Justyna Bohacz Praktyka Położnicza- porody domowe

Justyna Bohacz Praktyka Położnicza- porody domowe Jestem położną absolwentką Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Przyjmuję porody domowe. Przygotowuje pary do porodu. Przeprowadzam wizyty domowe. Patronaże.

Jeśli jesteś zadowolona z mojej opieki będzie mi miło jak zostawisz opinię 🤗

Kochani, proszę o pomoc dla synka mojej znajomej – Kubusia.Chłopiec zmaga się z poważnymi problemami zdrowotnymi i potrz...
26/11/2025

Kochani, proszę o pomoc dla synka mojej znajomej – Kubusia.
Chłopiec zmaga się z poważnymi problemami zdrowotnymi i potrzebuje wsparcia na leczenie oraz rehabilitację.

Każda, nawet najmniejsza wpłata ma ogromne znaczenie. ❤️
👉 Nr księgowy 6324 – Fundacja Serce dla Maluszka

https://sercadlamaluszka.pl/nasi-podopieczni/jakub-bartnik?fbclid=IwdGRjcAOUJBNjbGNrA5Qj9GV4dG4DYWVtAjExAHNydGMGYXBwX2lkDDM1MDY4NTUzMTcyOAABHnO_4pJkYyxDKonZpG8J-UD_Fbj4c9j1vDJL7mwBN6bL_SNMG-83max_3CoY_aem_Y0z7umIwFP5BNHxUdst5qw

Będę wdzięczna za udostępnienie. 🙏

Razem mamy , aby tworzyć lepsze jutro. Dołącz do grona naszych SuperBohaterów i odmień czyjś los.

Kiedy Jola zadzwoniła do mnie pierwszy raz i opowiedziała o swoim wcześniejszym porodzie zakończonym cięciem cesarskim, ...
24/11/2025

Kiedy Jola zadzwoniła do mnie pierwszy raz i opowiedziała o swoim wcześniejszym porodzie zakończonym cięciem cesarskim, bardzo chciałam pomóc jej „odczarować” tamto doświadczenie. Wierzę, że niektóre sytuacje w życiu pojawiają się po to, żeby nas czegoś nauczyć, otworzyć oczy i dać nam szansę, by następnym razem zrobić to inaczej.

Jej pierwszy poród został wywołany ze względu na jednorazowy epizod podwyższonego ciśnienia tętniczego. Indukcja nie przyniosła postępu i skończyło się cesarskim cięciem.
W kolejnej ciąży Jola była już zupełnie inną kobietą – świadomą, przygotowaną i zdeterminowaną. Pracowała z fizjoterapeutą, chodziła na jogę, szukała rozwiązań. Zadzwoniła do mnie, prosząc o nadzieję. Chciała spróbować urodzić siłami natury.

Początkowo rozważałyśmy poród w szpitalu, ale seria okoliczności, które pojawiły się później, zaprowadziły nas… do wody. Do domu. Do jej bezpiecznego miejsca.

Na pierwszym spotkaniu widziałam, że Jola potrzebuje planu – jasnego, konkretnego, rozpisanego. Przyznam, stresowało mnie to, bo poród nie lubi kontroli. On potrzebuje odpuszczenia. A u Joli był lęk – duży lęk przed indukcją, przed tym, że skurcze się nie rozkręcą, że dojdzie do deadlinu i będzie musiała położyć się na oddziale.

Afirmacje, wsparcie, spacery, zalecenia… krok po kroku wracała nadzieja, że ciało ruszy samo.
Bo poród po cięciu potrzebuje czasu – dojrzewania, spokoju, zrozumienia. I nie chodzi tylko o przygotowanie ciała, ale też o oswojenie tego strachu, który siedzi głęboko w człowieku.

Ale żeby nie było zbyt łatwo… tuż przed terminem dopadła jej rodzine grypa żołądkowa. W badaniach u Joli wyszedł wysoki stan zapalny i konieczna była hospitalizacja. W jednym ze szpitali zapadła decyzja o cięciu cesarskim. Jola – świadoma swoich praw – wypisała się na własne żądanie. Pojechała do innej placówki, gdzie kilku lekarzy wykonało badania i wykluczyło wskazania do CC. Po obserwacji wróciła do domu. Spokojna. Z luzem. Z poczuciem bezpieczeństwa, bo poznała personel, który traktował ją jak człowieka.

Powiedziała wtedy:
— Chciałabym urodzić w domu… ale nie nastawiam się.

Ustaliłyśmy więc, że rodzimy w domu, chyba że akurat mam dyżur — wtedy jedzie do szpitala.

Kiedy minął termin, lekarz dał zielone światło: w 41. tygodniu ewentualna indukcja, jeśli poród nie zacznie się sam.
Cudowna wiadomość — miałyśmy aż 7 dni. To bardzo dużo. Tym bardziej ze skurcze zaczęły sie już pojawiać.
Zapisy KTG piękne. Więc… czekałyśmy.

Co noc skurcze zaczynały się przy zmroku i wyciszały o świcie.
Były momenty zwątpienia…
„Pojadę do szpitala… niech zrobią to cięcie” — mówiła.
I zaraz dodawała: „Ale zjadłam, to i tak bym musiała czekać na znieczulenie”, więc zostawała w domu — a skurcze cichły. Natura wie, co robi.

Dzień przed porodem przyjechałam na KTG i na prośbę Joli sprawdziłam rozwarcie. Była pewna, że ma 3 cm.
Miałyśmy… dobre 6.
Cieniutką szyjkę, idealne warunki.
Jedynym moim stresem był mój nocny dyżur. Ale życie i tak zawsze pisze swój scenariusz.

Powiedziałam jej o wpływie ciemności na wydzielanie oksytocyny, więc Jola… całą noc siedziała przy zapalonym świetle, żeby „nie urodzić za szybko” i żebym zdążyła do niej wrócić.

Kiedy rano schodziłam z dyżuru, dostałam od niej zdjęcie czopa śluzowego z odrobiną krwi. Zadzwoniłam, żeby uspokoić — w głosie miała już „ten ton”.
Chciałam wrócić do domu po dyżurze, ale zmieniłam decyzję. Jechałam do niej od razu.

Gdy dotarłam, Jola była w wannie, uśmiechnięta, szczęśliwa, że przetrwała noc.
W badaniu: pełne rozwarcie. Skurcze rzadkie. Jola śmiała się, że specjalnie świeciła światło, żeby nie urodzić beze mnie.

Wyjęłyśmy ją z wanny, zaproponowałam różne pozycje wertykalne — główka zeszła pięknie.
Między skurczami potrafiła zasnąć i słodko pochrapywać.
Była absolutnie świadoma, spokojna.
Mówiła mężowi, jaką muzykę puścić.
Śpiewała.
Oddychała.
Była w swoim świecie.

Tętno Jagienki — idealne.
Mąż Joli cały czas obok: podawał wodę, karmił, wspierał. Był skałą.

Kiedy odeszły czyste wody, Jola znów była w wannie.
Pojawiło się parcie — te dźwięki, które budzą w położnych instynkt bojowy.
A kiedy Jagienka zaczęła „kukać” (dla niewtajemniczonych to znaczy pojawiać się i znikać), Jola potrafiła jeszcze żartować:
— Kuka? Czy nie kuka?

Niesamowite. W środku bólu — uśmiech. W środku wysiłku — poczucie humoru.

I wreszcie — przyszła.
Jagienka. Piękna, głośna, pewna siebie. Rodząca się z rączką przy twarzy — jakby już na wejściu chciała powiedzieć: „Hej, będę decydować.”

Łożysko urodziło się chwilę później, a Jola przeszła na swoje własne łóżko.
Do swojej sypialni.
Do swojego rytmu.

Dla mnie — bohaterka.
Nie poddała się.
Zaufała sobie.
Otworzyła się na to, co przyniesie ciało. I urodziła… w pięknym stylu.

Zaraz po narodzinach Jagienki jej tata zrobił coś niezwykle wzruszającego. Wyszedł na dwór, wyjął przygotowane wcześniej różowe kokardy i z dumą zawiesił je na bramie. Opowiedzieli, że będąc we Włoszech dowiedzieli się o tej tradycji ogłoszenia całemu światu, że właśnie przyszło na świat dziecko.

Tata Jagienki zrobił to z takim wzruszeniem i dumą, jakby chciał powiedzieć całemu światu:
„Ona już jest. Najpiękniejsza. Nasza.”

Kiedy Jagna uczyła się ssać, zadzwoniła jej babcia, mama Joli.
— Podać Ci telefon? — zapytałam.
Jola odpowiedziała:
— Ale mama nic nie wie o porodzie domowym 🫣😄 Powiem jej na spokojnie.

Godzinę później mama Joli przyjechała do domu, ponieważ starszy brat Jagienki bardzo chciał już wrócić po 2 dniach nieobecności - jakby czuł, że ktoś na niego już czeka.
I zastała… świeżo narodzoną wnuczkę.
Jej mina była bezcenna — mieszanka szoku, wzruszenia i dumy.

Ten poród był lekcją odwagi, zaufania i wspólnej siły.
Jola – cicha wojowniczka, która zmierzyła się ze swoim lękiem i wygrała.
Mąż Joli – opoka, która ani na moment nie puściła jej ręki.
A jej mama, babcia małej Jagienki – kobieta, która z miłością przyjęła ten wielki sekret, który wydarzył się dosłownie tuż obok niej.

Urodzili razem.
Przeszli przez to jako zespół.
Każdy z nich był w tej historii bohaterem.

A Jagienka?
Wybrała sobie idealny moment, idealne miejsce i idealnych ludzi, żeby przyjść na świat. I... zaczekała na mnie.

I to jest właśnie magia porodów, które prowadzi serce, a nie strach.

🧡🩷❤️
29/10/2025

🧡🩷❤️

💛 Bycie położną jest w sercu, nie w maci🌹y.

Czasem słyszę, jak położne zadają sobie pytanie:
„Jak mogę naprawdę zrozumieć kobietę po stracie, skoro sama tego nie przeżyłam?”
„Jak mam wspierać pacjentkę po poronieniu, po ciężkim porodzie, po operacji, skoro mnie to ominęło?”

I ja to rozumiem.
Bo czasem w naszej pracy rodzi się takie ciche poczucie, że żeby czuć, trzeba doświadczyć.
Że dopiero wtedy możemy być „wystarczająco dobre”, „naprawdę empatyczne”, „prawdziwe”.

Ale dziś chcę powiedzieć głośno — to nieprawda.
Bycie położną nie rodzi się z macicy.
Nie rodzi się z bólu, z utraty, z choroby.
Rodzi się z serca.

Tak, moje własne doświadczenia życiowe wiele mnie nauczyły.
Pokazały, jak wygląda świat po drugiej stronie łóżka szpitalnego.
Dały mi narzędzia i miękkość, której nie da się wyczytać z książek.
Ale nie one uczyniły mnie położną.

Położną uczyniło mnie serce.
To, które bije dla kobiet — niezależnie od tego, co przeżyły.
To, które czasem czuje bez słów, które po prostu jest obok.

Więc jeśli jesteś położną i czujesz, że nie masz w sobie „wystarczająco” — zatrzymaj się.
Masz w sobie wszystko, co najważniejsze.
Bo dobro, które nosisz w sercu, jest wystarczające.
To właśnie ono czyni Cię położną z prawdziwego powołania. 💛

Położna Małgosia

❤️🩷❤️
09/10/2025

❤️🩷❤️

Magia🤍
08/10/2025

Magia🤍

🩷 O porodach, transferach i zaufaniu… Ostatnio dwa razy musiałam po porodach domowych pojechać z mamami do szpitala – ra...
06/10/2025

🩷 O porodach, transferach i zaufaniu…

Ostatnio dwa razy musiałam po porodach domowych pojechać z mamami do szpitala – raz z powodu pęknięcia krocza, a niedawno z powodu zatrzymanego łożyska i powikłań w trzecim okresie porodu.
Każdy taki transfer to trudne doświadczenie. Dla mnie, dla mamy, dla rodziny.
Z minuty na minutę trzeba przełączyć się z ciepłej, spokojnej atmosfery porodu w domu – w tryb działania, organizacji, troski o bezpieczeństwo. Emocje, łzy, napięcie, a jednocześnie ogromne zaufanie – do mnie, do systemu, do życia.

Ale w tym wszystkim wydarzyło się też coś pięknego ❤️
Szpitale przyjęły nas bardzo dobrze – z życzliwością, spokojem i otwartością. Nikt nie patrzył krzywo, nikt nie komentował z pogardą. Coraz częściej widzę, że coś się zmienia.
Porody domowe przestają być tematem tabu.
Zaczyna się rozmowa, współpraca, wzajemny szacunek.

Oczywiście, nadal zdarzają się komentarze:
„Jakby rodziła normalnie, to nie trzeba by było przyjeżdżać”,
„Kto w dzisiejszych czasach rodzi w domu?”.
Ale wiesz co?
Coraz więcej osób po prostu przyjmuje to ze zrozumieniem. Bez oceny. Bez lęku.
I to dla mnie ogromny krok naprzód.

A największe wzruszenie przyszło ze strony tatusiów 👨‍🍼
Bo w obu tych sytuacjach dzieciątka zostały w domu – pod opieką swoich ojców.
I ci tatusiowie poradzili sobie wspaniale.
Z czułością, spokojem i troską opiekowali się maluszkami, gdy mamy wymagały medycznej pomocy. Tulili, karmili, usypiali, byli blisko.
Bez paniki, za to z ogromnym sercem.
Patrząc na to, czułam dumę i wdzięczność.
Bo to właśnie jest sens rodzinnego porodu – zaufanie, współpraca i miłość.
Nie chodzi o miejsce, tylko o ludzi, którzy w tym są.
I teraz pytanie do Was, które często pojawia się w takich sytuacjach:
💬 Gdybyś po porodzie wymagała transferu do szpitala, a Twoje dziecko mogłoby zostać w domu z tatą – co byś wybrała?
👉 Wolałabyś zabrać maluszka ze sobą, nawet jeśli w szpitalu leżałoby osobno na noworodkach?
👉 Czy może zostawić w domu, w bezpiecznych ramionach taty, który przez te godziny byłby jego całym światem?

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, doświadczeń i emocji związanych z takimi sytuacjami.
Każda historia jest inna, ale każda wnosi coś ważnego

01/08/2025

Zapraszam! 🥰 myślę, że bedzie bardzo ciekawie 🩷🤍💙

Miała 41 lat.Za sobą lata bolesnych miesiączek, kilka operacji, długą walkę z endometriozą.Długo starali się o dziecko. ...
26/07/2025

Miała 41 lat.
Za sobą lata bolesnych miesiączek, kilka operacji, długą walkę z endometriozą.
Długo starali się o dziecko. Gdy zaczęła patrzeć na swoje ciało z czułością – przez pryzmat ziół, naturoterapii, holistycznej troski – wydarzył się cud.
Zaszła w ciążę.
Kiedy pierwszy raz do mnie zadzwoniła, zapytała:
„Czy kobiety z endometriozą rodzą w domu?”
odpowiedziałam: „Rodzą. Ale te skurcze bywają inne – rzadkie, nieregularne. Potrzeba cierpliwości.”
Na spotkaniu wytłumaczyłam, że poród może nie wyglądać jak z książek – ale, że ciało kobiety wie. Że ono potrafi. Że poinformuje nas jak będzie coś nie tak.
Lekarze, znając jej historię i wiek, pewnie nie dali by jej wielu szans na poród siłami natury, bo wiek, bo endometrioza, bo zrosty, bo duże dziecko szacowane z USG.
Ale ona wiedziała, czego chce.
Chciała urodzić w domu.
W swoim tempie.
W zaufaniu.
Bez przecinania – ani brzucha, ani przestrzeni.

Poród zaczął się delikatnie, w nocy – o 3:00 nad ranem.
Dostałam od niej SMS:
„Hej, odchodzą mi wody, ale nie mam jeszcze skurczów. Idę spać, na spokojnie.”
Uśmiechnęłam się. Ona wiedziała, że nie trzeba się spieszyć.

W ciągu dnia pojawiły się lekkie pobolewania.
Być może po latach bólu miesięczkowego jej próg odczuwania był po prostu wyżej niż zwykle. Czekałam na informacje.

Przyjechałam do nich po 19:00.
Zrobiłyśmy KTG – książkowe.
Skurczy dalej brak. Rozwarcie 3-4 cm. M. Ucieszyła się bardzo z tego powodu.
Zgodnie z wcześniejszym planem – jeśli do 18:00 nic się nie zacznie, wypije koktajl położnych. I wypiła – około 18:30.

Skurcze przyszły około 22:00.
A przed północą dojechała Ola – moja niezawodna asysta – ponieważ ja byłam jeszcze przy innym porodzie.
Ola zorientowała się szybko – było już 5–6 cm. Tętno piękne.
Zaproponowała zmiany pozycji, by pomóc dziecku odnaleźć swoją drogę.

Ja dojechałam po 1:00 w nocy.
M. była spokojna, skupiona, choć skurcze były już bardzo silne.
W dłoniach ściskała grzebienie – pomagały jej przetrwać fale bólu.
Nie minęło wiele czasu – rozwarcie było pełne.
Zaczęła szukać pozycji, która pomoże jej synowi zejść niżej.

W pewnym momencie padło słowo „transfer”.
Sytuacja się nie zmieniała.
Była chwila zawahania.

Ale wtedy zobaczyłam to coś: iskrę między nimi.
Mąż M. był jak skała.
Wspierał, podawał wodę, trzymał dłoń, mówił do niej cicho.
I ta jego obecność… Ona dodała jej mocy.

Podłączyłyśmy glukozę, żeby dodać energii.
Skurcze przybrały na sile.
A potem – Maksymilian zaczął się pokazywać.

Kiedy M. dotknęła jego główki, na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Prawdziwy, piękny, głęboki.
Jej mąż był przy niej cały czas.
My z Olą mówiłyśmy słowa wsparcia.
Była z nami także fotografka, która uwieczniła te niezwykłe chwile. Nieobecna, ale wspierająca jednocześnie.

Na moment tętno zwolniło – serce zabiło mi mocniej.
Przez głowę przemknęło mi, że może trzeba będzie nacinać krocze.
Ale ułożyłyśmy M. na bok – i tętno wróciło do normy.
O godz 5.32 z pełną ochroną krocza, w rytmie swojego ciała, urodziła Maksymiliana.
Głośnego. Silnego. Cudownego.

Jego główka mówiła sama za siebie – przeszedł długą, trudną drogę.
Ale przeszedł.
Razem dali radę.

Maksymilian jest lotosem – pępowina nie została przecięta.
Była bardzo krótka – być może to właśnie ona spowalniała zejście dziecka.
Ale M. nie szukała dróg na skróty. Ona szukała drogi swojej.

Po dwóch godzinach odpoczynku M. wstała jak gdyby nigdy nic.
Rozpromieniona, spokojna, spełniona.
A my z Olą, również spełnione i zmęczone wracałyśmy do naszej rzeczywistości.

Dziękuję, M., za to, że pozwoliłaś mi być przy Tobie. Za Twoją siłę, za Twoją historię, za Twoje "na spokojnie".
Dziękuję Twojemu mężowi – za obecność, za wiarę i za milczenie, które mówi więcej niż słowa.
I dziękuję Oli –za opanowanie, za wsparcie, które niesiesz kobiecie – i mnie – w każdej godzinie dnia i nocy.

To był poród, którego nie da się opisać jednym słowem.
To był dar.
I przypomnienie, że ciało kobiety wie.
Trzeba mu tylko zaufać. 🌿dać przestrzeń i czas.

Fot. Ola Krupicz 🩷❤️🩵 oby więcej takich spotkań ☺️

Adres

Lubartów Gmina
21-100

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Justyna Bohacz Praktyka Położnicza- porody domowe umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Justyna Bohacz Praktyka Położnicza- porody domowe:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram