19/01/2026
Justyna Dąbrowska rozmawia z Ursulą Wirtz, analityczką jungowską z Zurychu, autorką wydanej w języku polskim książki "Umieranie i stawanie się". Serdecznie polecamy lekturę wywiadu!
Justyna Dąbrowska: Jak to możliwe, że mając prawie 80 lat, jesteś tak pełna życia i energii?
Ursula Witz psychoterapeutka, analityczka jungowska: Myślę, że pewną rolę odgrywa tu zwyczajne szczęście. Od 44 lat żyję w oddanym, pełnym miłości związku. Mój ukochany ma obecnie 92 lata, jest zarówno analitykiem – neofreudystą – jak i artystą, malarzem i wiolonczelistą. Jeszcze do niedawna każdego wieczora grał dla mnie Bacha i Vivaldiego. Teraz nie może już grać: traci siły, bo cierpi na poważną chorobę serca. Dlatego stopniowo przygotowujemy się do ostatecznego pożegnania. Powiedziałabym, że obecnie żyje w przestrzeni liminalnej – nie do końca w tym świecie, ale też nie całkiem poza nim.
Niedawno poproszono mnie o napisanie rozdziału do książki zatytułowanej Confronting Death (W obliczu śmierci), w którym zastanawiam się nad tym, jak przygotowuję się do śmierci ukochanego człowieka i czy potrafię postrzegać śmierć jako przyjaciela.
JD: Czy można się przygotować na takie pożegnanie?
UW: W pewnym sensie tak. My oboje od wielu lat praktykujemy medytację, więc świadomość nietrwałości wszystkiego jest głęboko zakorzeniona w moim rozumieniu życia. Często rozmawiamy o śmierci. Żyliśmy pełnią życia, myślę, że łatwiej jest się z nim rozstać, gdy człowiek czuje się spełniony.
JD: Mówisz, że dużo rozmawiacie. O czym mówicie? Jakiego rodzaju to są rozmowy? O przeszłości czy o teraźniejszości?
UW: Rozmawiamy o wszystkim. O przeszłości, o naszych szczęśliwych chwilach, ale także o wielkiej niewiadomej, która nas czeka. Pytamy: Jak to będzie? Czy spotkamy się ponownie na drugim brzegu? Czy coś przetrwa poza ciałem? Czy wierzymy w wieczność duszy? Czasami mój ukochany mówi do mnie: Będę czekał na ciebie po drugiej stronie.
JD: I co odpowiadasz?
UW: Być może powinnam Ci najpierw wyjaśnić, dlaczego śmierć jest mi w pewnym sensie znajoma. Urodziłam się w domu śmierci. Mój ojciec, znacznie starszy od mojej matki, zmarł pięć tygodni przed moimi narodzinami. Nigdy więc go nie poznałam.
Pierwszym spacerem mojej matki ze mną, gdy byłam niemowlęciem, była wizyta na jego grobie. Cały nasz dom był pogrążony w żałobie – nie tylko po ojcu, ale także po synku moich rodziców, który zmarł rok przed tym zanim się urodziłam – miał zaledwie osiem tygodni. Moja matka opłakiwała więc najpierw swoje dziecko, potem męża... a później pojawiłam się ja.
fragment rozmowy dla Miesięcznika ZNAK (wydanie styczniowe).