Psycholog Joanna

Psycholog Joanna Pomoc psychologiczna, interwencja kryzysowa, diagnoza psychologiczna, psychoterapia indywidualna, par

PSYCHOTERAPIA DZIECKA- JAK NIE POWINNA WYGLĄDAĆSpojrzałam dziś na swoje zdjęcie z dzieciństwa i przebiegło mi przez myśl...
01/06/2026

PSYCHOTERAPIA DZIECKA
- JAK NIE POWINNA WYGLĄDAĆ

Spojrzałam dziś na swoje zdjęcie z dzieciństwa i przebiegło mi przez myśl pytanie - co by było, gdyby wtedy na mojej drodze stanął mądry psycholog psychoterapeuta?
Gdy miałam 9 lat moi rodzice rozstali się. W trakcie wakacji, gdy okrutnie pokąsały mnie komary, rozdrapywałam ukąszenia do krwi i długo trwało, zanim wyglądałam znowu normalnie. Mama biegała ze mną do lekarzy, robiono mi testy na alergię i okładano maściami. Gdy płakałam, mama myślała, że bolą mnie ciągle aktywne ranki na skórze, przytulała, a ja jako dziecko czułam jej bezradność. Nie było jej winą, że nie wiedziała, jak zadać pytania, żeby dowiedzieć się, że ranki są dużo głębiej... Psycholog "na mieście", wiele lat później, do której pobiegłam sama jako bardzo skołowana nastolatka, wypytała mnie o powiązania i ploteczki, zostawiając z niczym, choć dziś nazwalibyśmy to nadużyciem. Też nie jej wina...raczej. To były czasy, gdy w Polsce psychoterapia dopiero raczkowała i to w dużych miastach, a na studiach uczyli diagnozowania upośledzenia, przygotowania do pracy w psychiatrii i historii psychologii. Nieliczni pasjonaci po studiach rozjeżdżali się dopiero po świecie i przywozili do Polski "nowinki" tworząc grunt pod realny zawód. Mam to ogromne szczęście, że ja już mogłam się uczyć i robię to nadal u nich właśnie.
My, z tego pokolenia i wcześniejszych, mamy niezliczone ilości "ranek po komarach". I już jako dorośli mamy teraz na szczęście niezliczone możliwości, żeby je uzdrawiać. Czasu nie cofniemy i psychoterapii dziecięcych, które się nie odbyły, nie odbędziemy.
Podzieliłam się własnym doświadczeniem, bo być może komuś z Państwa umykają takie "ranki po komarach" - swoje własne, z którymi można się teraz koncertowo rozprawić lub dziecka, które nie wie, jak to zrobić.

Teraz, gdy psychoterapia dzieci jest oczywistością, metod jest wiele a psychologów wysyp - dzieje się dużo dobrego.
Dzieje się też czasem tak, jak nie powinno, m.in. dlatego, że rodzice nie mają pojęcia o tym, jak być powinno.

Każdy psycholog zajmujący się wsparciem i/lub psychoterapią, wypracowuje sobie z czasem swój własny warsztat, który niezależnie od skończonej szkoły w danym nurcie, jest jak odcisk linii papilarnych.

Ale każdy psycholog zajmujący się psychoterapią, który skończył 5-letnie studia i jeśli jeszcze szkołę psychoterapii rekomendowaną przez PTP (psychiatryczne i/lub psychologiczne) jest zobowiązany do poruszania się po tym zawodowym terenie zgodnie z oczywistymi racjonalnie i etycznie mapami. Ich nieznajomość lub brak zrozumienia powoduje wiele szkód. Nieodpowiednio zabezpieczony kryzys u dziecka ewoluuje bardzo szybko.

W przestrzeni psychoterapeutycznej pracuję z dorosłymi. W psychoterapii par i w konsultowaniu rodzin obserwuję relacje i towarzyszę kryzysom, w których uczestniczą dzieci. Stąd bliskie mi jest podejście systemowe w rozumieniu kryzysów.
Źródłem informacji o tym, co dzieje się "na rynku" są dla mnie często dorośli mający dzieci w psychoterapii czy nauczyciele, którzy z racji pełnionego wychowawstwa zmagają się z własną głową, w której krzyczą cudze dzieci. Źródeł jest naturalnie więcej, bo kontakt z dziećmi i ich dramatami mają też choćby pracownicy ochrony zdrowia czy wymiaru sprawiedliwości. Nie plotkują - kontakt z dramatem jest częścią ich historii.

Dlatego z okazji Dnia Dziecka ku dobru tegoż i zagubionych opiekunów, podzielę się refleksją i sugestiami.

