22/04/2026
Często gram sama, ale czasem trafia się, że mój asystent pojawi się w Studio.
Przychodzi niepospiesznie, coraz rzadziej i coraz wolniej i tak łazi za mną, póki wystarczająco jej nie wyczochram. Uwielbia być noszona na rękach, od małego lubiła.
Spędziła ze mną większość mojego życia, była u mojego boku podczas pierwszych miłostek i pierwszych łez przy "Dont Cry" Guns n Roses.
Była przy każdej mojej jelitówce - szczególnie wtedy, kiedy jadłam galaretkę owocową, uwielbiała mi ją podkradać 🤣
Powoli przyzwyczajam się do myśli, że to prawdopodbnie jej ostatnia wiosna i lato, dlatego cieszę się, że mi "przeszkadza". Miauczy podczas nagrywania, gra na wiszących grzechotkach ogonem podczas zwiadów w Studio, paca paputem, żeby wymusić dodatkowe głaskanie i krzyczy, kiedy nie dostanie tego, co chce.
Utrata i sama żałoba od kiedy pamiętam była dla mnie tematem o ciężkim ładunku. Myślę, że nawet była to w jakiś sposób moja lekcja - jeszcze z poprzednich żyć, karmiczna. Dotykała najgłębszych czeluści mojego czucia, wrażliwości, zaburzała równowagę pstryknięciem palca, bo kiedy miałam 8 lat, jeden zaufany dorosły powiedział, że teraz nie mogę. Dopiero, kiedy parę lat temu zdobyłam narzędzia, które pozwalają sięgnąć tak samo głęboko, zaczęłam rozumieć, uzdrawiać, akceptować i ukochiwać.
Zaczęłam dawać atencję i szacunek sobie - swoim uczuciom, myślom.
Dałam sobie prawo odczuwać, mieć emocje, mieć zdanie.
I tak w wieku 29 lat przeżyłam żałobę, którą powinnam móc przeżyć 20 lat wcześniej.