KAMIL GÓRA I Psycholog dziecięcy

KAMIL GÓRA I Psycholog dziecięcy Jestem terapeutą, który z pasją wspiera dzieci, młodzież oraz ich rodziny. W swojej pracy stawiam na uważność, relację, autentyczne spotkanie i bezpieczeństwo.

Jeśli szukasz psychologa, który widzi człowieka, nie problem - jesteś w dobrym miejscu.

Niezwykle ważny temat! Zerknijcie! :)
24/02/2026

Niezwykle ważny temat! Zerknijcie! :)

Wielu rodziców pyta mnie: „Dlaczego on nie może po prostu posiedzieć 5 minut spokojnie?”. Odpowiedź kryje się w mózgu, a konkretnie w tym, jak przetwarza on czas i dopaminę.

Na dzisiejszych zajęciach, kiedy ja przygotowywałam salę i materiały, zamieniliśmy nudne czekanie w budowę „węża giganta”. Dlaczego to zadziałało lepiej niż prośba o spokój?

1. Ślepota czasowa
Dzieci z ADHD postrzegają czas inaczej. Dla nich istnieją tylko dwie pory: „teraz” i „nie teraz”. „5 minut” to abstrakcja, która brzmi jak wieczność. Konkretne zadanie, jak układanie węża przez całą salę, daje im fizyczny dowód na to, że czas płynie, a praca posuwa się do przodu.

2. Głód stymulacji
Mózg z ADHD stale szuka dopaminy. Siedzenie bezczynnie to dla niego „kara”, która powoduje narastający niepokój. Dając wyzwanie – „zbuduj najdłuższego węża, jakiego widziałam” – dostarczamy paliwa dla mózgu. Czekanie staje się aktywnym działaniem, a nie biernym cierpieniem.

3. Grywalizacja i domknięcie (zawody w sprzątaniu)
Zakończyliśmy przygotowania pojedynkiem: ja zbieram czerwone, pacjent niebieskie klocki. Dlaczego to ważne? Bo mózg lubi rywalizację i jasne zasady. To pomaga w „przełączeniu się” na właściwe zadanie bez buntu, który często pojawia się przy nagłej zmianie aktywności.

Wniosek?
Zamiast walczyć z naturą dziecka, możemy wykorzystać jego potrzebę ruchu i zabawy, by osiągnąć cel. Czysty korytarz, duma z ułożonego węża i gotowość do dalszej pracy – to nasz dzisiejszy sukces! Często pokazuję Wam patenty, które świetnie działają przy ADHD, ale prawda jest taka: mózg każdego dziecka potrzebuje ruchu i wyzwań, żeby poradzić sobie z trudnymi emocjami.

Dajcie znać: czy wiedzieliście o „ślepocie czasowej”? A może intuicyjnie stosujecie podobne patenty w domu? 👇

gabinetpsychologa sposóbnadziecko uważność

KIEDY JEDNA PORAŻKA UNIEWAŻNIA WSZYSTKOZa oknem było już coraz ciemniej, słońce chyliło się ku zachodowi. Gdzieś w oddal...
06/02/2026

KIEDY JEDNA PORAŻKA UNIEWAŻNIA WSZYSTKO

Za oknem było już coraz ciemniej, słońce chyliło się ku zachodowi. Gdzieś w oddali słychać było klaksony tłamszących się w korku samochodów. Taka pora, ktoś powie: powroty do domu po pracy, po szkole takie są. Jeśli przyjrzeć się dokładniej, można było dostrzec potok ludzi, kroków, myśli, pochód doświadczonych w ciągu dnia emocji. Każdy zanurzony w swoim własnym świecie - zmęczony tym, co za nim i tym, co przed nim, działający jakby na autopilocie.

Tuż po tej krótkiej przerwie, w której pijąc kawę z zaciekawieniem przyglądałem się pospiesznie przemieszczającym się ludziom, w drzwiach mojego gabinetu stanął nastoletni Bartek. Usiadł ciężko na fotelu i przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Rozglądał się nerwowo, jego spojrzenie co rusz przeskakiwało pomiędzy sufitem, a podłogą. Potem rzucił:
- „Ja chyba nie mam za bardzo z czego być zadowolony. Odniosłem kilka sukcesów, może z trzy, ale nie więcej.”
Nie powiedział tego z żalem. Raczej z przekonaniem. Jakby właśnie zamknął jakąś wewnętrzną sprawę i nie było już od czego się odwoływać. Wrócił do tematu, do którego zbliżyliśmy się na wcześniejszym spotkaniu. Tym tematem była samoakceptacja, a więc szacunek dla siebie albo, odwrotnie, nielekceważenie siebie. Uważność na własną historię.

Na stoliku między nami leżała Jenga. Klocki poukładane byle jak, jeszcze z poprzedniego spotkania. Wspomniał o trzech sukcesach - tak powstał fundament jego wieży. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, sondując jego drobne zwycięstwa. Nie zdążyła minąć, a konstrukcja z klocków miała już kilka pięter.

Po tej dynamicznej wymianie nastąpiła pauza, chwila na oddech. Wtedy Bartek sięgnął po kolejny klocek - mając na końcu języka kolejny mały sukces - i przez chwilę obracał go w palcach.
- „Jak coś mi nie wyjdzie, to mam wrażenie, że wszystko inne też się nie liczy.”

Poprosiłem, żeby dołożył klocek do wieży. Bez zastanawiania się, czy pasuje. Po prostu - jeden fakt z ostatniego tygodnia, który nie był porażką.
- „To bez sensu. Przecież to nie jest sukces.” - powiedział odruchowo.
- „W tym momencie chyba inaczej go rozumiemy” - odpowiedziałem. - „Dlatego zrób to mimo wszystko, żebyśmy za chwilę mogli go obejrzeć, spotkać się w definicji”.

Myśli, które brzmią jak fakty

Kiedy klocek wylądował na górze, wieża nawet się nie zachwiała. Chłopiec spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.
- „Ale i tak wiem, że zaraz coś zawalę.”

To zdanie znam dobrze. W różnych wersjach. Wypowiadane przez dzieci, nastolatków i dorosłych. Brzmi jak przewidywanie przyszłości, a tak naprawdę jest krytycznym głosem, który nauczył się mówić automatycznie, bezrefleksyjnie, na gorąco. W pierwszej chwili miałem chęć zapytać, czy to prawda, ale byłoby to zbyt łatwe do odrzucenia. Zapytałem więc: „Skąd ten głos wie?”

Zaczęliśmy się mu przyglądać. Jak podejrzanemu. Bez oskarżeń, ale z uważnością. Co mówi? Kiedy się odzywa? Co robi z wieżą? Co się dzieje kiedy słyszy podobne głosy od innych?

Wyczulenie na sygnały z zewnątrz

W pewnym momencie powiedział:
- „Jak ktoś coś skomentuje, nawet głupio, to od razu mam w głowie: no tak, miał rację.”
Poprosiłem, żeby wyjął klocek z dowolnego miejsca. Bez planu. Wyciągnął. Wieża zadrżała.
- „Tak to właśnie czuję.”
I to był moment, w którym tłumaczenie mu, że „nie każdy komentarz jest ważny”, było zwyczajnie zbędne. On to wiedział. Problem nie polegał na tym, że reagował - tylko że reagował automatycznie, bez sprawdzenia, co naprawdę jest ważne.
Uczyliśmy się zatrzymywać rękę. Choćby na sekundę. Zauważyć napięcie. Myśl. Impuls. Zamiast walczyć - podawać dłoń temu, co trudne. Bez zgody na demolowanie konstrukcji.

Bo sztuką jest nie bać się próbować

Na kolejnym spotkaniu wieża była jeszcze wyższa. Nie spektakularnie. Kilka klocków więcej.
- „W sumie… były dwa dni, kiedy było spokojniej. Wytrzymałem na lekcji bez krzyków, spróbowałem tego oddechu od Sealsów” - rzucił mimochodem.

Te „w sumie” są najcenniejsze. Tam kryją się wyjątki. Moment, w którym problem nie rządził umysłem. Dołożyliśmy je ostrożnie. Bez fanfar. Ale z uważnością.
- „To co to mówi o Tobie?”- zapytałem.
Przez chwilę milczał, po czym odpowiedział:
- „Że może nie wszystko się rozsypuje od razu?”

Miał rację. Koniec końców, kiedy do głosu dochodzi nasz wewnętrzny krytyk, najczęstszym odruchem osób z naszego otoczenia, jak i nas samych jest kontratak: „nie myśl tak”, „weź się w garść”. Tyle że to zwykle kończy się kolejnym wyrokiem - tym razem za to, że w ogóle tak się czujemy.

Dlatego uczmy się czegoś innego: jak się zatrzymać, jak zauważyć, nazwać, podać dłoń temu, co trudne. Jak dotrzeć do siebie z myślą:
- „Okej, słyszę cię, ale dziś decyduję ja.

A samoakceptacja - jak ta wieża - nie musi być idealna. Wystarczy, że jest wystarczająco stabilna, żeby próbować dalej.

O DŁUGU, KTÓRY NIE MA TERMINU SPŁATYW gabinecie było cicho i spokojnie... Tak spokojnie, że cisza w pewnym sensie domaga...
14/01/2026

O DŁUGU, KTÓRY NIE MA TERMINU SPŁATY

W gabinecie było cicho i spokojnie... Tak spokojnie, że cisza w pewnym sensie domagała się wypełnienia. Matka pewnego chłopca siedziała tuż obok, dłonie miała oparte na kolanach, palce zaś splecione - z przyzwyczajenia. Co jakiś czas rozplatały się i wracały na to samo miejsce.

- Mam wrażenie, że cały czas coś powinnam - powiedziała w końcu.
Jej głos był równy, nie zdradzał pośpiechu.
- Nawet jak nic się nie dzieje, to w środku mam listę. Jakby ten moment był tylko przerwą między jednym a drugim.

Zamilkła. Spojrzała na zegarek. Chwilę się zawahała, po czym odwróciła go tarczą do dołu. Jakby sprawdzała, czy świat się od tego nie zawali.

To poczucie rzadko pojawia się nagle. Zwykle narasta powoli. Między jednym „jeszcze tylko” a kolejnym. Między odpowiedzialnością a troską. Między byciem potrzebnym a byciem w stałej gotowości. Rodzice rzadko mówią o presji. Częściej o pilnowaniu. O tym, że coś trzeba mieć na oku. Że nie bardzo wiadomo, kiedy można przestać.

- Ja nie czuję, że robię za dużo - dodała po chwili.
- Bardziej, że jak przestanę, to coś mi umknie.

To zdanie często zapada w ciszę. Taką, która nie domaga się odpowiedzi ani uspokojenia. Raczej chce zostać chwilę w powietrzu.

Dług produktywności nosi się bardzo cicho

Nie wchodzi z hukiem. Jest obecny przy okazji: przy planowaniu dnia, przy wieczornym sprawdzaniu, czy wszystko gotowe, przy myśli, że jutro znów będzie intensywnie. Wielu pewnie wspomni tutaj cechy wspólne z odpowiedzialnością. Tyle, że wielu rodziców bierze na barki odpowiedzialność także za te rzeczy, na które nie mają realnego wpływu. A stąd już prosta droga do poczucia winy.

W praktyce gabinetowej widać, że wielu rodziców funkcjonuje w tym trybie latami. Bez nazwy. Bez zatrzymania. Jakby napięcie było naturalnym tłem dorosłości. Czasem dopiero w gabinecie pojawia się przestrzeń, by to zauważyć. Nie od razu. Najpierw jest opowieść o dziecku, o trudnościach, o codzienności. A potem, między jednym zdaniem a drugim, pojawia się coś jeszcze. Westchnienie. Opuszczone ramiona. Dłonie, które na moment przestają się poruszać.

Jest jeszcze jeden moment, który często wraca

Zwykle pojawia się po słowach: „Jest już lepiej.” Rodzic mówi to spokojnie, czasem nawet z ulgą. A zaraz potem dodaje:
- Tylko teraz… to już chyba tak powinno być, prawda?
Nie ma w tym radości z osiągnięcia. Jest raczej poczucie, że od tej pory obowiązuje nowy standard. W praktyce wygląda to tak, że każdy postęp bardzo szybko przestaje być czymś, przy czym można się zatrzymać. Staje się nowym minimum. Czymś, co teraz trzeba utrzymać - często za wszelką cenę. Dopilnować. Powtórzyć.

- Skoro już potrafię być spokojniejsza…
- Skoro poranki są lepsze…
- Skoro on już sobie radzi…

I choć nikt nie nazywa tego wprost, w tle pojawia się napięcie, że cofnięcie się o krok będzie porażką. Że nie ma miejsca na gorszy dzień. Że każde osiągnięcie wychowawcze odnawia dług - zamiast go zamykać.

To nie jest coś, co trzeba naprawić

Na jednym ze spotkań ta sama Matka powiedziała cicho:
- Jak o tym mówię, to widzę, że ja właściwie cały czas coś spłacam.
Nie było w tym oskarżenia wobec siebie. Raczej zdziwienie. Jakby dopiero teraz zobaczyła, ile energii kosztuje bycie w ciągłej gotowości - także wtedy, gdy „jest już lepiej”.

To często moment, w którym napięcie nie znika, ale zmienia się nastawienie wobec niego. Przestaje być czymś, co trzeba zagłuszyć kolejnym wysiłkiem. Zaczyna być sygnałem zmęczenia, które długo było odkładane „na później”.

Co to zmienia w relacji z dzieckiem?

Nie przez instrukcje. Nie przez postanowienia.

Zmiana zaczyna się od drobnych przesunięć: od krótszego „zaraz”, od jednego momentu w ciągu dnia, który nie musi być użyteczny, terapeutyczny, od zgody na to, że nie wszystko zostanie dopilnowane.

Rodzice często mówią później:
- Jak ja trochę zwolniłem, to on jakby mniej sprawdzał.
- Nie wiem, co dokładnie się zmieniło, ale w domu jest ciszej.
- Jakby było więcej miejsca.

Nie zawsze potrafią to nazwać. I nie muszą. Ważne, że doświadczają.

Na zakończenie

Jeśli nosisz w sobie poczucie, że „ciągle musisz”, spróbuj nie pytać, jak to zmienić. Może wystarczy zatrzymać się na chwilę, zauważyć zmęczenie i zapytać siebie z życzliwością: „Jak długo już to we mnie pracuje?” I czy dziś mogę potraktować siebie z tą samą uważnością, z jaką reaguję, gdy o zmęczeniu informuje mnie dziecko.

Czasem to wystarcza, żeby napięcie w relacji mogło na moment opaść.

Bez naprawiania.
Bez przyspieszania.
Z wyrozumiałością.
Z życzliwością.

MARGINESY PEŁNE ZNACZEŃ I SZEPTANE PRZEŁOMYZaparzyłem kawę - tę ulubioną, mocno aromatyczną - i usiadłem nad kalendarzem...
04/01/2026

MARGINESY PEŁNE ZNACZEŃ I SZEPTANE PRZEŁOMY

Zaparzyłem kawę - tę ulubioną, mocno aromatyczną - i usiadłem nad kalendarzem, który towarzyszył mi przez ostatnie dwanaście miesięcy. Ma pozaginane rogi - niektóre z nich to wynik pośpiechu, inne zagiąłem celowo, by wrócić do myśli, które tego dnia wybrzmiały w gabinecie szczególnie mocno.

Na jego marginesach - obok terminów spotkań - widnieją krótkie, odręczne notatki. To pojedyncze słowa-klucze: „oddech”, „bezpieczeństwo”, „zauważenie”, „zatrzymanie”. Dla kogoś z zewnątrz to tylko atrament na papierze. Dla mnie to ślady ważnych procesów."

Kiedy wracam myślami do tych zapisków, to choć widzę konkretne twarze i sceny, widzę też obrazy i emocje, które są wspólne dla wielu z nas. Te historie, które od momentu powstania strony pojawiały się na niej, nigdy nie były kroniką jednego życia. Były raczej mozaiką - utkaną z wielu spotkań, zanonimizowanych okruchów codzienności i uniwersalnych trudności, których doświadczamy jako ludzie.

Dlaczego to dla mnie tak ważne?

Moim celem w psychoedukacji nigdy nie było „pokazywanie palcem”. Wręcz przeciwnie - opisywane tu sytuacje to bezpieczne, wspólne mianowniki. To takie momenty, w których:
- złość dziecka okazuje się być wołaniem o bliskość,
- lęk rodzica staje się mostem do zrozumienia własnego dzieciństwa,
- cisza w gabinecie zaczyna znaczyć więcej niż potok słów.

W każdym tekście dbałem o to, by prawda o emocjach pozostała nienaruszona, ale by prywatność moich rozmówców była absolutnie chroniona. To, co tu czytaliście, to esencja procesów, które dzieją się w nas wszystkich - podana w sposób, który ma skłonić do uważności i zatrzymania się nad Ja i My.

Co zabieram z poprzedniego roku?

Pisanie o psychologii w formie storytellingu to dla mnie sposób na to, byśmy mogli przejrzeć się w tych opowieściach jak w lustrze - ale takim, które nie razi po oczach, lecz pozwala łagodnie dostrzec to, co ważne.

Dziękuję Wam za to, że moje „notatki z marginesów” znajdowały u Was oddźwięk, a niekiedy, jak sygnalizowaliście w prywatnych rozmowach, owocowały małymi przełomami. Że w tych uniwersalnych obrazach odnajdywaliście cząstkę siebie, co dawało Wam siłę do wprowadzania zmian.

Zamykam poprzedni rok z filiżanką kawy w dłoni i poczuciem, że najpiękniejsze historie to te, które dzieją się po cichu - subtelne drgnienia bez blasku fleszy, w zaciszu Waszych własnych odkryć. W nowy rok wchodzę z ciekawością tego, czego przyjdzie mi doświadczyć, z nowym kalendarzem, pierwszą zagiętą kartką i ukrytą w niej myślą:

Chcę powidok człowieka za sobą zostawić,
Jak cień drzewa, co chroni przed słońcem z litości.
I człowieka w człowieku na nowo odnaleźć,
W prostym geście, spojrzeniu, w jego obecności.

22/12/2025

HEJŻE, HEJ! O TYM, CO W ŚWIĘTA NAJWAŻNIEJSZE...

Jeszcze parę lat temu, za moich dziecinnych lat, wyglądało to tak: mróz malował wzory na szybach. W kuchni pachniało korzennym ciastem, na stole stygły chwilę wcześniej wypieczone amoniaczki, a w rogu, na talerzach, piętrzyły się pierogi i uszka. W pokoju nieśmiało mrugały do nas lampki, które czekały na to, by zawiesić je na choinkę wraz z niezliczoną ilością bombek, łańcuchów, słodkości... A w tym wszystkim my - na co dzień zabiegana rodzina: dzieci, rodzice, dziadkowie.., dzielący się swoją obecnością, nucący kolędy, rozmawiający, przeglądający się w szklanych bombkach, które zniekształcały nasze twarze, mrużący oczy, aby poeksperymentować ze światłem.

To nie prezenty ani idealnie ułożone pierogi stanowiły o tym, co niepowtarzalne. Co roku wykonywaliśmy przecież te same czynności, przygotowywaliśmy się do tych samych świąt. O wyjątkowości tych chwil stanowiliśmy my - ludzie, rodzina i to, co między nami.

Prawdziwe święta zaczynają się tam, gdzie jest uważność.

W tym roku postanowiłem opowiedzieć Wam o nich tak, jak ja je czuję. Bez pośpiechu, choć rytmicznie. Tak powstał tekst utworu, który jest poniekąd odbiciem moich osobistych, świątecznych doświadczeń.

Pastorałka, o której mowa, to historia o świecie, który na chwilę zwalnia. O zwierzętach, które czują nadchodzące dobro, o dzieciach, które niosą nadzieję i o nas - dorosłych, którzy chociaż w tym jednym czasie w roku znów możemy założyć „kurtkę, szalik, czapkę i buty”, by wybiec na spotkanie drugiemu człowiekowi.

Niech ta muzyka będzie dla Was chwilą oddechu. Niech przypomni, że najważniejsze jest to, co mamy obok siebie - życzliwość, bliskość i spokój. Tych trzech chciałbym Wam życzyć w te święta.

Posłuchajcie pastorałki i dajcie znać, które wspomnienie obudziło się w Was jako pierwsze! 👇

Hejże, hej, kolęda!

Na polu śnieg, na niebie blask, D G D
Gwiazda tańczy żywo pośród gwiazd. G A7 D
Anioł w trąbkę dmie, owca się śmieje, fis Fis h
Bo dziecina w żłóbku już sobie drzemie. e A7 D D7

W stajni cieplutko, siano i ognia blask,
Wół mruczy cicho, a osiołek w takt.
Maryja śpiewa, Józef się śmieje,
Bo mała dziecina przynosi nadzieję.

Hejże, hej, kolęda, nie śpij już! G G D
Tylko kurtkę, szalik, czapkę i buty włóż. G A7 D D7
Hejże, hej, kolęda, narodził się Bóg, G G h
Jak ogłosił nam nasz anioł stróż! e A7 D

Z lasu idzie wiewiórka z bukietem liści,
Niesie Jezuskowi coś na myśli.
Zając podskakuje w rytmie skoczka
I krzyczy: „Witaj, dziecino, jakie piękne masz oczka!”.

Sarna przystanęła tuż przy drzwiach,
W oczach jej ciepło, a w kopytkach strach.
Bo ja nie mam prezentu - mówi - mam tylko spojrzenie,
Ale w nim mam miłość i uwielbienie.

Hejże, hej, kolęda, nie śpij już!
Tylko kurtkę, szalik, czapkę i buty włóż.
Hejże, hej, kolęda, narodził się Bóg,
Jak ogłosił nam nasz anioł stróż!

Dzieci ze wioski biegną już przez bór,
Niosą dla Pana ciastek pełen wór.
„Niech Ci smakuje, Dzieciąteczko małe!”,
Nasze serduszka też dla Ciebie są całe.

Aniołek z chmurki zrzucił śniegu płatki,
Każde jak piórka, jak białe kwiatki.
Niech się rozweselą wszystkie rodziny,
Bo dziś jest ta noc, gdy Jezuska gościmy.

Hejże, hej, kolęda, nie śpij już!
Tylko kurtkę, szalik, czapkę i buty włóż.
Hejże, hej, kolęda, narodził się Bóg,
Jak ogłosił nam nasz anioł stróż!

OKNO, KTÓRE UCHYLA SIĘ POWOLI - JAK ROŚNIE RELACJABył poniedziałek. Jeden z tych, kiedy aby móc dotrzeć do gabinetu, trz...
07/12/2025

OKNO, KTÓRE UCHYLA SIĘ POWOLI - JAK ROŚNIE RELACJA

Był poniedziałek. Jeden z tych, kiedy aby móc dotrzeć do gabinetu, trzeba przemierzyć deszczowe ulice, dzierżąc w ręce parasol. Ludzi na ulicach jakby mniej, wzmożony ruch samochodów, z każdą minutą stale powiększające się kałuże. Przeszyte zimnem dłonie domagały się ciepłej herbaty.

Nastrój w gabinecie jakby wtórował temu za oknem. Pierwsze spotkanie było bardzo ciche. Nastoletni chłopiec usiadł na brzegu pufy sako. Plecak ustawił równo przed nogami. Palce kręciły sznurkiem bluzy - wolno, rytmicznie. Kiedy zapytałem, czy chce coś do picia, przyspieszył ruchy, jakby sprawdzał, czy mogę przyjąć jego ciszę.
- „Nie…” - odpowiedź była prawie niesłyszalna.
Nie dopytywałem. Nie wypełniałem ciszy, bo wiedziałem, że zanim pojawi się rozmowa, zanim to, co jawne zacznie się poszerzać, musi pojawić się rama relacyjna.

Zegar tykał, samochody sunęły za oknem, hałasując przy tym zauważalnie. To był moment relacji dalekiej. Jego świat był po jednej stronie. Mój po drugiej. Widoczna była tylko wąska, niczym dziurka od klucza, szczelina. To była chwila, w której „okno” było zamknięte - nie przez opór, lecz przez brak poczucia bezpieczeństwa.

Małe rzeczy, które nie są wcale małe

Na drugim spotkaniu usiadł nieco głębiej. Na trzecim nieco do boku przesunął plecak, pełniący do tej pory funkcję tarczy. To nie były drobiazgi. To były mikro reakcje, które w praktyce terapeutycznej oznaczają pierwsze poszerzanie tego, co jawne - drobne sprawdzenie, czy mogę być obecny, gdy on milczy. Nie mówił o sobie. Nie pytałem. Nie mówił o emocjach. Patrzył, słuchał, testował: czy reaguję spokojnie, gdy milczy, czy mogę przyjąć jego tempo, czy moje „jest ok” naprawdę brzmi jak „jest ok”. Okno było niemal zamknięte, ale rama już istniała.

To jest sedno pracy z dziećmi: zanim pojawią się słowa, zaistnieć musi relacja, a wraz z nią poczucie bezpieczeństwa.

Pierwsze drgnienie tego, co ukryte

Któregoś dnia przy zabawie klockami wyjął jeden czerwony element.
- „On zawsze krzyczy…” - rzucił nagle, wciąż obracając przedmiot w palcach, jak gdyby to od niego właśnie zależało, co mówi i jak mówi.
Nie spojrzał na mnie. Nie czekał na reakcję. Nie chciał jeszcze dzielić się sobą. Nie dopytywałem. Nie naciskałem. Nie próbowałem ratować. Powiedziałem tylko:
- „Musiałeś to długo trzymać w środku.”
Skinął głową. Po chwili dodał:
- „Nie mów mamie.”
To był kluczowy moment: mikroszczelina tego, co ukryte. Nie opowieść. Nie sekret. Test granicy, którą może komuś pokazać - czy mogę udźwignąć jedno wypowiedziane przez niego zdanie. I w tym właśnie kryje się dynamika okna: powolne, bezpieczne odkrywanie się, a nie nagłe zalewanie.

Kiedy tempo zatrzaskuje okno

Kilka spotkań później zapytałem o coś za szybko, wywierając niepotrzebną presję.
- „Już nigdy nie powiem!” - usłyszałem w odpowiedzi.
Ramiona zesztywniały. Chłopiec odwrócił twarz. To nie był opór. To była reakcja jego układu nerwowego na: zbyt szybki ruch, zbyt dużą bliskość. Nie tłumaczyłem. Nie przepraszałem teatralnie. Powiedziałem spokojnie:
- „To był mój błąd. To ja za bardzo podszedłem. Cofnę się.”
Choć okno wtedy nie otworzyło się ponownie, to nie trzasnęło na tyle, by nadszarpnąć ramę.

Tempo, a nie treść, jest często kluczowe w pracy z nastolatkami z wysoką wrażliwością i w spektrum autyzmu.

Relacja, która uczy się sama

Kilka tygodni później wydarzyło się coś niewielkiego.
- „Dziś nie chcę klocków. Chcę porozmawiać, a potem w coś zagrać.”
To był pierwszy akt sprawczości. Nie opowieść o emocjach, nie sekret, tylko decyzja o kontakcie. To, co jawne rosło nie przez słowa, lecz przez bezpieczne manifestowanie siebie. Pojawiły się kolejne subtelności: dłuższe spojrzenia, opowieści „o koledze” - każdy ruch był sprawdzaniem granic i przyjmowaniem obecności, eksplorowaniem swojego i mojego okna.

Kiedy okno rozwija się w nieprawidłowy sposób

Czasem dziecko przychodzi i od pierwszej minuty mówi wszystko. Za dużo. Za intensywnie, bez oddechu, jakby bez filtra. Nie ma granicy. Nie ma poczucia: „to jest moje, a to mogę pokazać”. To nie jest szerokie okno. To brak okna. Relacja nie pogłębia się - zalewa. Budowanie ramy jest pierwszym krokiem, zanim pole jawne zacznie się powiększać.

Najważniejsze pytanie

Pod koniec jednej sesji, po upływie dwóch, może trzech miesięcy, chłopiec zapytał:
- „Ty… lubisz tu ze mną być?”
To nie było pytanie o sympatię. To było pytanie o bezpieczeństwo relacji. O to, czy rama wytrzyma, gdy zacznie pokazywać więcej.
- „Tak. Lubię.” - odpowiedziałem.
Nie po to, by ratować. Nie po to, by uzależniać. Tylko dlatego, że relacja terapeutyczna już istniała.

Co z tego wynika

Okno nie otwiera się na polecenie, w odpowiedzi na zadane pytanie, na pstryknięcie palcami. To, co jawne nie pojawia się wyłącznie dzięki różnym technikom. Pojawia się dzięki bezpiecznej, przewidywalnej, oddychającej relacji. Rośnie - czasem tylko o milimetr. Czasem się cofa. Czasem zamarza. Ale jeśli rama relacyjna jest stabilna - zawsze można wrócić do tego, co znane, do tego co bezpieczne. I to jest pewnego rodzaju lekcja: otwartość w relacji wymaga pracy nad sobą, świadomości i cierpliwego regulowania bliskości. Przebywając z drugim człowiekiem winniśmy się przyglądać nie tylko wnoszonym treściom, ale również tempu, gotowości do odkrywania i odsłaniania siebie i drugiej osoby. Uważność na te kwestie pozwoli nam zbudować solidną ramę relacyjną - bezpieczną, opartą na wzajemnym zaufaniu.

Skąd wzięła się metafora „okna”?

Metafora okna Johariego odnosi się do bardzo konkretnego zjawiska psychologicznego: zdolność do otwierania się przed innymi jest uwarunkowanym osobowościowo procesem, który opiera się na dwóch fundamentach - samoświadomości i samoakceptacji. Człowiek nie może pokazać czegoś, czego sam jeszcze nie widzi. Nie potrafi też bezpiecznie ujawnić czegoś, czego w sobie nie akceptuje. Dlatego „okno” nie dotyczy tylko relacji z drugim człowiekiem. Dotyczy również relacji z samym sobą. Jeśli nie mam kontaktu ze swoimi reakcjami, nie potrafię ich nazwać. Jeśli je odrzucam, nie pozwolę sobie, by były widoczne. A jeśli nie są widoczne - nie mogą stać się częścią relacji.

Otwartość nie jest impulsem. Jest kompetencją.

Tworzenie relacji - terapeutycznej, przyjacielskiej, partnerskiej - nie polega na „mówieniu wszystkiego”. Polega na świadomym regulowaniu tego, co pokazuję i czego nie pokazuję. W praktyce oznacza to, że :
- im bardziej znam swoje reakcje, tym łatwiej mi je komunikować,
- im bardziej je akceptuję, tym mniej muszę je ukrywać,
- im więcej pokazuję w bezpiecznych warunkach, tym więcej informacji dostają inni,
- im lepiej reagują na to inni, tym łatwiej mi zobaczyć to, czego sam wcześniej nie widziałem.
To jest proces kołowy, nieliniowy. Otwartość rodzi świadomość, a świadomość pogłębia otwartość. To właśnie jest dynamika „okna”.

Pole jawne, ukryte i niewidoczne - co się z nimi dzieje w relacji?

„Okno” opisuje cztery obszary:
- Pole jawne - to, co wiem o sobie i pokazuję innym.
- Pole ukryte - to, co wiem, ale nie pokazuję.
- Pole niewidoczne - to, co widzą inni, a ja tego nie dostrzegam.
- Pole nieznane - to, czego nikt jeszcze nie rozpoznał.
I teraz najważniejsza rzecz praktyczna:
- Kiedy dzielę się czymś w bezpiecznej relacji - zmniejszam pole ukryte.
- Kiedy inni reagują na to, co pokazuję - pomagają mi zmniejszyć pole niewidoczne.
- Kiedy pole niewidoczne się zmniejsza - rośnie moja samoświadomość.
- A większa samoświadomość znów zwiększa moją zdolność do adekwatnej otwartości.

Dlaczego „za duża otwartość” też bywa problemem?
Okno nie służy do „otwierania się na oścież”. Służy do regulowania bliskości.
Zbyt szybkie pokazanie zbyt dużej ilości treści:
- może wywołać przeciążenie u drugiej osoby,
- może zostać odebrane jako brak granic,
- może zaburzyć naturalny rytm budowania relacji.
Relacje - poza nielicznymi wyjątkami - budowane są stopniowo. Za duża otwartość nie buduje bliskości. Często ją niszczy. Tak samo, jak zbyt mała otwartość. Zdrowa relacja opiera się na ruchu wahadłowym: trochę bliżej - trochę dalej, trochę więcej - trochę mniej.

Dlaczego to ma kluczowe znaczenie w pracy z dziećmi i młodzieżą?
Dzieci i nastolatki bardzo szybko wyczuwają, czy dorosły rozumie, że: otwartość to proces, a nie zadanie, że granice są bezpieczeństwem, a nie blokadą, że tempo - przynajmniej na początku, jest ważniejsze niż treść.

A Ty, jak regulujesz swoje Okno w relacjach? Jeśli chcesz podziel się swoją refleksją w komentarzu :)

OBUDZIĆ DZIECKO W DZIECKU..UTWÓR, KTÓRY POWSTAŁ PO CICHUPo marcowych warsztatach z logorytmiki krążyła w powietrzu specy...
28/11/2025

OBUDZIĆ DZIECKO W DZIECKU..UTWÓR, KTÓRY POWSTAŁ PO CICHU

Po marcowych warsztatach z logorytmiki krążyła w powietrzu specyficzna mieszanina zmęczenia i ekscytacji. W sali wciąż unosił się zapach kredek, kawy i nagrzanego projektora. Czuć było lekkość, zmęczenie, śmiechy… energię wspólnego działania. Ktoś chował bębenek do pokrowca, ktoś inny poprawiał notatki, które - jak to po dobrym szkoleniu - trudno było domknąć, bo myśli pracowały szybciej niż długopis.

Pani prof. Topiłko rozmawiała jeszcze z kilkoma osobami. Pan Artur Sekura żartował przy klawiszach, nawiązując rytmem do tego, co działo się na sali przez cały dzień. Wychodziliśmy powoli, każdy z głową pełną inspiracji. I wtedy padło zdanie, rzucone pół żartem, pół serio – takie, które zwykle znika między kurtuazyjnymi pożegnaniami:

„Zróbmy piosenkę na konferencję.”

Asia powiedziała to swobodnie, jakby nie oczekując odpowiedzi. Wszyscy się uśmiechnęli. Ktoś uniósł brwi. Ktoś powiedział „no pewnie”. I na tym sprawa się urwała. Przynajmniej na zewnątrz. Bo we mnie to zdanie zostało. Jak czasem zostaje spojrzenie dziecka, kiedy po raz pierwszy coś je „zaskoczy”.

Decyzja, która wydarzyła się ciszej niż oddech

Nie powiedziałem nikomu. Nie wracałem do tematu. A jednak - jeszcze zanim zamknąłem drzwi samochodu - wiedziałem, że spróbuję. W pracy z dziećmi nauczyłem się, że najważniejsze rzeczy zaczynają się w półcieniu. W półgestach. W niewypowiedzianych myślach. Czasem dziecko tylko poruszy palcami. Czasem uniesie powiekę o milimetr. I już wiadomo, że coś w nim drgnęło. Tak samo było ze mną. Pomysł Asi obudził we mnie coś bardzo cichego, ale absolutnie wyraźnego. Wiedziałem tylko jedno: spróbuję. A cała reszta wydarzy się w swoim czasie.

Pisanie, które pachniało gabinetem

Kiedy siadałem do tekstu, wracały do mnie mikrosytuacje, które zwykle umykają opisowi, a jednak budują całą terapię. Chłopiec, który przez trzy spotkania nie zdejmował kaptura, a czwartego poprawił bluzę tak, że odsłonił kawałek twarzy. Dziewczynka, która śpiewała „na niby”, ale któregoś dnia przesunęła głos o pół tonu wyżej - jakby badała, czy świat to udźwignie. Nerwowy oddech, który z czasem stawał się regularny. Dłoń, która „przez przypadek” zatrzymała się trzy sekundy dłużej na mojej dłoni w zabawie. To są te mini-przebudzenia. Sygnalizują, że w dziecku, choć nieśmiało, niepozornie, pracuje jakaś siła. Dzieci często budzą się do zmian powoli. Ich siła dojrzewa niespiesznie, pod powierzchnią. Czasem wygląda jak brak postępu, choć w rzeczywistości jest przygotowaniem do czegoś ważnego. O tym chciałem napisać. O zasobach niewidocznych na pierwszy rzut oka. O mocy, która rodzi się wraz z drżeniem powieki. O tej drobnej iskrze, która pojawia się tam, gdzie ktoś da miejsce, czas i uważność.

Głosy, które dopieściły szczegóły

Tekst wysłałem do Pani prof. Anny Walencik-Topiłko. Odesłała kilka eleganckich, precyzyjnych uwag: jedno skrócić, drugie przesunąć, tu zadbać o oddech frazy. To było jak strojenie instrumentu, który już gra, ale wciąż może zabrzmieć czyściej. Melodię i linię muzyczną napisałem sam. Powstała szybko, jakby podsłuchując emocje, które nosiłem po warsztatach. Ale dopiero dzięki Panu Arturowi Sekurze utwór zaczął prawdziwie oddychać. Pan Artur dopracował brzmienie instrumentów, stworzył aranż, dołożył dramaturgię i puls. To było jak nadanie kolorów szkicowi, który do tej pory istniał tylko w konturach. A kiedy przyszedł czas nagrań wokalu, pomocną dłoń wyciągnął do mnie dawny kolega - Marcin Gontarz. Przyjął mnie ze spokojem, rzucił kilka wskazówek, pokazał możliwości, dał szansę. To dzięki tym głosom poczułem, że wszystko zaczyna układać się w jedną całość.

Szybka akcja: misja, nagrania, teledysk

Czas uciekał. Na horyzoncie majaczył finał pierwszego dnia konferencji ObudźMY dziecko w dziecku, a my chcieliśmy, by utwór nie tylko wybrzmiał - ale też wybrzmiał prawdziwie. Dlatego wpadliśmy na pomysł, by wpleść w teledysk krótkie urywki z terapii: dłonie dziecka trzymające kredkę, lekki ruch stopy w rytmie muzyki, uśmiech wymykający się w półprofilu. Mikroobserwacje, z którymi pracujemy na co dzień. Organizacja tego wszystkiego była sprintem. Jednym z tych, w których człowiek biegnie z uśmiechem, a i tak nie do końca wie, jakim cudem to działa. Dla rodziny Pareo, łączącej Kraków i Wrześnię, nie ma jednak nic niemożliwego. Wtedy wkroczył Zbyszek. Zbyszek nie zrobił teledysku „na szybko”. On zrobił teledysk na emocjach. Przeglądał nagrania, zatrzymywał klatki, dopytywał o gesty, szukał ujęć, które oddychają jak dziecko w bezpiecznej przestrzeni. To dzięki niemu utwór dostał obraz. Nie dosłowny, nie lukrowany - tylko prawdziwy.

Premiera, która wydarzyła się w kilku sekundach ciszy

Utwór powstawał w ciszy, trochę „za plecami”, trochę w ukryciu. Nie dlatego, że chciałem cokolwiek ukrywać, ale dlatego, że takie rzeczy najlepiej rodzą się w spokoju. Konferencja stała się miejscem, gdzie piosenka została zaprezentowana po raz pierwszy – jako prezent dla Joanny Pałasz. Jako wyraz wdzięczności. Jako symbol wszystkiego, co Asia wnosi do naszej pracy: odwagi, patrzenia dalej, przypominania, że w zabawie i rytmie dzieją się rzeczy większe, niż wygląda to z zewnątrz.

Finał pierwszego dnia konferencji miał w sobie coś z wieczornego oddechu - tego momentu, kiedy sala wreszcie zwalnia tempo, a uczestnicy siadają głębiej w krzesłach, trzymając w dłoniach cały ciężar i zachwyt dnia. Światło przygasło o pół tonu. Ktoś poprawił apaszkę. Ktoś przesunął na bok notatki. Na widowni zapanowała ta szczególna cisza, która poprzedza coś ważnego - krucha jak cienki lód. Potem popłynęły pierwsze dźwięki. Brzmiały nieśmiało, jakby sprawdzały akustykę sali. Jakby pytały ją o zgodę. Po chwili melodia nabrała pulsu. Widziałem twarze - zamyślone, skupione, poruszone. W czwartym rzędzie ktoś szybko zamrugał. Ktoś w trzecim rzędzie nachylił głowę, jak robią to ludzie, którzy zaczynają naprawdę słuchać.

Asia patrzyła z uważnością, której nie da się pomylić z grzecznościową reakcją. W jej spojrzeniu było zdumienie, wdzięczność i coś jeszcze - zrozumienie. Kiedy wybrzmiał ostatni dźwięk, nikt nie zaczął klaskać od razu. Najpierw trzy, może cztery sekundy najprawdziwszej ciszy. Dopiero potem ruszyła fala braw - intensywna, szczera, pełna emocji.

Mnie ujęła jednak ta cisza, bo zatrzymaliśmy się na moment, zgadzając się, że dziecko w dziecku nie znika, ono czasem tylko śpi. Wtedy wiedziałem: utwór trafił dokładnie tam, gdzie powinien.

A o kim, o czym jest ta piosenka naprawdę?

O dzieciach, które potrzebują czasu, żeby się obudzić.
O terapeutach i rodzicach, którzy potrafią czekać.
O sile, która często zaczyna się od ledwo wyczuwalnego drgnienia.
To opowieść o nas patrzących na dziecko.
O tym, że czasem wystarczy jedno „Widzę cię”, żeby wszystko zaczęło się zmieniać.

Podziękowania

Dziękuję
prof. Annie Walencik-Topiłko - za wrażliwość językową, troskę o nośność słowa i wiarę w sukces.
Arturowi Sekurze - za aranż, brzmienie i realizację całego projektu.
Marcinowi Gontarzowi - za pomoc w nagraniu wokalu i rozmowę przy herbacie.
Zbyszkowi - za ulepienie teledysku.
Asi Pałasz - za jedno pozornie proste zdanie, które obudziło cały proces twórczy.
Całej rodzinie terapeutycznej Pareo z Krakowa i Wrześni - za to, co razem tworzymy.

Dzięki Wam ten utwór nie tylko powstał - on naprawdę się przebudził.

PS. Bądźcie czujni i śledźcie uważnie media Pareo. Być może niebawem pojawi się tam nagranie. Do usłyszenia!

fot. Zbyszek Łata

Adres

Kołobrzeska 9
Kraków
30-406

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy KAMIL GÓRA I Psycholog dziecięcy umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram