03/05/2026
🔹„NEUROODMIENNY” TO NIE DIAGNOZA.
TO STRATEGIA EMANCYPACYJNA🔹
Termin „neuroodmienny” (neurodivergent) został wprowadzony przez Kassiane Asasumasu - neuroodmienną aktywistkę ze złożonymi niepełnosprawnościami - jako pojęcie identyfikujące sposób funkcjonowania umysłu, który odbiega od bieżącej normy. Od samego początku był to termin społeczno-polityczny, powstały w kontrze do medycznych standardów traktowanych często jako dogmatyczne, niezmienne i oczywiste.
Nie jest to określenie ostateczne ani tożsamościowa etykieta, która ma kogokolwiek zamykać w definicji. To raczej punkt wyjścia - narzędzie do zadawania pytań. Do podważania tego, co uznajemy za normę. Do przyglądania się temu, dlaczego pewne sposoby funkcjonowania uznajemy za właściwe, a inne za odchylenie.
W tym sensie „neuroodmienność” nie służy stygmatyzowaniu. Służy otwieraniu dyskusji. Jest zaproszeniem do krytycznego myślenia o normatywności jako systemie - nie neutralnym, ale ukształtowanym historycznie, kulturowo i politycznie.
Dyskusja o tym, kto jest neuroodmienny, a kto neurotypowy, tylko pozornie jest dyskusją medyczną.
W pewnym zakresie oczywiście dotyczy ona norm zdrowotnych - tego, co uznajemy za funkcjonowanie adaptacyjne, za dobrostan, za zdrowie psychiczne i fizyczne. Ale nawet na tym poziomie widać dziś bardzo wyraźnie, że nie mamy do czynienia z czymś stałym i obiektywnym, tylko z konsensusem, który podlega ciągłym przesunięciom.
Ten konsensus się zmienia. Ewoluuje. I w przeważającej mierze dzieje się to dzięki wiedzy doświadczeniowej osób samorzeczniczych, które przez lata pozostawały poza głównym nurtem badań albo były w nim obecne wyłącznie jako odchylenie od normy, a nie jako grupa, która wnosi własne, spójne rozumienie funkcjonowania. Coraz częściej okazuje się, że to, co z perspektywy dominującej normy było opisywane jako dezadaptacyjne, w rzeczywistości pełni funkcję głęboko adaptacyjną - tyle że w odniesieniu do konkretnego układu nerwowego, konkretnej osoby, konkretnego sposobu przetwarzania świata.
I to jest moment, w którym medyczne rozumienie normy zaczyna się rozszczelniać.
Bo jeżeli komfort zdrowotny - regulacja, dobrostan, zdolność do funkcjonowania - wygląda inaczej w zależności od profilu poznawczego, sensorycznego, emocjonalnego, komunikacyjnego i behawioralnego, to próba narzucenia jednego standardu wszystkim zaczyna być nie tylko nieskuteczna, ale też przemocowa. W skrajnych przypadkach jest niczym innym jak formą terapii konwersyjnej - czyli próbą dostosowania osoby do normy kosztem jej integralności i dobrostanu.
Dlatego tak ważne wydaje mi się, aby medycyna zaczęła realnie uwzględniać neuroróżnorodność - nie jako margines, ale jako istotny kontekst interpretacyjny. Aby włączała badania prowadzone wśród osób dotychczas pomijanych, aby czytała je nie przez pryzmat deficytu, ale różnicy. Aby dopuszczała możliwość, że istnieją różne trajektorie zdrowia.
Ale nawet jeśli uznamy ten medyczny wymiar za ważny, to nie on jest tutaj najistotniejszy. Bo neuroróżnorodność - w swoim najszerszym sensie - jest kategorią społeczno-polityczną.
Dotyczy tego, jak organizujemy świat. Jakie standardy komunikacyjne uznajemy za właściwe. Jakie zachowania są akceptowane, a jakie dyscyplinowane. Jakie sposoby myślenia są premiowane, a jakie marginalizowane. Jakie formy regulacji emocjonalnej i sensorycznej uznajemy za dojrzałe, a jakie za problemowe.
Dotyczy więc całego spektrum ludzkiego funkcjonowania - poznawczego, komunikacyjnego, behawioralnego, sensorycznego i emocjonalnego - i tego, jak to spektrum zostaje zawężone przez dominujące normy. To zawężenie ma bardzo realne konsekwencje, nie tylko w postaci wykluczenia jednostek, ale też w postaci cywilizacyjnej utraty.
Kiedy zmuszamy tak różnorodne umysły do funkcjonowania w bardzo wąskim zakresie dopuszczalnych sposobów bycia, myślenia, reagowania i komunikowania się, ograniczamy dostęp do ogromnej części ludzkiego potencjału.
W edukacji premiujemy jeden styl poznawczy. Jeden sposób konceptualizowania rzeczywistości. Jeden model komunikacji. Jeden sposób regulacji emocjonalnej. Jedną normę behawioralną. Jedną tolerancję sensoryczną. Reszta musi się dostosować - albo wypada z systemu.
Tymczasem to właśnie w tej „reszcie” bardzo często znajduje się to, co najbardziej twórcze, innowacyjne, nieszablonowe. Nie przypadkiem znani artyści, filozofowie, naukowcy i wynalazcy - bywali ekscentrykami funkcjonującymi na obrzeżach wspólnot ludzkich.
Dlatego tak ważne wydaje mi się, aby nie sprowadzić neuroróżnorodności do poziomu powierzchownej narracji - do pewnej estetyki różnicy czy performatywnego języka inkluzji. Bo w swoim głębszym sensie paradygmat neuroróżnorodności wnosi coś znacznie bardziej radykalnego.
To jest zmiana na poziomie epistemologicznym. Przesunięcie, które można by porównać do przewrotu kopernikańskiego. Nagle okazuje się, że to nie jednostka „odchyla się” od normy, tylko norma okazuje się historycznie ukształtowanym, zawężonym wycinkiem rzeczywistości.
I że to nie ludzie wymagają korekty, tylko systemy, które nie są w stanie pomieścić ich różnorodności.
W tym kontekście warto sobie przypomnieć etymologię słowa „neuroróżnorodność” i jego nawiązanie do bioróżnorodności.
Neuronormatywne podejście przypomina środowisko, w którym próbuje się uprawiać jeden gatunek rośliny - w jednej glebie, w jednym klimacie, według jednego modelu wzrostu. Wszystko, co nie pasuje, jest przycinane, korygowane albo usuwane.
Natomiast myślenie w duchu neuroróżnorodności przypomina raczej tworzenie wielu różnych środowisk - różnych warunków glebowych, klimatycznych - ekosystemów, w których różne formy życia mogą rozwijać się zgodnie ze swoją specyfiką.
I wtedy okazuje się, że to, co wcześniej wydawało się niewystarczające, słabe, gorsze - zaczyna rozkwitać.
Że różnorodność poznawcza, komunikacyjna, behawioralna, sensoryczna i emocjonalna nie jest problemem do rozwiązania - tylko zasobem.
Że bogactwo świata nie bierze się z ujednolicenia, tylko z różnicy.
I to właśnie w tym miejscu znajduje się dziś największy potencjał tej dyskusji. Nie w tym, żeby ostatecznie rozstrzygnąć, kto jest „neurotypowy”, a kto „neuroodmienny”. Ale w tym, żeby spojrzeć na inność z ciekawością i afirmacją, widząc w niej potencjał dla całej ludzkości - zamiast dziwności, którą trzeba utemperować.
🔻
O tym wszystkim będę opowiadać szerzej w moim wystąpieniu otwierającym tegoroczne NeuroShow 2026, organizowane przez Fundacja JiM, które odbędzie się 9-10 października w Warszawie (STACJONARNIE i ONLINE).
To dla mnie bardzo ważny i wzruszający moment - możliwość zebrania kilku ostatnich lat mojej pracy wokół paradygmatu neuroróżnorodności oraz opowiedzenia o tym, co tworzę w DOM NEUROKULTURY.
NeuroShow 2026 zapowiada się jako wielkie święto neuroróżnorodności - przestrzeń spotkania, rozmowy i współtworzenia nowych języków opisu ludzkiego doświadczenia.
Jeśli tylko macie na to zasoby, serdecznie Was zapraszam.
PIMP MY MIND będzie i w tym roku partnerem społecznym tego wydarzenia!
Do zobaczenia 🙂❤️