21/06/2025
CHUDY CIEŃ, KTÓREGO NIE WIDAĆ
Cześć.
Mam na imię Joanna. Manifestacją mojego cierpienia była anoreksja.
Od 23 lat moje ciało już wie, że nie warto.
Teraz jednak często wyłapuję śladowe rzuty stanu umysłu, jakim ona jest.
Anoreksja to stan umysłu.
Sposób radzenia sobie z myśleniem. I czuciem tego, o czym się myśli.
Czuciem objawionym całym wachlarzem nadmiernie pokolorowanych emocji. To czucie mocniej, więcej, często nie do udźwignięcia w danej gotowości.
Część oprogramowania instalowanego zwykle etapami.
Czasem zainfekowana wirusem puszcza wodze fantazji i daje się ponieść świeżo i na szybko pisanym historiom. Czasem, jak mawiają znajomi Amerykanie: "s**t happens" i zasila ją silniejszy czynnik bardzo zewnętrzny, niezależny od tego, co napisze własna ręka na kolejnej stronie historii, której się jest frontmanem. Bo flamaster w cudzej dłoni okazał się silniejszy. I tyle.
To stan umysłu, który nie zawsze liczy kalorie, często w ogóle (nigdy nie liczyłam). Nie zawsze obsesyjnie myśli o swoim wyglądzie i jest na dietach (w tym czasie nigdy nie byłam i nie ważyłam się, nie miałam nawet wagi). Nie zawsze jest w stereotypie rozpoznania sklasyfikowanego przez WHO. Chudy cień jest łącznikiem, ale to co ze sobą robi i dlaczego jest ZAWSZE historią indywidualną.
Świat mocno przyspiesza i daje sygnały, by wyrażać się otwartym tekstem. I zaczynać od siebie. A że mam już swoje lata i komfort słusznej perspektywy, pozwolę sobie na, mam nadzieję służący sprawie, kawałek ekshibicjonizmu. Nie zdecydowałam jeszcze, czy ta fejsbukowość będzie pierwszą stroną książki w fabule czy dalszym ciągiem pracy naukowej (anorektycy umysłowi zaczynają i często nie kończą wypsztykawszy się początkowym entuzjazmem). Fabuły są finalnie zdrowsze, radośniejsze (nawet jeśli w tragicznym rdzeniu) i pozwalają na wielowątkowość - a anoreksja taka właśnie jest, wielowątkowa.
Moją pierwszą pacjentką ponad dwie dekady temu (czyli w bardzo innym świecie) w szpitalnej poradni psychiatrycznej była bardzo młoda dziewczyna z rozpoznaniem bulimii.
Od wielu lat nie używam już określeń "chora na", a to, o czym napiszę, może wyjaśni dlaczego. Rozpoznań zaburzeń odżywiania było już wtedy sporo, więc podjęłyśmy z koleżanką, też psycholog, próbę stworzenia programu pracy z tematem, w tym grupę wsparcia. Był to też czas, gdy bulimia, otyłość i anoreksja były wrzucane do jednego worka. Błędnie.
Sama wtedy kotłowałam się ze swoimi resztkami sprzątanymi po ogromnych bitwach, sądząc, że wojnę mam wygraną. Myślałam, że jadę czołgiem, który rozjedzie w pył problemy "chorych na" tylko dlatego, że napisałam pracę o zaburzeniach odżywiania, jeździłam w różne rejony kraju, żeby testować super-test i przeczytałam wszystko, co wtedy było do przeczytania na ten temat. No i miałam ten cudowny "haj" poczatkującego, który jeszcze nie wie, że wsadza głowę między drzwi.
A! ...i nie wiedziałam, że moja historia przypudrowana psychoterapią własną i tempem, które przyspieszyło w kwestii poznawania świata, nadal się pisze.
To pierwsze nazwisko w pierwszym kalendarzu pierwszego dnia pierwszego roku mojej pracy zawodowej, było jak znak od bogów. Oni mi nie kiwali.
Oni krzyczeli "spójrz w lustro!".
Bo mój stan umysłu nadal anorektyzował.
Trochę służącego ekshibicjonizmu.
W liceum mi wybiło. Przewodnicząca samorządu szkolnego z celującym z polskiego na maturze - zwariowała. Mniejsza o mało chwalebną etiologię. Następnie na studiach nie wiedziałam, że moje ciało sponiewierane przez emocje kontrolujące zdrowy rozsądek i worek mechanizmów obronnych zaczęło krzyczeć. Studiowałam w zachwycie (a może w hipomanii) dwa kierunki. Mieszkając w akademiku udzielałam się towarzysko bardzo intensywnie, co ratowało mnie wbrew pozorom jak sanatorium rozchwiany kręgosłup.
A w tle budziły się demony, które zdecydowanie nie pasują do fejsbukowego postowania, bo to nie opis przypadku przecież.
Jeden z ludzkich wykładowców zauważył problem i w efekcie owocnej sugestii zaczęłam psychoterapię.
Dlatego, zaprawdę powiadam Wam - studenci psychologii - studiujcie nie-online, bo zapewniam Was, wielu z Was taki czujny wykładowca fejstufejs by się przydał. Chociaż...teraz podobno szuka się w tym zawodzie zysku a nie ratunku w studiowaniu.
Wracając, dopiero po powrocie zza oceanu, gdzie mnie poniosło tuż po obronie tytułu, zobaczyłam zdjęcie zrobione mi w drodze na lotnisko. W ciemnych kolorach, żółtych wystrzyżonych włosach i w towarzystwie słodkich bułek. Tak, bo anorektycy zwykle lubią i umieją piec, gotować i urządzać przyjęcia - z niczego robi się dużo, musi być dużo wszystkiego. Żeby było czym się zasłonić.
Patrząc na nie po roku, wyglądałam już inaczej. Kolorowo ubrana, w adidasach i długich blond, patrzyłam na siebie z fotografii jak na dowód, że skuteczna psychoterapia to życie w ciągu przyczynowo-skutkowym. Zobaczyłam. Choć jeszcze bez szans na przepracowanie. Usłyszałam jak z zaświatów swoje ciało.
I myślałam, że to koniec tematu. A to był dopiero początek zdrowienia.
I zaczął się nie w gabinecie psychoterapeutycznym. Dostałam w prezencie urodzinowym sesję u tarocisty (psychologa z wykształcenia zresztą, co być może miało znaczenie). Rozdygotana kolejną historią życiową, na którą się nadziałam, usłyszałam: CO MA BYĆ? A NIC NIE BĘDZIE, BO WSZYSTKO JEST OK. Pomyślałam "ty ściemniaczu, jest bardzo daleko od ok" i poszłam sobie.
Z perspektywy czasu, wydarzeń i licznych historii podobnych mniej lub bardziej, którym już z inną głową towarzyszyłam, uznaję to zdanie za wybitne.
Wybitne.
Nie był ściemniaczem.
Anoreksja to nie choroba, to stan umysłu. Rozpoznanie, które jest potrzebne, żeby medycznie zaopiekować temat, jeśli tego wymaga, to jedno - a to, jak się z tym żyje i kiedy to odchodzi, to drugie.
Można spędzić miesiące w ośrodkach,w oddziałach szpitalnych czy na ambulatoryjnych kozetkach, które przywrócą wagę. Ocalą fizjologię. I to ważny etap.
W moim przypadku było spontanicznie ekstremalnie - anioły uzdrowienia wysłały mnie na rok do ojczyzny fast foodów i Starbucksa (do którego teraz mam słabość, pielęgnowaną smakiem zmiany perspektywy). A smaki w anorektycznym stanie umysłu wiążą i wikłają, nawet post factum, taki objaw zejściowy. Przyjemny w analizie.
Anoreksja to bardzo długi stan.
Albo i nie.
Bo nie chodzi o czas. Chodzi o kumulację przeżyć, które muszą się pojawić, żeby zobaczyć siebie prawdziwego na fotografii. W gotowości do zejścia wgłąb, żeby zobaczyć, co, kiedy i dlaczego tam się porobiło.
A potem, gdy psychoterapia ponazywa, oczyści wstępnie tę stajnię Augiasza, pojawi się olśnienie. Nie psychiatryczne, zdrowe jak koń olśnienie, które poprowadzi, jak koń w hipoterapii.
Może nim być ktoś, kto pokaże exit, lub powie coś, czego nie potraktujemy niepoważnie. A może drzwi, które się otworzą i należy przez nie przejść. Może obrazek na ulicy albo czyjaś historia, jako świadectwo, nawet nie per analogiam.
Podaję więc dalej, mając perspektywę i inny stan umysłu jako narzędzia:
Nic nie będzie, bo wszystko jest ok...dziewczyno, która czujesz, że coś jest nie tak i chłopaku, którzy boicie się własnego chudego cienia...
Tego, którego nie widać.
Jest przesprytnie i nieświadomie maskowany przez Ciebie czekającego na gotowość.
A ona przybędzie prześwietlając tego chudego tak, że zobaczysz to kiedyś wyłącznie na fotografii.
💚
Tym z Państwa, którzy mierzą się z tematem lub stoją przy tych, w których gotowość zaledwie się tli, polecam pierwszy krok, dokładnie w takiej kolejności:
* konsultacja z zaangażowanym internistą,
* kontakt z psychoterapeutą, który określi na wstępie metodę i to, czy jest ona spójna z tym, co w duszy gra potrzebującemu,
* kontakt z wyspecjalizowanym w tej konkretnej dziedzinie psychodietetykiem.
Anoreksja boli inaczej niż tylko wychudzone ciało. Ale to nim najpierw należy się zaopiekować.
🍼
Znalazłam niedawno tę fotografię na dnie kuferka sprzed lat. I nareszcie mam odwagę podzielić się jej dość powierzchownie tu streszczoną historią. Może komuś się przyda. Info, że to nie wyrok, jeśli damy sobie szansę na gotowość.