lutym…
Dla mnie to doświadczenie nie było opowieścią o tym, że miłość potrzebuje cierpienia czy dyskomfortu. Wystarczająco dużo jest tych „jakości” w codziennym życiu. Wiele osób również tak buduje relacje. W trudzie i przeciążeniu, często zbyt długo ignorując własne granice. Bardziej chodzi mi o coś innego, o świadome wybieranie nowych doświadczeń, które poszerzają nasze poczucie sprawczości i elastyczności.
Przypomniałam sobie o tym w kontekście obejrzanego wczoraj filmu „To nie mój film”, który opowiada o relacji konfrontowanej z kryzysem, rutyną i pytaniem o to, co właściwie sprawia, że dwoje ludzi nadal chce być razem.
Film pokazuje, że bliskość bardzo łatwo pomylić z przyzwyczajeniem, a wspólne funkcjonowanie z realnym spotkaniem dwóch osób. Czasami dopiero wyjście poza codzienny schemat ujawnia, w jakiej kondycji naprawdę jest relacja.
Psychologicznie strefa komfortu pełni ważną funkcję, daje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Problem pojawia się wtedy, gdy staje się jedyną przestrzenią, w której umiemy funkcjonować. Dotyczy to także związków. Wiele relacji organizuje się wokół „wygody” ustalonych ról, codziennych rytuałów, powtarzalnych sposobów komunikacji. To nie jest samo w sobie złe, jednak w pewnym momencie może prowadzić do stagnacji. Partnerzy przestają doświadczać siebie nawzajem w nowych sytuacjach, a relacja zaczyna opierać się bardziej na utrzymywaniu stabilności niż na rozwoju.
Doświadczenia wymagające, fizycznie lub emocjonalnie, mają szczególną wartość, ponieważ uruchamiają mechanizmy, których na co dzień nie widać. W trudniejszych warunkach szybciej ujawniają się sposoby radzenia sobie ze stresem, style komunikacji, poziom tolerancji frustracji czy zdolność do współpracy. Znika część społecznych masek i codziennych strategii regulowania napięcia. Pojawia się natomiast pytanie: jak jesteśmy ze sobą wtedy, kiedy nie jest wygodnie? Reszta w komentarzu ;)