"Na rynku" obok placówek państwowych uzdrawiających z rozmaitym poziomem zasobów w ramach NFZ powstają jak grzyby po deszczu "centra" i "kliniki", zachęcające dobrze wypozycjonowaną stroną internetową i bogatą ofertą oddziaływań psychologicznych i psychoterapeutycznych. Jest też sporo "samotnych strzelców" - gabinetów z ofertą pomocową dla dzieci.
O ile jednostki "państwowe" są zmuszone do weryfikowania działań zatrudnionych specjalistów, o tyle na rynku prywatnym pacjent zdany jest na siebie. I często nie ma bladego pojęcia "jak być nie powinno".

Drogi, zagubiony Rodzicu, Opiekunie, Nauczycielu!

Jak być nie powinno?

1. Dziecko trafiające do psychoterapii nie powinno być oddane pod opiekę specjaliście, o którym nic nie wiecie.

Czy studia, które skończył to psychologia, pedagogika a może inne, po których zdobył jakieś "certyfikaty"?
Jakie? Na jakich uczelniach? I tak, bałagan na edukacyjnym rynku uczelni prywatnych powoduje, że niestety ma to znaczenie. Czasem jednak też ma znaczenie tryb studiowania - weekendowo i online to wyzwanie dla mistrzowskich umysłów.
Czy już gdzieś zdobywał doświadczenie, gdzie, jak długo?
Czy ma przygotowanie do prowadzenia psychoterapii? Gdzie się jej uczył czy uczy, jak długo? Czy jeśli jest bardzo młodym człowiekiem a jest jednocześnie psychologiem, pedagogiem, socjologiem, psychotraumatologiem, seksuologiem, lub innym -logiem, choć bywa, że i ekonomistą, robi hipnozę, masaż limfatyczny, wróżenia z fusów i deklaruje nieograniczone zakresy np.dzieci, młodzież, dorośli, rodziny, pary, grupy, treningi rozwojowe, kołczingi, warsztaty, nerwice, psychozy, depresje, ADHD, DDA itd, to czy którejkolwiek z tych rzeczy zdążył nauczyć się gruntownie? A ja pytam, tak na marginesie - kiedy to szaleństwo zostanie opanowane...?
Bo to akurat mocno istotne. Mam w domu pralko- suszarkę. Dobrze działa tylko pralka.

2. Dziecko jest zwykle "oddelegowane" do psychoterapii, co oznacza, że kryzys dotyczy całej rodziny a dziecko jedynie wymiękło pierwsze lub najbardziej spektakularnie. W związku z tym, większość mających tę oczywistą wiedzę psychologów i psychoterapeutów zechce spotykać się już od początku również z mamą i tatą - celem wywiadu, diagnozy i interwencji mających zwykle kluczowe znaczenie w uzdrawianiu dziecka. Zatem dziecko nie powinno być oderwane od systemu rodzinnego w procesie terapeutycznym. Bywa, że gabinet psychoterapeutyczny to jedyne miejsce, gdzie można wreszcie wsłuchać się w swojego potomka.
"Zróbie coś z naszym dzieckiem, wrócimy za godzinę" raczej nie zadziała. Dziecko to nie samochód oddawany do warsztatu napraw.

3. Dziecko nie powinno być "przejmowane" w trakcie terapii przez innego psychologa, bo prowadzący jest chwilowo nieobecny. W psychoterapii nie ma zastępstw. To nie lekcja matematyki (z całym szacunkiem dla matematyki).

4. Dziecko nie powinno być samo w procesie.
Warto korzystać z intuicji i zdrowego rozsądku - jeśli specjalista nie praktykuje spotkań indywidualnych z opiekunem, warto umówić się z własnej inicjatywy i zastanowić, dlaczego specjalista nie jest zainteresowany środowiskiem rodzinnym. Poczuć, czy ta pani czy pan jest odpowiedni. Może warto dać szansę kilka razy, żeby się poznać? To człowiek, którego dziecko zapamięta. Niech pamięta dobrze.
I rodziców, opiekunów, którzy czuwali też niech zapamięta - to samo w sobie ma ogromną wartość terapeutyczną.

5. Decyzja o psychoterapii dziecka nie powinna być pozbawiona pytania pomocniczego: jeśli potrzebuje jej moje dziecko, to może ja tym bardziej?

6. Nie należy oczekiwać, że psychoterapię dziecka poprowadzi psycholog szkolny. Szkoła to miejsce nauki i ew. interwencyjnych oraz rozwojowych działań psychologicznych w zakresie psychoedukacji, a nie procesu terapeutycznego rozłożonego w czasie.

7. Na koniec truizm - psychoterapia dziecka to nie godzinna zabawa klockami za zamkniętymi drzwiami gabinetu specjalisty. Lego i puzle zwykle mamy w domu. Terapia przez zabawę - ok, ale warto zainteresować się celowością działania.

Wsparcie psychologiczne i psychoterapia dzieci i młodzieży to bardzo delikatny kawałek praktykowania psychologii i psychoterapii. Margines błędu jest mały, tak jak młody człowiek, bezbronny w swojej niewiedzy. Ten margines bywa kosztowny głównie dla niego.
Dlatego, przyglądajmy się jako rodzice i opiekunowie , czy w poszukiwaniu bezpiecznej przestrzeni terapeutycznej nie wrzucamy naszych dzieci na czyjąś fabryczną taśmę do zarabiania pieniędzy.

Obecność rodzica to najlepszy prezent, jaki może dostać dziecko.
W psychoterapii też.
Tak ogromna ilość zasobów, jakimi dysponuje teraz psychoterapeutyczny świat - aż żal nie korzystać.

Dzieciom życzę dziś dużo uważności i czułości od tych, którzy powinni być blisko, bycia widzianymi i słuchanymi przez rodziców, opiekunów. I żeby oni lubili siebie samych też.
Wtedy dużo łatwiej lubić przedszkolaka czy większego małolata, którego zagubiono już na początku drogi a on bardzo potrzebuje iść do świata...

🍀🍀🍀

"BO MAM SUPER MAMĘ"Te słowa powiedziała wychodząc już z gabinetu kobieta, która jako osoba towarzysząca, przyszła na wst...
26/05/2026

"BO MAM SUPER MAMĘ"

Te słowa powiedziała wychodząc już z gabinetu kobieta, która jako osoba towarzysząca, przyszła na wstępna diagnostykę ze swoją mamą.
Zdarza się często, że ze starszą osobą przychodzi opiekun i często jest to syn lub córka, czasem opiekun socjalny. Są źródłem informacji, których badana starsza osoba nie jest w stanie udzielić samodzielnie z różnych powodów.
Tym razem jednak ze swoją matką weszła kobieta, która nie musiała mówić nic. Mama, mimo wieku, znakomicie radząca sobie wielopłaszczyznowo, poprosiła o spotkanie, bo zauważyła ubytki w pamięci. Po badaniu uspokoiłam, że mamy jeszcze czas na pogłębianie diagnostyki i zainteresowałam się (już z wrodzonej, ciągle nieujarzmionej ciekawości - tak, wiem, superwizorowi ręce by opadły) relacją między paniami, skoro już tu są, nie spieszy się im i miło się rozmawia. Po coś przyszły. I na pewno nie po diagnozę demencji.
No i nie było do czego się przyczepić. Nic z zaburzonej więzi, ukrytych motywacji, nieuświadomionej agresji, żalu, wyczerpania, bólu niedoprzeżytej przeszłości itp. Nic.
Gdy wychodziły, nie mogłam oprzeć się ocenie i rzuciłam:"super obserwować taką harmonię między kobietami, które są matką i córką". Gdy w odpowiedzi padło:"...bo mam super mamę", starsza pani trzymając dłoń na klamce spojrzała na swoją córkę, a trwało to ułamek sekundy, więc wychwyciłam to tylko ja, bo córka w tym czasie patrzyła na mnie. Bardzo mnie to poruszyło, to "spojrzenie matki".
Ten ułamek sekundy jest tym, czego dziś chcę życzyć każdej mamie.

Tej, która jest na początku drogi i wszystko przed nią.
Tej, która już nabroiła, ale ma jeszcze czas, żeby nadrobić.
I tej, która ciągle siłuje się ze sobą w tej roli.

W tym ledwo uchwytnym spojrzeniu była cała historia bycia mamą. Rozmawiałyśmy bardzo krótko, ale dowiedziałam się dużo, sporo się domyśliłam. To niełatwa historia. Przyklepana jednak spojrzeniem pełnym wzruszenia, wdzięczności i prastarej wiedzy, do której każda kobieta ma dostęp ale nie każda korzysta. Szereg skojarzeń z tym zdarzeniem buduje we mnie pewną recepturę na bycie mamą:

SŁUCHAJ. I REAGUJ NA TO, CO WYSŁUCHANE.

Zaraz za nią są wszystkie inne.

Ta starsza pani i jej córka przypomniały mi o tym.
Żyję ze słuchania i reagowania na to, co wysłuchane...a tak często gubię się w tym we własnym domu. Ze zmęczenia, z natłoku, z dźwigania tobołka, w którym jest cała masa bzdur zbędnych.

Nie jest łatwo być "super mamą".
To nie nakaz ani wyścig po tytuł. A nawet idiotycznie brzmi wyrwane z kontekstu.

Życzę sobie, wszystkim mamom i dzieciom (tym dorosłym zwłaszcza) budowania się wg powyższej receptury, bez spiny, że coś pójdzie nie tak.
Bo, że pójdzie, to oczywiste...😉

🌻🌻🌻

Kiedy przyszła do mnie gotowość na bycie mamą, przyniosła ze sobą ogromny kontener lęku. Co chwilę wysypywały się z niego absurdalne pomysły. Będąc na przykład na plaży z kilkumiesięcznym maluchem potrzebowałam kilkunastu kilogramów niezbędników, które pchałam wózkiem po piasku z uporem maniaka. Dzień w dzień. Dwa razy dziennie. A wózek, swoją drogą, był jak czołg - nie-do-zarąbania...nie mogło być inaczej przecież. Superwszechprzygotowana mama 🙈...
Z upływem czasu dotarło do mnie, że oddalam się od celu. Do dziś mozolnie pracuję nad opróżnianiem kontenera. I to chyba jest super...

GDZIE UBIERA SIĘ DIABEŁ?Diabeł ubiera się w przestrzeni przejmowanej przez bylejakość, poprawność sygnowaną relatywizmem...
19/05/2026

GDZIE UBIERA SIĘ DIABEŁ?

Diabeł ubiera się w przestrzeni przejmowanej przez bylejakość, poprawność sygnowaną relatywizmem, w przestrzeni szybkiego, masowego bufetu, syntetyku i tam, gdzie oko fotografa, ludzkie ciało i treść wygenerowana przez ludzki umysł mogą być zastąpione przez SI.

O tym jest druga część filmu ze znakomitą, jak zawsze w moim odczuciu, Meryl Streep. Opowieść o świecie mody uroczo sfabularyzowanym, rozpoczęta 20 lat temu - dziś opowiada o nim tylko pozornie w kontynuacji.
W tle hula diabeł, który tańcuje z aktualizacjami systemu. A ten taniec jest tak subtelnie spektakularny, że nie sposób nie zatęsknić za pismem na papierze, jakością fotografii czynionej ludzką ręką, treścią ukrytą w markach trzymających jakość i swobodą wypowiedzi bez lęku o "mowę nienawiści" na poziomie absurdu.

Może świat ma jednak szansę na opamiętanie, skoro film o świecie mody jest o czymś znacznie więcej.

Nie czytałam recenzji "Diabeł ubiera się u Prady 2", bo nie zniosłabym ewentualnej krytyki Meryl Streep czy Emily Blunt. Mogę być nieobiektywna po kokardy, bo wielbię tę pierwszą od lat a każda następna rola tylko utrwala opinię. Stanley Tucci i tym razem budzi pełną czułej sympatii refleksję o tym, jak bardzo potrzebne do przetrwania są autentyczne przyjaźnie sprawdzane testem lojalności i patrzenia w tym samym kierunku.
Wyszłam z kina spokojniejsza, że jakość, treść i czynnik ludzki zdrowego rozsądku mają szansę.

Jaki pożytek z pójścia do kina na ten film mogą Państwo zaczerpnąć w kontekście psychologii użytkowej?

Mój osobisty jest taki, że jak zawsze, w ostanim rzędzie kameralnej sali kinowej mogę zapaść się w aktualnie dostępny już ogromny rozkładany fotel i przed wielkim ekranem z doskonałym nagłośnieniem rozluźnić mózg.
Bo takie filmy luzują natłok.
W tym konkretnym przypadku mogę też znaleźć grupę wsparcia w konfrontacjach z przemijaniem - przemija wszak Meryl godnie i w okularach humorystycznie powiększających oczy, Emily z masażerem twarzy (mam i ja!) a Stanley w doskonałych ciuchach. No i Lucy Liu pamiętana z "Ally McBeall" w takim ładnym spokoju. Anne Hathaway chyba nie przemija.

Wielu z nas, postrzega "świat mody" jako pełną powierzchowności i snobizmu imprezę wypełnioną anorektycznymi modelkami sypiającymi z fotografami i zaburzonymi osobowosciami projektantów.
To zaledwie mały wycinek wyrwany z kontekstu opowieści o ciuchach, butach i torebkach. A to przecież historia sztuki o wielozmysłowym postrzeganiu tego, co podkręca tożsamość. Kolor, zapach, przyjemny w dotyku materiał i to, jak to wszystko wzajemnie się uzupełnia (lub nie) - dopełniając nas, czy tego chcemy czy nie.
Ja wiem, że wielu z nas to nie przekonuje i że absurdem jest fotografia wieszaka z ciuchem za dziesiątki tysięcy.
To, jak manifestują się "metki" to temat psychopatologii w użytkowaniu mody. I bywa, że ciekawy temat wprowadzający w psychoterapii. Uważne przeglądanie Vouge'a raczej je chowa. Te metki.

Każdy z nas w ustawieniach fabrycznych ma odczuwanie tego, czy to, co widzimy, co wąchamy, czego dotykamy - podoba się nam czy nie... Na tym zmysłowym gruncie wyrósł świat mody.
A chwasty...no cóż, zdarzają się najbardziej urodzajnym gruntom. Odpowiednio spożytkowane są znakomitym nawozem 😉

Dobrze, że robione są filmy, które są o tym, że czynnik ludzki jest ważny i wymaga ochrony.

I że, to, co na papierze...

🧭

Na fotografii pierwszy polski numer Vouge z 2018r. Mieszka na półce z bardzo poważną literaturą ☺️ Gdyby świat nagle się skończył i pojawiliby się w mojej bibliotece badacze z bardzo odległej galaktyki, mieliby zagwozdkę.

DEKOLORYZACJAKilka lat temu wyszłam do świata z teorią o dekoloryzacji. Świat maluje się teraz wiosną a sztuka fryzjerst...
15/05/2026

DEKOLORYZACJA

Kilka lat temu wyszłam do świata z teorią o dekoloryzacji.
Świat maluje się teraz wiosną a sztuka fryzjerstwa psychoterapeutycznego kwitnie bez zmian. Stąd pozwolę sobie powtórzyć się Państwu w "coś na temat" sprzed kilku lat, bo aktualne, jak nie wiem co...😉

Każdy z nas w pewnym momencie życia ma przeczucie, że czas uporządkować swoje sprawy.
To przeczucie może być mniej lub bardziej świadome. Przychodzi w postaci zdarzeń, spotykanych na drodze ludzi lub kompletnie oderwanych od realnego postrzegania - zjawisk.

To czas, który każdy szaman doświadczony w rytuale przejścia szanuje jako etap. Etap na drodze do celu nazywanego przez zwykłych śmiertelników - świętym spokojem. Spokojem serca, duszy i umysłu (i nie, nie mam na myśli śmierci). To taki etap po jakimś mocnym wstrząsie (np.choroba, rozwód, zdrada, jakiś trup z szafy rodzinnych tajemnic itp.) ale jeszcze przed odrodzeniem się po nim jak feniks z popiołów.
Faktem jest, że nie każdy się odradza. Ale w fejsbukowych rozważaniach w przestrzeni psychologii użytkowej nie uchodzi wchodzić w kwestie ostateczne demonizujące to, co w swej istocie jest...darem.

Zatem - dekoloryzacja.

Proces rozłożony w czasie. Już nie jest, jak było i jeszcze nie jest, jak będzie.

To bardzo dobry czas, gdy szanujemy w nim siebie i każdą lekcję jak rytualne oczekiwanie na pójście dalej. Nawet jeśli czujemy, że stoimy w miejscu, że utknęliśmy, że coś blokuje. A niech sobie blokuje. Nic nie trwa wiecznie. Blokady też.

Cierpliwości, pokory i spokoju życzę tym z Państwa, którzy się aktualnie dekoloryzują. Nawet jeśli wygląda to jak przewlekłe załamanie nerwowe.
..i bardzo, przebardzo trzymam kciuki za tych, którzy między jednym podejściem a drugim, łapią ster. Zwłaszcza w trakcie burzy.

🍀🍀🍀

https://youtu.be/_sUrkn9ztAg

https://youtu.be/1iMbtFR0mk0

https://youtu.be/A8d3QBMWUgs

https://youtu.be/1UUYjd2rjsE

https://youtu.be/BYOERR_BKzw

https://youtu.be/cWwg-YSqF_U

https://youtu.be/62QavrMmGGo

Pani Stanisława Celińska 🩶, którą żegna dziś Polska, była jedną z pierwszych z najwyższej półki polskiej sceny teatralne...
12/05/2026

Pani Stanisława Celińska 🩶, którą żegna dziś Polska, była jedną z pierwszych z najwyższej półki polskiej sceny teatralnej, filmowej i estradowej, która otwarcie i bez filtra mówiła o swojej walce z chorobą alkoholową i depresją. Pokonała je.

Mój osobisty zachwyt budziła warsztatem w piosence aktorskiej. Kipiało w niej nie tylko profesjonalnym przygotowaniem każdej sekundy scenicznej - była w tym autentyczność tego czegoś, za co się kocha mistrzów w swojej dziedzinie...

Polecam Państwu dobrą, z naprawdę najwyższej półki, pełnej autentyczności, poprawnej polszczyzny i gruntownego warsztatu - polską piosenkę aktorską...

Ona bywa jak dobry film, książka i sztuka - bardzo terapeutyczna...i jak studnia bez dna☺️

https://youtube.com/watch?v=6AomRa3eWkw&is=ZEgOXzk1NYST60o2

https://youtube.com/watch?v=82fcNKV9EfI&is=H41kkivpkIE5k32k

GRANICE Pod wpływem ciekawej rozmowy w zacnym i mocarnym psychoterapeutycznym gronie, dopracowały się we mnie pewne pyta...
10/05/2026

GRANICE

Pod wpływem ciekawej rozmowy w zacnym i mocarnym psychoterapeutycznym gronie, dopracowały się we mnie pewne pytania.

Czy relatywizm moralny, kulturowy, poznawczy może zakończyć ten cykl w cywilizacji, która dojedzie się tak po całości, że nie będzie czego zbierać?

Czy nawet w psychoterapii będziemy zadawać sobie pytania o relatywnie pojmowane pojęcia dobra i zła, nadużycia i przyzwolenia, tylko dlatego, że normy kulturowe je relatywizują a ocenianie co do zasady jest be?

Czy wdruki tak szeroko, nieustannie rozbudowywanego aktualnie pojęcia tolerancji pozbawią nas ostatecznie naturalnych odruchów obronnych przed przekroczeniem granicy, za którą zrobi się z czasem bardzo mrocznie?

Relatywizm powyższy zakłada, że normy moralne i wartości są zależne od kultury i społeczności, zatem ich ocena jest względna.

Hmmm...

Kultura "zachodu" utrzymuje w normie np.: roznegliżowane ciała nie tylko na nadmorskich plażach, alkohol na legalu nie tylko w ogródku przy szanującym się lokalu, kobiety robiące karierę często bardziej spektakularnie od mężczyzn, decyzyjność w sferze seksualnej niezależną od płci, statusu i wyznawanej religii. Ale też produkcję broni przy jednoczesnym głoszeniu urbi et orbi, że warsztaty celowania z niej do innych to czyste zło.

Natomiast kultura około trzydziestu krajów na świecie daje przyzwolenie na okaleczanie żeńskich narządów płciowych celem utrzymania czystości przedmałżeńskiej, bo tak stanowi norma kulturowa. Inne miejsce świata
dopuszcza małżeństwa zawierane choćby z dziewięciolatką, jeśli już miesiączkuje z tego samego powodu. Kulturowo uwarunkowane jest też wielożeństwo. I tu w sumie, nikomu nic do tego, jeśli umawiają się na to dorośli. Ale jeśli dyktowane bywa biedą rodziny kobiety, której jedynym ratunkiem na godny byt jest mąż, już z kilkoma żonami na koncie a ona jest bez szans na marzenie o niezależności?

Relatywnie - dwa powyższe akapity są jednocześnie normą kulturową, z którą się nie dyskutuje i nadużyciem, z którym się dyskutuje z pewnej kulturowo uwarunkowanej odległości.

Gdzie i jak w tym relatywnie definiowanym świecie postawić granicę między dobrem i złem, normą i patologią?

Jakiej manifestacji patrzebuje zło, żeby zostało bezdyskusyjnie i wszędzie uznane za nadużycie człowieka przez człowieka?

Dlaczego, jeżeli kolor zielony w każdym zakątku świata jest kolorem zielonym, to nadużycie nie jest już tak oczywiste?

Jestem pierwsza w kolejce do głoszenia prawdy, że każda historia jest inna, a indywidualizacja drogi właśnie z tego powodu, pomaga dotrzeć do celu, jakim jest dobrostan psychiczny.

Czy kiedy jednak "coś nie styka" w definicji dobra i zła a relatywizm odbarcza kręgosłup moralny z przyjęcia stanowiska i zadawania pytań, to będzie dobrze czy jednak potkniemy się i upadniemy tak już całkiem na głowę...?

🍀🍀🍀

Miałam taki czas w zachwycie fotografią makro, że mogłam poświęcić jednej trawce kilkadziesiąt minut, bo spacerowała po niej mrówka, każda kolejna "klatka" była inna i to właśnie budziło mój zachwyt, taki jakby ze spectrum. Kiedyś koleżanki takiej "pogryzły" mnie boleśnie, bo wlazłam im w domek. Normalne, że nie chciałam. Ale to była wojna światów. Bez intencji czynienia zła, a jednak...

ZABAWNE HISTORIE PISZĄ SIĘ SAMEDłuższą chwilę zastanawiałam się, o czym tym razem poopowiadać w fajnym radio.  Uznaliśmy...
02/05/2026

ZABAWNE HISTORIE PISZĄ SIĘ SAME

Dłuższą chwilę zastanawiałam się, o czym tym razem poopowiadać w fajnym radio. Uznaliśmy z Jackiem Jacek Bieda, że porozmawiamy, pakując się w kontekst majówki, o psychologicznych aspektach czasu wolnego i o tym, co on robi w naszych głowach. I żeby robił dobrze.

Natychmiast wyciągnęłam z głowy wspomnienie spotkania i rozmowy z prof. J.Vetulanim, od którego zaciągnęłam się pomysłem "dbania o mózg, żeby reszta ułożyła się sama". Z doświadczenia wielu lat potem, żałuję, że nie zaciągnęłam się tym bardziej solidnie. Bo od jakiegoś czasu nadrabiam w nadgodzinach.
Z tą refleksją pomyślałam o tych wszystkich rozpalanych majówkowo grillach i beczkach piwa, tudzież innych i na antenie zaczęłam wymądrzać się o neurotoksynach, które poniewierają mózg i że "ZAMIAST" - to dbanie o siebie w czasie wolnym, który ma nas "dobrostanowić" a nie poniewierać, bo szkoda życia.

A tu Jacek dusząc się ze śmiechu mówi: "...a wiesz Asiu, że dziś jest DZIEŃ GRILLA?"
Taaaak. Bo mnie Flaga przesłoniła inne perspektywy.
I cały wydumany, z górnej półki mojego intelektualnie rozdymanego ego specpsychologa, plan na sugestię nawracania z drogi neurotoksyn - poszedł się...sami wiecie Państwo co😄
Przeprosiłam grzecznie panując nad przeponą, która groziła wybuchem śmiechu, o co u mnie nietrudno w sytuacjach takich, jak ta. Popłynęliśmy dalej nie budząc już niepokoju u świętujących.

Zatem jedzcie i pijcie grillowicze tego świata tak, jak Wasze potrzeby Was prowadzą!

O dopamince i neurobiologii w psychologii obyczajowej pogadamy jeszcze nie raz😄

🗽🌡

Dobrego czasu majówkowego Państwu życzę😊A pokrzepiająco, w zgodzie z datą, w kontekście nienajlepiej rokujących badań na...
01/05/2026

Dobrego czasu majówkowego Państwu życzę😊

A pokrzepiająco, w zgodzie z datą, w kontekście nienajlepiej rokujących badań na temat młodego pokolenia polecam link z ręką na sercu i drugą zwrotką naszego Hymnu:
https://www.facebook.com/share/v/1BUK1XVZcZ/
🌷🇵🇱

SKORO ZAWODZI NAS NAUKA, MOŻE CZAS ZWRÓCIĆ SIĘ KU "FANTASTYCE"To refleksja Foxa Muldera, nasłynniejszego agenta FBI. Fik...
24/04/2026

SKORO ZAWODZI NAS NAUKA, MOŻE CZAS ZWRÓCIĆ SIĘ KU "FANTASTYCE"

To refleksja Foxa Muldera, nasłynniejszego agenta FBI. Fikcyjnego, fakt. Ale... Film, literatura i sztuka nigdy nie wyłaniają się ot tak, z czeluści czarnej dziury. I jako "fantastyka" gdzieś przecież muszą mieć swoją matrycę.

Fascynowało mnie kiedyś obserwowanie zdarzeń "magicznych" związanych z rozwojem mojej córki. I to jeszcze na etapie połączenia pępowiną. Uzbrojona w wiedzę z psychologii, zwłaszcza rozwojowej, obłożona książkami i teoriami aktualnej ( i pełnej arogancji i braku pokory) wszechwiedzy współczesnej nauki, psychologii i medycyny, nadal nie czułam się gotowa na bycie mamą. I dobrze czułam. Bo nikt mi nie powiedział, że będą chwile science fiction. Gdy "brzuszek", niemowlę i przedszkolak komunikują się z poziomu trudnego do pojęcia dostępną wiedzą, to skąd pewność, że to, co dziś nazywamy "fantastyką", jutro nie znajdzie racjonalnego, logicznego wyjaśnienia? Wydarzyło się tego tak wiele, że już od lat nie kwestionuję "fantastyki" a równowaga psychiczna, na którą pracowałam wiele lat, pozwala mi nie odlecieć za daleko.

Zmierzam do tego, że bardzo szanuję, rozumiem i czuję granice szaleństwa, na którą uciekają, bądź na której spokojnie sobie bytują poszukiwacze "cudu", rozwiązań "niemożliwych", zdarzeń niewytłumaczalnych i tak kontrowersyjnych dziś "teorii spiskowych".
To niezwykle cienka granica. Wymagająca.
Koniecznością jest nieustanna praca nad pielęgnowaniem stałych punktów odniesienia, zagruntowanie i spokój w głowie. W przeciwnym razie - foliowa czapeczka z antenką.

Bardzo polecam Państwu zaprzyjaźnienie się z przynoszącymi ulgę i nadzieję pytaniami: "A co by było, gdyby...", "A co jeśli jednak tak?" w sytuacjach, gdy dużo wokół krzyczy "nie".

Hm... Jestem z plemienia wychowanego na "Z archiwum X".
Bardzo pomaga mi to wykonywać mój zawód😉

⛽️🛸🧭

Współplemieńcom donoszę, że Disney+ ma calutkie 11 sezonów i pełnometraże " Z Archiwum X"☺️

CZY MUSZĘ MIEĆ ZE WSZYSTKIEGO PIĄTKI?"Ani mi się waż!" pomyślałam odruchowo w odpowiedzi na pytanie postawione przez cór...
21/04/2026

CZY MUSZĘ MIEĆ ZE WSZYSTKIEGO PIĄTKI?

"Ani mi się waż!" pomyślałam odruchowo w odpowiedzi na pytanie postawione przez córkę, ucieszyłam się, że odpuściła "muszę na 6", ale zapytałam dyplomatycznie:"Muszę ze wszystkiego?".

Przegadałyśmy to na poziomie początku podstawówki, temat wraca w kontekście motywacji i usiłujemy znaleźć balans między wymaganiami systemu a byciem zdrowym człowiekiem.

Mam takie doświadczenia, własne i z ponad 20 lat pracy zawodowej, że "muszę ze wszystkiego" nie idzie w parze ze zdrowiem. Nie tylko psychicznym.

Wychwycone w porę "muszę ze wszystkiego" jest znakomitym narzędziem diagnostycznym. Potem staje się młotem do bolesnego doświadczania autouderzeń.

Jako narzędzie diagnostyczne kieruje uwagę tam, gdzie dyskomfort, sugerując postawienie pytań pomocniczych, np.:
Dlaczego muszę? Dla kogo muszę? Czy mogę dokonać zamiany na "potrzebuję"? Co się wydarzy, gdy to zignoruję?

"Muszę ze wszystkiego" to szaleństwo montowane już w dzieciństwie, w szkole. Gdy trafi na opór, chwała oporowi - choć frycowe trzeba zapłacić. Oporowiec uchodzić może za lenia, mało ambitnego, w skrajnych przypadkach może być ciągany po "poradniach" w poszukiwaniu jakiegokolwiek "spektrum". Naturalnie nie zawsze. Bywa, że jest mu odpuszczone i "dane na mszę" za odnalezienie własnej drogi.

Gdy jednak "muszę ze wszystkiego" padnie na podatny grunt - sytuacja przypomina lawinę. Maleńkie płatki śniegu początkowo budzące zachwyt, podstępnie zbijają się w grudy na górze wysokiej a te, w okolicznościach sprzyjających katastrofie - ruszają w zjazd po równi pochyłej, zasypując na koniec tych, którzy nie przewidzieli.

Piszę o tym, bo towarzyszę teraz kilku procesom, w których "muszę ze wszystkiego" jest na różnych etapach lawiny.

Początek, zwykle odległy, utwierdził w przekonaniu, że to "muszę..." jest ok, dobre, szlachetne, uczciwe, ratujące (najczęściej innych), itd. Ciężko z tym dyskutować.

Ale już z załamaniem nerwowym można.

No to podyskutujmy w ramach psychologiczno obyczajowego łomotu.

Doświadczenie lawiny to nie spotkanie przy herbatce. To łomot w następstwie zbyt długiego pielęgnowania w sobie złudnych i wiodących na manowce przekonań.

Ponieważ jest to post na fejsbuku, a nie obrona pracy naukowej - streszczę się w końcu.

Jeśli musisz zrobić dużo i czujesz, że to za dużo - nie rób wszystkiego na 5. Znajdź choć jedno, które możesz zrobić z "naprawdę chcę" i czyń na 5. Reszta pożywi się na tej ochocie i wyrobi na "zdawalny".

W domu, w pracy, w relacjach nie zawsze ze wszystkim musisz wyrabiać na 5.

"Piątki" są przereklamowane i nie powinno się ich praktykować w kontekście "muszę".

Tym z Państwa, którzy pragną załamać się nerwowo lub mieć wrzody żołądka polecam "muszę ze wszystkiego na 5".

Tym z Państwa, którzy chcą mieć chore na zaburzenia odżywiania czy depresję dzieci - polecam "musisz ze wszystkiego na 5".

Tym z Państwa, którzy mają już za sobą to "muszę/musisz..." gratuluję!

🍀🍀🍀

Adres

Kielce

Telefon

+48604102431

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psycholog Joanna umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria