12/01/2026
STYCZNIOWY DEEP DIVE
Styczniowe bezwolne nurkowanie pod wody życia może być nieco zaskakujące. Ciemny i szary listopad lub lipiec gorący i wyciskający resztki siły z serca wydają się być bardziej przewidywalne w tym zakresie. Ale styczeń? Z całą gamą obietnic noworocznych, kolejnych edycji wyzwań i programów z cyklu: nowy rok nowa/nowy ja? Jeszcze masz w pamięci ekscytację końca grudnia, święta, szał prezentowy i Kevina, który na zawsze utknął w pięknym amerykańskim domu w dawnym stylu na ulicy gdzie mieszkają sami dobrzy i naiwni ludzie, a tymczasem w okna zajrzał styczeń i oho! łatwo, aż zbyt łatwo zabrał nadzieję na lepsze. Poranek przywitał mnie zaproszeniem do wzięcia udziału w 7 dniowym wyzwaniu obfitości (czyżby za tym stało niewypowiedziane założenie, że mi brak kasy po świętach?). Propozycją, żebym na początek doceniła to co już mam. Roześmiałabym się w twarz słońcu, ale co za przypadek! nie było go widać zza szarych chmur. Bycie wdzięczną w styczniu, bez słońca i ochoty na cokolwiek jakoś mnie rozeźliło. W sumie mogłabym być wdzięczna, ale bez tego niewypowiedzianego pouczenia, że umykają mi tutaj jakieś oczywistości, które mnie oczaruja i sprawią że mi będzie lepiej. Budowanie na zasobach dzisiaj mnie nie kręci. Co innego deficyty i rany - o tak, tak. Nieco bardziej chętnie aczkolwiek bez dużego zapału, bo nie chcę się czuć gorzej niż teraz. Teraz jest nijak - wystarczy.
Dawniej zima była do zimowania. Siedzenia, spania, niechętnego popatrywania przez zamarznięte okna, przybierania na wadze. Podpierania pieca i zapatrzenia w przestrzeń bez żadnego celu. Miała nam ułatwić wejście do środka, zgromadzenie energii, analizę rzeczywistości bez natychmiastowego działania. Hibernację, jak w przyrodzie, która przynosi niezbędny odpoczynek.
Brak światła i elektryczności służyły łatwiejszemu zapadaniu się w ciemność: odwiedzaniu sąsiadów, prowadzeniu życia nocnego, spoufalania się ze współmałżonkiem, większej swobody w traktowaniu obowiązków.
Jednak współczesność wniosła wiele udoskonaleń technicznych i możliwości; między innymi stworzyła iluzję, że możemy żyć na pełnej petardzie, tak jakby była wieczna wiosna. Ta wiosna kiedy chce się żyć, bo przez ostatnie 20 do 30 lat chce się coraz mniej; z pustego i Salomon nie naleje.
Cały rok zarabiamy aby opłacić to co mamy, utrzymać albo zwiększyć stan posiadania. Pędzimy w gorączce a handel i przemysł podsuwają nam kolejne pomysły od wyprzedaży przez święta, nieskończona ilość okazji do wydawania i zarabiania pieniędzy. Kolejne szanse na zysk lub stratę. Dopamina, adrenalina, testosteron, serotonina, wszystko łykamy jak cukierki byle więcej, bardziej, szybciej, dalej.
A gdzie w tym wszystkim dusza? A tak, nie przesadzajmy z patosem. Nie wiadomo czy jeszcze mamy duszę, może paradygmat się zmienił i teraz po śmierci jest ostateczny koniec, całkowita nicość więc i dusza niepotrzebna.
Okej, to gdzie w takim razie jest coś co Cal Newport nazwał pracą głęboką (ang. deep work), stanem koncentracji bez rozproszenia, który wykorzystuje możliwości poznawcze do granic możliwości, rozwija i tworzy nowe jakości? Czy w tym marszobiegu od 6.00 do 24.00, połączonym z nerwowym napięciem braku czasu? Raczej nie. Optymalizacja w tym przypadku zawiodła.
Wygląda jednak na to, że ten pożądany przez współczesny świat stan jest w tej niemrawej atmosferze, w której nic się nie da i nic nie ma sensu. A dokładniej trochę pod nią, tak ze sześć stóp. Zakopany skarb, złote runo, tak to każdy by chciał. Jednak trzeba wytrzymać styczeń a może i kawałek lutego, zrezygnować z obron, dopaminy, kompulsji i zmierzyć się z nicością. Ktoś chętny? W kupie raźniej.
Tekst: Magda Skomro
Obraz: Jim Musil, Winter Sunrise, 2025