26/04/2026
🐎🦋Bo każdy koń otwiera skrzydła do wysokich lotów, gdy mija ból.
🐎🦋Bo każdy koń jest Pegazem.
🐎🦋Bo każdy koń zasługuje, by nim być.
W świecie koni, gdzie cisza często skrywa ból, istnieją historie, które przypominają nam, że dieta nie jest jedynie kwestią pełnego żłobu, lecz subtelnym dialogiem z duszą i ciałem zwierzęcia. Ten post to opowieść o koniu, który dźwigał na swoich barkach ciężar sportowej przeszłości i skrywany głęboko ból, którego nie chciał zdradzić.
Wszystko zaczęło się od cienia, jaki rzuciła choroba wrzodowa. Chory odźwiernik, zraniona część gruczołowa i bezgruczołowa żołądka stały się powodem wdrożenia leczenia mizoprostolem. Jednak terapia ta, choć pełna nadziei, zabrnęła w ślepą uliczkę- przedłużana ponad miarę, nie przynosiła ukojenia. Na początku było lepiej, koń zaczął przybierać na masie a potem...zaczął odmawiać siana. Rozłożono nad nim ręce i brakowało jakichkolwiek pomysłów. 3 dni po odstawieniu leków przestał całkowicie zjadać pasze treściwą, był bardzo chudy i nerwowy. Właścicielka zawiozła go do kliniki na pełną diagnostykę. Odźwiernik był w tragicznym stanie- krwawiące wrzody z nalotem włóknikowo- ropnym oraz zapalenie jelit najprawdopodobniej przez niepotrzebnie przedłużone w czasie leczenie mizoprostolem. Dlaczego to leczenie nie pomogło? Bo widzicie, wrzody to nie tylko choroba tkanek; to manifestacja rozpaczy całego organizmu. Nie można uleczyć żołądka, nie lecząc najpierw konia jako całości. To skomplikowana sieć powiązań, w której brak siana czy nadmiar ziarna to zaledwie wierzchołek góry lodowej.
W klinice zapadła decyzja radykalna: odstawiono wszystkie leki, zawierzając opiece nad koniem i czasowi. Koń wrócił do domu jako cień samego siebie- jego sylwetka, którą widać na zdjęciu z tamtego czasu, była niemym świadectwem wycieńczenia.
Znałam go już wcześniej. Pamiętałam lato, gdy nieśmiało „macał” kopytami podłoże tylko przez jeden dzień, szukając ulgi, która wtedy jeszcze nie nadeszła. Tylko on potrafił ukryć ból. Ten posportowy emeryt o kruchym zdrowiu i licznych zwyrodnieniach trafił jednak pod opiekę osoby wyjątkowej- pani Faustyny. To ona, z sercem pełnym oddania, patrzyła, jak jej ukochany towarzysz odwraca głowę od jedzenia. Każda próba podania mu paszy, która pomogłaby mu odzyskać ciało, kończyła się porażką. Siano skubał zaledwie z obowiązku, a miska z suplementami stała się jego wrogiem.
Wtedy nadszedł ten mroźny, zimowy dzień i rozmowa telefoniczna, która zmieniła wszystko. Pani Faustyna powiedziała: „On nie je w boksie. Na dworze też nie... chyba że leży śnieg. Kiedy pod stopami ma biel, zaczyna jeść”. Przez długie chwile po odłożeniu słuchawki wpatrywałam się w ciszę, pytając w myślach: „O co ci chodzi, koniu? Co takiego jest w tym śniegu?”. I wtedy, niczym błysk pierwszej gwiazdy na niebie, przyszła odpowiedź. "Chłód".
Śnieg nie był tylko opadem- był kojącym okładem na rozpalone bólem kopyta. Koń nie był wybredny; po prostu stanie przy żłobie na słomie sprawiało mu dyskomfort, który odbierał apetyt, pomimo..., że kulawizny nie zdradzał żadnej. Twardziel. Dopiero gdy śnieg przynosił mu ulgę, mógł skupić się na smaku paszy. To odkrycie otworzyło bramy do nowego życia. Pani Faustyna własnoręcznie stworzyła mu buty i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, koń zaczął jeść chętniej w boksie.
Rozpoczęła się wielka, zespołowa praca. Sztab specjalistów, prześwietlenia, precyzyjne struganie i klejone podkowy stały się fundamentem, na którym zaczęliśmy budować jego zdrowie. Ale droga przez dietę była kręta. Ten koń, z alergią na owies i pszenicę, zraniony doświadczeniami, potrafił obrazić się na świat i nie jeść przez trzy dni, jeśli poczuł obcy zapach w misce. Musieliśmy stać się mistrzami cierpliwości. Pani Faustyna podawała mu dwie miski- jedną bezpieczną, drugą pełną nowych nadziei, w której suplementy ukryte były pod płaszczem utartej marchewki. Krok po kroku, dzień po dniu, odzyskiwaliśmy jego zaufanie.
Zdiagnozowano również nieumiejętność trawienia tłuszczu. Musiałam utkać dla niego dietę niemal niemożliwą- tuczącą ale bezzbożową, beztłuszczową, w świecie, gdzie niemal każda sieczka lśni od oleju. Znaleźliśmy jednak drogę poprzez szlachetne białko sojowe i dary natury, jak świeżo drążony przez właścicielkę aloes, który niczym balsam koi jego wnętrze. Uleczyliśmy też głębokie niedobory witaminy E.
Dziś ten koń nie jest już cieniem. Zmienił się o 180 stopni, odzyskując wigor, wielką chęć do ruchu, żywotność i blask, który czyni go podobnym do mitycznego Pegaza. Znów niesie jeźdźca na swoim grzbiecie, tym razem z lekkością i radością, bez cienia dawnego bólu. Choć jesienią czeka nas kontrolna gastroskopia, idziemy ku niej z podniesionym czołem. Może uda się udowodnić, że zarządzanie dyskomfortem i czuła opieka oraz dobrze dobrana dieta potrafią zdziałać więcej niż najdroższa apteka. Trzymajcie kciuki za jesienną gastroskopię u Concetossa!
Gdyby każdy koń miał u boku taką duszę jak pani Faustyna- osobę, która nie akceptuje cierpienia, lecz drąży, szuka i kocha ponad miarę- koński świat byłby rajem. Dzięki niej ten koń nie tylko żyje. On znów rozpościera skrzydła!
Ważne! Leki nie są złe i w wielu przypadkach są jedyną najrozsądniejszą opcją. Mimo wszystko należy zachować w nich umiar a wrzody żołądka są tak złożoną chorobą, że bez holistycznego podejścia do konia praktycznie nie ma szans na ich wyleczenie, dodatkowo jeśli nie zniwelujemy przyczyn ich powstawania to z największym prawdopodobieństwem można spodziewać się ich nawrotu.
Konie potrzebują komfortu ruchu by zachować zdrowy brzuch. Pamiętajcie o tym :)