26/02/2026
"Nie ma tam nic ponieważ nikt tam nic nie zasadził. Ciekawi mnie dlaczego - „to nie moja rola”, „nie mamy tu ogrodnika”, „każdy ma swoje sprawy”, „panie, nie ma czasu na takie pierdoły”
Istotnie. Ale to właśnie „te pierdoły” są przyprawą życia. Właśnie dzięki nim karmimy zmysły i wpływamy na nasz oraz innych nastrój."
Troska to nie tylko Red Light Therapy, ale ogółem światło. Dziś chciałbym doświetlić temat estetyki miejskiej. Przez pryzmat jej braku. Zobacz uważnie zdjęcia.
Nie ma rośliny, bo nikt jej nie posadził.
I nikt tego nie zrobi, każdy zajmuje się sobą. A zadań mamy wszyscy coraz więcej.
Zobaczyłem to, uświadomiłem sobie i postanowiłem się wypowiedzieć. Bo „to” jest wszędzie; w każdym polskim mieście, na wsi oraz tam, gdzie nie dotyczy nikogo. A tak naprawdę wszystkich. TO straszy wszędzie tam, gdzie udajemy, że TEGO nie ma. TO nazywa się IGNORANCJA. I kosztuje nas zdecydowanie więcej, niż wydatki na estetykę. Bo kosztuje nas niepokój, lęk, napięcie - kiedy dojrzewamy, dorastamy i obcujemy w brzydocie, to tracimy wiarę w istotę piękna, radości, uśmiechu.
Estetyka i jakość estetyczna nie są obowiązkami. Są za to niezbędnymi dodatkami harmonii do życia. Urozmaicają, sprawiają, że wokół dzieje się ładniej i milej. Chodzi o elementarne pojęcie w praktyce materializujące się jako: ład, estetyka i przeciwdziałanie. Należy przeciwdziałać narzucającej się betonowej, ciężkiej i topornej rzeczywistości miast, gdzie panuje anarchia projektów.
‼️ Jeżeli chcemy harmonii i piękna to musimy dziś o nie zatroszczyć się sami! ‼️ Służby miejskie nie są tak liczne, by zadbać o każdy ziemny pustostan i dlaczego miałyby to robić na prywatnym terenie? Nie wolno im tak ingerować. Ale nawet gdyby mogły, to służby skupią się i tak na najbardziej reprezentatywnych miejscach - oczywiście historycznych, a nie na całym mieście. Biznes woli dziś ładować miliardy w rozwój sztucznej inteligencji, zupełnie jakby dodatkowa inteligencja była teraz potrzebna. Dla estetyki zostaje już niewiele środków, zasobów i dusz pielęgnujących ją poprzez zaciskanie jej braku w otoczeniu. Tak już mamy, że gdy gdzieś jest nam sucho - pragniemy wody. A co robimy gdy jest nam za brzydko... ?
Czy kilkudziesięciu klientom na dzień (ma ona mocny przebieg) w tej myjni nie zrobiłoby się milej, gdyby czekając 15 minut na umyte auto mieli choć trochę koloru w surowym otoczeniu? Najwidoczniej nikt w tamtejszym biznesie tego nie uwzględnił. Można też powiedzieć: chcesz natury? To myj auto nad rzeką - pewnie! :) Tyle, że przez brak myślenia panoramicznego o zasobach - i w rzekach wód ubywa. Stąd nasze pragnienia... Chcemy choć namiastkę życia w zdominowanym automatyzacją i optymalizacją świecie!
Choć namiastkę czegoś żywego, choć na chwilę. I nie musi to być sezonowy bratek 🌸 może to być cokolwiek, co trwa wszystkie 4 pory roku. Świat botaniki, przyrody i zielonych możliwości jest dziś nasycony.
Jakakolwiek roślinka tam sprawiłaby, że ta betonowa donica już by nie straszyła. Nie musiałaby też być regularnie zasłaniana tablicą z napisem "myjnia"...
Nie ma tam, w tej donicy jak i dziesiątkach tysięcy podobnych - nic. Czarnoziem, o ile czarny, bo w większości tych „pustostanów” w Polsce i całej Europie jest po prostu piach lub hulająca wietrzna nicość. I staje się symbolem zapomnienia o podstawach: estetyce, ładzie, pielęgnacji i idei bazowej Human To Human (człowiek dla człowieka).
Nie ma tam nic ponieważ nikt tam nic nie zasadził. Ciekawi mnie dlaczego - „to nie moja rola”, „nie mamy tu ogrodnika”, „każdy ma swoje sprawy”, „panie, nie ma czasu na takie pierdoły”
Istotnie. Ale to właśnie „te pierdoły” są przyprawą życia. Właśnie dzięki nim karmimy zmysły i wpływamy na nasz oraz innych nastrój.
Ale dziś nie ma komu, bo „nie ma ogrodnika” - tyle, że każdy z nas może nim być. Ale nikt nie jest, bo to „nie nasza sprawa” - kapitalizm sprawił, że gdy nie widzimy zmonetyzowanego i namacalnego interesu w czymś - po prostu tego nie robimy. Porzucając samą myśl, że moglibyśmy coś zmienić. Tak działa większość ludzi. Człowiek leży na ulicy? "Pewnie się nachlał to ma" albo "Zaraz ktoś do niego podejdzie, ja się śpieszę". Nikt nie chce się dziś brudzić, gdy nie musi. Ale czy świat intencji i idei jest od tego czysty?
Tak narodziła się gospodarka, w której każdy miał funkcję i znał swój miejsce. Funkcje się mnożyły, miejsc przybywało. Bytów przybywało, a wraz z nią szła pewność siebie i - niestety - pewna nieunikniona bezduszność.
Aż DWIE dekady temu nastąpiło przeciążenie systemu. Akurat wypadło na Milenium, symbolicznie.
Nastał czas szalonych optymalizacji; okazało się, że nawet najbogatszych nie stać na niepohamowany dobrobyt - co dobitnie pokazał im kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Był jedynie zwiastunem. Najbogatsi i bogaci sami siebie zmusili do optymalizacji, zwolnień, redukcji i mieszczenia kilku funkcji w jednej (kompresja profesji). A klasy niżej bezwiednie akceptowały ten wariant, zgadzając się na więcej; milionom wtórowało przekonanie "nie wychylam się, zajmuję się sobą, to najbezpieczniejsze dla mnie i mojej rodziny" - wobec czego interwencje estetyczne w miastach spadły - dziś niemal do minimum i to w kolektywach. Solo? praktycznie zapomnij. Niewiele osób chce się dziś wychylić poza toksyczny schemat. Nosowska śpiewa: w szambie można długo i bezpiecznie żyć.
Dziś jedna osoba pracuje na co najmniej dwóch, trzech lub nawet czterech stanowiskach - uważając to za normalne. Bo etat jeden. Na tej samej stacji, z której pochodzi zdjęcie - kasjerka musi przyjąć płatność, zrobić hot doga i kawę, posprzątać obiekt, wyjaśnić reklamację sama, bo nie ma managera, musi dbać o konserwację maszyn (np. ekspresów do kawy) i wiele innych - spoza dawnego pola obowiązków kasjera. Nie ma już kto zasadzić i utrzymać kwiatka, bo nikt za to dodatkowo nie zapłaci. A kwiatka trzeba doglądać, jak i te domowe.
Dziś zapłata należy się za wszystko. Nie ma czasu na dodatkowe zadania - nawet, gdy zaowocują estetyką. Nie ma, bo estetyka to nadal wrażenia - nie przekonuje nas nawet to, że te wrażenia płyną z namacalnych kapitałów. Może kiedyś firma zatrudniała jakiegoś ogrodnika, który jeździł ze stacji do stacji i doglądał roślinności - dziś ten ogrodnik może zadowolić się co najwyżej własną działką, bo "konieczność optymalizacji" dojechała i jego.
Czy rezygnujemy z delikatności i estetyki tylko dlatego, że nie mamy czasu? I nadal - ot tak - zasilamy toksyczny kapitalizm? Nie schylamy się do donicy, bo "nam nie wypada"? A może właśnie wypada nam to zrobić, zanim to ziemia się schyli po nas, hm?
Czy przestaliśmy wierzyć w jakikolwiek sens łagodzący, kojący i niezbędny dla prawidłowego funkcjonowania? Mieszkania, domy i rancza chcemy mieć wymuskane, najpiękniejsze, możliwie najczystsze i najszlachetniejsze.
Dbamy o najbliższe otoczenie, ale to za płotem i rogiem, to poza naszymi głównymi drzwiami nie interesuje nas praktycznie nic, a nic.
„Ktoś się tym zajmie, kiedyś” - i tym sposobem myjnia ma z 30 lat, doniczka stoi, straszy. A i okazyjnie zamienia się w popielniczkę, zupełnie okazyjnie w jeżyka, który gubi „peto-kolce”. I to wszystko odzwierciedla symbiolicznie kondycję psychiczną naszego społeczeństwa. To są drodzy te słynne "PETUNIE", które od dekad straszą w Polsce, niemal z każdego rogu dzielnicy mniej "reprezentatywnych". A właśnie takie są większością w naszym kraju. Kraju, o zgrozo, jak na ironię, pełnym przyrody - pięknej! Od morza po same szczyty gór. Skoro udajemy, że tego nie widzimy, to coś i tak o pragnieniu estetyki nam przypomni...
Tak, dosłownie robi to ta jedna doniczka i sytuacje, gdy się po prostu nad nią zastanowimy.
To może być wspaniała droga uważności na nas i otoczenie.
To może być też dla mnie po prostu wycieczka po coś żywego, co tam się przyjmie, ale nie załatwi to równie ważnego aspektu - ktoś musi co jakiś czas roślinkę doglądać, podlać ją, otoczyć ją troską... Ktoś musi pałeczkę przejąć. I na tym polega udany maraton gatunku w dziejach - na współpracy i bez zastanawiania się na temat zysków.
Albo na tym polega wymieranie.