24/11/2025
Kiedy Jola zadzwoniła do mnie pierwszy raz i opowiedziała o swoim wcześniejszym porodzie zakończonym cięciem cesarskim, bardzo chciałam pomóc jej „odczarować” tamto doświadczenie. Wierzę, że niektóre sytuacje w życiu pojawiają się po to, żeby nas czegoś nauczyć, otworzyć oczy i dać nam szansę, by następnym razem zrobić to inaczej.
Jej pierwszy poród został wywołany ze względu na jednorazowy epizod podwyższonego ciśnienia tętniczego. Indukcja nie przyniosła postępu i skończyło się cesarskim cięciem.
W kolejnej ciąży Jola była już zupełnie inną kobietą – świadomą, przygotowaną i zdeterminowaną. Pracowała z fizjoterapeutą, chodziła na jogę, szukała rozwiązań. Zadzwoniła do mnie, prosząc o nadzieję. Chciała spróbować urodzić siłami natury.
Początkowo rozważałyśmy poród w szpitalu, ale seria okoliczności, które pojawiły się później, zaprowadziły nas… do wody. Do domu. Do jej bezpiecznego miejsca.
Na pierwszym spotkaniu widziałam, że Jola potrzebuje planu – jasnego, konkretnego, rozpisanego. Przyznam, stresowało mnie to, bo poród nie lubi kontroli. On potrzebuje odpuszczenia. A u Joli był lęk – duży lęk przed indukcją, przed tym, że skurcze się nie rozkręcą, że dojdzie do deadlinu i będzie musiała położyć się na oddziale.
Afirmacje, wsparcie, spacery, zalecenia… krok po kroku wracała nadzieja, że ciało ruszy samo.
Bo poród po cięciu potrzebuje czasu – dojrzewania, spokoju, zrozumienia. I nie chodzi tylko o przygotowanie ciała, ale też o oswojenie tego strachu, który siedzi głęboko w człowieku.
Ale żeby nie było zbyt łatwo… tuż przed terminem dopadła jej rodzine grypa żołądkowa. W badaniach u Joli wyszedł wysoki stan zapalny i konieczna była hospitalizacja. W jednym ze szpitali zapadła decyzja o cięciu cesarskim. Jola – świadoma swoich praw – wypisała się na własne żądanie. Pojechała do innej placówki, gdzie kilku lekarzy wykonało badania i wykluczyło wskazania do CC. Po obserwacji wróciła do domu. Spokojna. Z luzem. Z poczuciem bezpieczeństwa, bo poznała personel, który traktował ją jak człowieka.
Powiedziała wtedy:
— Chciałabym urodzić w domu… ale nie nastawiam się.
Ustaliłyśmy więc, że rodzimy w domu, chyba że akurat mam dyżur — wtedy jedzie do szpitala.
Kiedy minął termin, lekarz dał zielone światło: w 41. tygodniu ewentualna indukcja, jeśli poród nie zacznie się sam.
Cudowna wiadomość — miałyśmy aż 7 dni. To bardzo dużo. Tym bardziej ze skurcze zaczęły sie już pojawiać.
Zapisy KTG piękne. Więc… czekałyśmy.
Co noc skurcze zaczynały się przy zmroku i wyciszały o świcie.
Były momenty zwątpienia…
„Pojadę do szpitala… niech zrobią to cięcie” — mówiła.
I zaraz dodawała: „Ale zjadłam, to i tak bym musiała czekać na znieczulenie”, więc zostawała w domu — a skurcze cichły. Natura wie, co robi.
Dzień przed porodem przyjechałam na KTG i na prośbę Joli sprawdziłam rozwarcie. Była pewna, że ma 3 cm.
Miałyśmy… dobre 6.
Cieniutką szyjkę, idealne warunki.
Jedynym moim stresem był mój nocny dyżur. Ale życie i tak zawsze pisze swój scenariusz.
Powiedziałam jej o wpływie ciemności na wydzielanie oksytocyny, więc Jola… całą noc siedziała przy zapalonym świetle, żeby „nie urodzić za szybko” i żebym zdążyła do niej wrócić.
Kiedy rano schodziłam z dyżuru, dostałam od niej zdjęcie czopa śluzowego z odrobiną krwi. Zadzwoniłam, żeby uspokoić — w głosie miała już „ten ton”.
Chciałam wrócić do domu po dyżurze, ale zmieniłam decyzję. Jechałam do niej od razu.
Gdy dotarłam, Jola była w wannie, uśmiechnięta, szczęśliwa, że przetrwała noc.
W badaniu: pełne rozwarcie. Skurcze rzadkie. Jola śmiała się, że specjalnie świeciła światło, żeby nie urodzić beze mnie.
Wyjęłyśmy ją z wanny, zaproponowałam różne pozycje wertykalne — główka zeszła pięknie.
Między skurczami potrafiła zasnąć i słodko pochrapywać.
Była absolutnie świadoma, spokojna.
Mówiła mężowi, jaką muzykę puścić.
Śpiewała.
Oddychała.
Była w swoim świecie.
Tętno Jagienki — idealne.
Mąż Joli cały czas obok: podawał wodę, karmił, wspierał. Był skałą.
Kiedy odeszły czyste wody, Jola znów była w wannie.
Pojawiło się parcie — te dźwięki, które budzą w położnych instynkt bojowy.
A kiedy Jagienka zaczęła „kukać” (dla niewtajemniczonych to znaczy pojawiać się i znikać), Jola potrafiła jeszcze żartować:
— Kuka? Czy nie kuka?
Niesamowite. W środku bólu — uśmiech. W środku wysiłku — poczucie humoru.
I wreszcie — przyszła.
Jagienka. Piękna, głośna, pewna siebie. Rodząca się z rączką przy twarzy — jakby już na wejściu chciała powiedzieć: „Hej, będę decydować.”
Łożysko urodziło się chwilę później, a Jola przeszła na swoje własne łóżko.
Do swojej sypialni.
Do swojego rytmu.
Dla mnie — bohaterka.
Nie poddała się.
Zaufała sobie.
Otworzyła się na to, co przyniesie ciało. I urodziła… w pięknym stylu.
Zaraz po narodzinach Jagienki jej tata zrobił coś niezwykle wzruszającego. Wyszedł na dwór, wyjął przygotowane wcześniej różowe kokardy i z dumą zawiesił je na bramie. Opowiedzieli, że będąc we Włoszech dowiedzieli się o tej tradycji ogłoszenia całemu światu, że właśnie przyszło na świat dziecko.
Tata Jagienki zrobił to z takim wzruszeniem i dumą, jakby chciał powiedzieć całemu światu:
„Ona już jest. Najpiękniejsza. Nasza.”
Kiedy Jagna uczyła się ssać, zadzwoniła jej babcia, mama Joli.
— Podać Ci telefon? — zapytałam.
Jola odpowiedziała:
— Ale mama nic nie wie o porodzie domowym 🫣😄 Powiem jej na spokojnie.
Godzinę później mama Joli przyjechała do domu, ponieważ starszy brat Jagienki bardzo chciał już wrócić po 2 dniach nieobecności - jakby czuł, że ktoś na niego już czeka.
I zastała… świeżo narodzoną wnuczkę.
Jej mina była bezcenna — mieszanka szoku, wzruszenia i dumy.
Ten poród był lekcją odwagi, zaufania i wspólnej siły.
Jola – cicha wojowniczka, która zmierzyła się ze swoim lękiem i wygrała.
Mąż Joli – opoka, która ani na moment nie puściła jej ręki.
A jej mama, babcia małej Jagienki – kobieta, która z miłością przyjęła ten wielki sekret, który wydarzył się dosłownie tuż obok niej.
Urodzili razem.
Przeszli przez to jako zespół.
Każdy z nich był w tej historii bohaterem.
A Jagienka?
Wybrała sobie idealny moment, idealne miejsce i idealnych ludzi, żeby przyjść na świat. I... zaczekała na mnie.
I to jest właśnie magia porodów, które prowadzi serce, a nie strach.