Prywatny Gabinet Logopedyczny Agnieszka Szulc

Prywatny Gabinet Logopedyczny Agnieszka Szulc "Oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów"
H. Poświatowska

11/05/2026

Dziś dziesiątki osób trzasną drzwiami na moim profilu albo sie zreflektują. Bo przeglądanie sie własnym niedojrzałościom jest potwornie trudne.

Wystarczy zajrzeć w komentarze pod postem Kasi Zillman na Facebooku, żeby zobaczyć coś bardzo niewygodnego:
przemoc w szkołach rzadko zaczyna się od dzieci.

Zaczyna się od nas.
Pokażę Ci na prostym przykładzie.
Dzisiaj piszesz: „babochłop”, „obrzydliwa”, „aż rz**ać się chce”. Czyli poniżasz.

Jutro ten sam język czyta Twoja 12-letnia córka, 13 letni syn.Tak oni to widzą, rozmawiam z nimi.
I teraz ważne.

Między 12. a 15. rokiem życia mózg młodego człowieka szczególnie mocno reaguje na obecność innych.

To nie jest metafora - to biologia.
Nastolatek: – podejmie większe ryzyko, gdy ktoś patrzy,
– przekroczy granicę, żeby zostać zaakceptowanym,
– pójdzie za grupą, nawet jeśli wewnętrznie się waha.

Dlatego hejt wśród dzieci bardzo często nie wynika z „bycia złym”. Wynika z potrzeby przynależności, kt

BOLESNA PRAWDA JEST TAKA, ŻE
jeśli dorosły mówi o innych: „aż rz**ać się chce”,
to dziecko nie myśli: „mama jest niedojrzała/tata jest niedojrzały”.

Dziecko myśli: „TAK SIE MÓWI O LUDZIACH” i bierze to bezrefleksyjnie.

Bo to nie rówieśnicy są jego pierwszym nauczycielem. Tylko Ty...

Nasza zmiana teraz, refleksja na naszych błędach może w przyszłości zapobiec tragediom młodych ludzi, jakie wydarzyły sie ostatnio w naszym kraju.

Jesteś gotowa, gotowy? Na te zmianę?

09/05/2026

Po co nam ta edukacja domowa (ED), skoro nie umiemy dopilnować własnych dzieci, a nawet w planowaniu egzaminów jesteśmy nieudolni?

Dostałam wiele wiadomości po ostatnim poście. Część z Was współczuje, część pyta: „Skoro jest tak ciężko, to po co wam to było?”.

Prawda jest brutalna. Maj, a już na pewno czerwiec, w edukacji jest okresem martwym. Jako nauczycielka widzę to codziennie w szkolnych ławkach. Uczniowie patrzą przez okno, stukają palcami po blatach, ich mózgi już jedną nogą są na szkolnych wycieczkach, a drugą na wakacjach.

W szkole muszą udawać, że pracują, często starają się wykorzystać zebrane wcześniej oceny i ślizgać się na opinii wyrobionej do zimy. W edukacji domowej nie ma miejsca na udawanie.

I tu dochodzimy do sedna mojego błędu, o którym napisałam tydzień temu, a który wywołał burzę w komentarzach. Burza była tak zaawansowana, że musiałam uruchomić wsparcie przy blokowaniu osób, które przyszły obrażać innych. Pierwszy raz spotkałam się z takim poziomem chamstwa i prostactwa w mojej bańce social mediów.

————————
Jestem nauczycielką języka polskiego w szkole systemowej i matką dwóch chłopców w edukacji domowej.

Dzielę się doświadczeniami, ponieważ obserwuję obie perspektywy, oba środowiska, obie formy. Żadna nie jest idealna, żadna nie jest dla wszystkich. Jestem zdecydowaną miłośniczką ED, nie znoszę wielu elementów systemu, nie zgadzam się z tym, jak polska szkoła obecnie wygląda, dlatego staram się pracować tak, aby moi uczniowie otrzymywali usługę na najwyższym poziomie. Nie rozróżniam uczniów na gorszych (szkolnych) i lepszych (prywatnych). Na zajęciach prywatnych mogę organizować wszystko wg własnych zasad, w szkole jestem trybikiem, którego obowiązują pewne niezmienialne zasady. Metody i zaangażowanie mogę jedną ocenić na identyczne, ale to wynika z charakteru. Za darmo, za niewielkie i duże pieniądze pracuję samo. Inaczej nie umiem…

Jeśli chcesz kogoś obrażać, idź sobie. Jeśli chcesz merytorycznie rozmawiać, zapraszam do sekcji komentarzy.
————————

W systemie szkolnym zmęczenie materiału jest wpisane w kontrakt. Uczeń ma siedzieć 7 godzin, niezależnie od tego, czy cokolwiek do niego dociera. W ED ten opór materii, który teraz mamy, obnaża największą prawdę o nauce. Przymus to morderca intelektu.

W przyszłym roku szkolnym będziemy się starali umówić egzaminy w taki sposób, aby ostatnie odbyły się w marcu lub kwietniu. Nie zaczniemy więc nauki w październiku, ale już w ostatnim tygodniu sierpnia, a na pewno we wrześniu.

Chłopcy sami przyznają, że nauka języka polskiego w maju jest uporczywa. Nie wiedzą, że nie tyko dla nich, ale dla mnie również…

Kiedy dziś zadzwoniłam do domu i okazało się, że nauka nie idzie, pogoda nie sprzyja, podjęłam decyzję, że odkładamy książki i idziemy na obiad. Po południu postaramy się ogarnąć przypowieści i podział wyrazów na sylaby.

W szkole chłopcy zrezygnować z zajęć nie mogliby. Musieliby siedzieć w dusznej sali, wpatrzeni w plecy kolegi, czekając na zbawienny dzwonek, tracąc czas, który mogliby przeznaczyć na regenerację. My w ED odpuszczamy. Kiedy chłopcy wypoczną, nie ma problemu, żeby usiąść do gramatyki o 19:00, kiedy głowy są przewietrzone.

Czasem wydaje się, że nie jest możliwe ogarnięcie jakiegoś tematu, a oni między kanapką i bieganiem w ogrodzie za piłką poczytają podręcznik i potrafią opowiedzieć zagadnienie ze szczegółami.

Jako nauczycielka stawiam tezę, która zaboli wielu, zwłaszcza rodziców. Staram się pisać o szkole szczerze, a to nie jest mile widziane.

Większość dzieci w Polsce w maju i czerwcu po prostu marnuje życie w murach szkoły. Są tam fizycznie, ale mentalnie ich nie ma.

My mamy odwagę się do tego przyznać i dostosować grafik do biologii, a nie do dzwonka.

Mój błąd z terminami egzaminów nauczył mnie, że wolność w ED to także wolność do powiedzenia, że dziś nie damy rady.
System tego nie wybacza. Nauczyciel musi pilnować ogółu, nie ma miejsca na przeniesienie tematu na kolejną lekcję, bo jeden uczeń jest niedysponowany. My wybaczamy.

Polonistka w szkole wymaga, ponieważ taka jest rola nauczyciela. Mama w domu pozwala pójść na piłkę, bo wie, że bez tej piłki żadna metafora nie wejdzie do głowy.

Czy to jest rozpieszczanie? Ja uważam, że to jedyna słuszna droga, by nie zabić w dzieciach resztek chęci do poznawania świata?

Ciekawa jestem – ile razy w tym tygodniu Wasze dzieci wróciły ze szkoły i powiedziały: „Mamo, nic dziś nie robiliśmy, tylko siedzieliśmy”? U nas przynajmniej wiemy, dlaczego dziś nie robimy nic.

Zapraszam do dyskusji. Szkoła w maju i czerwcu to jeszcze edukacja czy już tylko darmowa niania podtrzymująca iluzję nauki?



09/05/2026

Pewien mój komentarz zmotywował mnie do wpisu:
Drodzy Rodzice,
Oddajecie terapeutom, logopedom, pedagogom i różnym specjalistom swoje największe skarby - własne dzieci.
Wiem, że często robicie to z ogromną nadzieją. Czasem z bezradności. Czasem po wielu nieprzespanych nocach, po wielu diagnozach, konsultacjach, próbach i rozczarowaniach. Szukacie pomocy tam, gdzie ktoś obiecuje, że „wie, co robić”.
Dlatego proszę pytajcie specjalistów, po co robią to, co robią.
Pytajcie logopedę:
„Po co jest to ćwiczenie?”
„Czemu ma służyć ten masaż?”
„Jakie struktury są stymulowane?”
„Jaki jest cel terapii?”
„Po czym poznamy, że to działa?”
„Co mogę robić w domu?”
„Dlaczego dziecko reaguje tak silnie?”
„Czy jest inna droga?”
Nie piszę tego po to, żeby podburzać rodziców przeciwko terapeutom
Zbyt często nadal spotykam dzieci, które przez dwa lata chodzą na terapię logopedyczną, a głównym działaniem są „masażyki”. Kiedy rodzic pyta, jakie mięśnie, jakie struktury, jaki cel i jaki mechanizm działania za tym stoi - nie dostaje odpowiedzi.
Zbyt często słyszę też historie o dzieciach trzymanych siłą, „bo inaczej się nie da”. A kiedy rodzic pyta, czemu ma to służyć, słyszy, że dziecko „manipuluje”, „wymusza” albo że „trzeba je złamać”.
Nie. Dziecka nie trzeba łamać.
Oczywiście, są wspaniali specjaliści. Mądrzy, uważni, pokorni, stale uczący się, szukający przyczyny, a nie tylko sposobu na zachowanie. Są logopedzi, terapeuci, psycholodzy, pedagodzy i fizjoterapeuci, którzy wykonują piękną, odpowiedzialną pracę.
Ale są też tacy, którzy działają bez refleksji, bez celu, bez wyjaśnienia. Bez szacunku do granic dziecka.
Tak jest w każdym zawodzie. Wśród lekarzy, nauczycieli, terapeutów, psychologów, pedagogów- są ludzie świetni i są ludzie, którym nie powinniśmy oddawać dzieci bez zadawania pytań.
Dlatego proszę: nie bójcie się pytać.
Dobry specjalista nie obrazi się na pytanie, wyjaśni.
Dobry specjalista nie będzie budował swojej pozycji na strachu rodzica i nie będzie tłumaczył przemocy „terapią”.
Ten tekst nie jest przeciwko terapeutom. To jest tekst przeciwko bylejakości, przemocy ukrytej pod słowem „terapia” i praktykom, których nikt nie potrafi rodzicowi sensownie wyjaśnić.

09/05/2026

Kary i nagrody działają! To prawda, ale .... tylko na krótką metę i tylko wtedy, gdy ktoś pilnuje.

Wielu dorosłych wierzy w kary i nagrody i nie ma się co temu dziwić, bo przecież większość z nas została tak wychowana. Ale powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że zupełnie innymi metodami wychowuje się człowieka posłusznego, a zupełnie innymi człowieka odpowiedzialnego. Tych dróg nie da się połączyć, bo jedna prowadzi ku zewnątrz- a druga ku wewnątrzsterowności.
To drugie jest oczywiście trudniejsze, a my dorośli często wybieramy drogę na skróty.

Czym różni się człowiek posłuszny od człowieka odpowiedzialnego.
Człowiek posłuszny trzyma się zasad i zachowuje się w sposób pożądany ze strachu przed karą albo dla zdobycie nagrody. Gdy nie ma w pobliżu osoby, która go obserwuje i może mu dać karę lub nagrodę, to zasad już się nie trzyma.

Człowieka posłusznego trzeba więc wciąż pilnować. Człowiek posłuszny to człowiek zewnątrzsterowny.

W przypadku dzieci, wychowanie oparte na posłuszeństwie często przynosi niepożądane efekty, bo atrakcyjne nagrody mogą oferować nie tylko rodzice czy nauczyciele, ale również osoby ze złymi intencjami.

Wychowanie oparte na posłuszeństwie zakłada, że cel, drogę, zadania wskazują autorytety, a zadaniem dziecka jest ich wykonywanie, podążanie wskazaną drogą. Z autorytetami się nie dyskutuje, na tym polega posłuszeństwo!

Człowiek odpowiedzialny zachowuje się zgodnie z zasadami, bo jest przekonany, że tak trzeba, bo te zasady zinternalizował. Ma wewnętrzny kompas, jest więc wewnątrzsterowny, nie poddaje się łatwo manipulacjom.

W procesie wychowania nauczył się, że sam wyznacza sobie cele (można to już rozwijać w przedszkolu, albo od 1 klasy szkoły podstawowej - takie podejście proponuje np. plan daltoński -, np. dzieci same wybierają książeczki, które chcą czytać, same określają stopień ich trudności. Takie podejście tworzy przestrzeń dla rozwijania motywacji wewnętrznej.

Wychowanie ku odpowiedzialności wymaga umiejętności dokonywania wyborów i ponoszenie ich konsekwencji. Dokonywania wyborów można nauczyć się tylko poprzez dokonywanie wyborów. To wyjaśnia, dlaczego wychowanie ku posłuszeństwu blokuje rozwijanie odpowiedzialności.

W wychowaniu opartym na posłuszeństwie dzieci nie dokonują żadnych wyborów, bo wszystkie cele wskazują im dorośli.
Badania, na które w swojej książce powołuje się Alfi Kohn, pokazują też, że osoby wychowane w duchu posłuszeństwa często bardzo zdecydowanie odrzucają i ostro krytykują wychowanie oparte na odpowiedzialności. W wewnątrzsterowności dziecka widzą bowiem zagrożenie. Ich zdaniem, uległość wobec autorytetów, wobec ludzi, którzy mają władzę, nie podlega dyskusji.

https://www.facebook.com/share/1CPNE6sGvm/
09/05/2026

https://www.facebook.com/share/1CPNE6sGvm/

Temat jedzenia wjechał u mnie na całego. Pożeram szkolenia i książki. Z ogromnym apetytem.

Obecnie czytam równolegle (a kto mi zabroni 🙃📚) dwie książki:

1. 'Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu' autorstwa Anny Colton, psycholożki klinicznej i specjalistki od zaburzeń odżywiania, przetłumaczoną przez Joannę Sugiero a wydaną przez Media Rodzina.

Ta pozycja skierowana jest głównie do rodziców, ale też i do specjalistów pracujących z dziećmi i młodzieżą. Czytam teraz rozdział poświęcony dziedzictwu żywieniowemu w rodzinie i przyglądam się osobistym schematom myślenia o jedzeniu, które dostałam w spadku po bliskich i które mogę nieświadomie przekazywać dalej. Rozkładam na czynniki pierwsze wpływ otoczenia, uwarunkowań społecznych, ekonomicznych a nawet politycznych na moje zachowania i decyzje żywieniowe. Ciekawe i momentami trudne doświdczenie. Ale bardzo mi potrzebne.

Cytat z książki:
"(...) wszystko, co komunikujemy naszym dzieciom na temat jedzenia, kształtuje ich relację z nim, a relacja, którą my sami zbudowaliśmy w dzieciństwie, wpływa na nasze stosunek do jedzenia przez resztę życia".

2. Zlęknione niejadki autorstwa Marshy Dunn Klein, 'dziecięcej terapeutki zajęciowej z blisko pięćdziesięcioletnim doświadczeniem w karmieniu dzieci z miłością"(cyt. z książki), przetłumaczoną przez Sebastiana Macieja i wydaną przez Szkoła Terapii Karmienia - Od pestki do ogryzka.

To cegła - skarbnica wiedzy dla rodziców/opiekunów i specjalistów, którzy chcą wspierać dzieci, mające trudności z jedzeniem w kontekście lęku. To skarbnica wiedzy i życzliwości. Nie ma tu protekcjonalnego traktowania rodziców, nakazów, zakazów, wytykania błędów. Są za to praktyczne wskazówki oraz ogromna dawka ciepła i humoru.

Osobiście zachwyciła mnie koncepcja kręgu wrażliwości: wizualnego symbolu troski, który ma pomóc dorosłym skutecznie i empatyczne wspierać dzieci na drodze do radości z jedzenia.

🍽
Karmienie i trudności z nim związane stały się moim nowym special interest (choć siedział mi w głowie od lat, ale nie miałam odwagi się z nim zmierzyć).
Chcecie, żebym tutaj dzieliła się z Wami swoimi odkryciami, polecajkami, itp. w tym temacie?
Jeśli tak, dajcie, proszę, znać w komentarzach.

__________
📚[Polecam książki w zgodzie ze sobą. Nikt mi za to nie płaci. Myślę, że w zalewie płatnych recenzji socialmediowych jest to dla wielu z Was ważna informacja.]

• jedzenie • terapia karmienia •

Meltdown to nie fanaberia, złe zachowanie, coś co można przerwać karami, karnymi punktami, groźbami, karnym krzesełkiem ...
07/05/2026

Meltdown to nie fanaberia, złe zachowanie, coś co można przerwać karami, karnymi punktami, groźbami, karnym krzesełkiem itd. To skrajne przeciążenie mózgu. Człowiek nie radzi sobie ponieważ.......czytaj dalej w poście!

https://www.facebook.com/share/1B8AzMBfiR/

06/05/2026

Wielu rodzicom trudno pogodzić się z jedną rzeczą, że ich dziecko może być z czegoś po prostu słabsze. Nie „źle prowadzone”, nie „zaniedbane”, tylko słabsze.

I wtedy zaczyna się cały mechanizm, który w gruncie rzeczy niewiele ma wspólnego z edukacją, a dużo więcej z ambicją, lękiem i obrazem własnego dziecka w głowie rodzica. Bo w tej głowie dziecko często nie jest takim, jakie jest naprawdę, tylko takim, jakie „powinno być”. Sprawne, równe, "bez rys", "bez luk", bez potknięć.

A rzeczywistość jest inna. Jedno dziecko liczy szybciej, drugie wolniej. Jedno czyta z przyjemnością, drugie z wysiłkiem. Jedno łapie języki, drugie rozumie świat przez ruch, obraz i doświadczenie. I to nie jest defekt. To jest człowieczeństwo.

Tyle że wielu dorosłych ma z tym ogromny problem, bo gdzieś w tle działa bardzo cicha, ale bardzo silna presja, że dziecko powinno dawać radę ze wszystkim. I jeśli nie daje, to trzeba znaleźć przyczynę. Najlepiej zewnętrzną. Szkoła za trudna. Nauczyciel nie taki. Wymagania przesadzone. Program nieprzystosowany.

Oczywiście szkoła bywa niedoskonała. System bywa sztywny. Ale czasem ta krytyka nie wynika z realnej analizy, tylko z emocjonalnej niezgody na fakt, że dziecko nie spełnia wyobrażenia.

Bo prawda bywa niewygodna. Nie każde dziecko będzie „dobrze się uczyło”. I nie każde musi.

Ciekawe jest też coś innego: ilu z tych dorosłych, którzy dziś z taką pewnością mówią o „brakach w edukacji”, było kiedyś świetnych ze wszystkiego? Ilu z nich nigdy nie miało problemów z matematyką, nie gubiło się w ortografii ani nie siedziało nad zadaniem z poczuciem bezsilności?

Odpowiedź zwykle jest prosta, prawie nikt.

Ale pamięć dorosłych ma to do siebie, że wygładza przeszłość. Zostają dobre oceny, zostają sukcesy, a znika frustracja. I nagle to, co kiedyś było trudne, w narracji staje się „łatwe”, więc dlaczego teraz dziecko ma trudność?

I tu rodzi się napięcie. Bo dziecko nie pasuje do tej wyidealizowanej historii. Nie spełnia oczekiwań, które często są bardziej odbiciem rodzica niż realnych możliwości dziecka.

Wtedy pojawia się presja. Poprawianie, dociskanie, korepetycje, porównywanie. Czasem subtelne, czasem bardzo wprost: „inni potrafią, ty też musisz”. A jeśli nie potrafi, pojawia się rozczarowanie, które łatwo przerzucić na szkołę.

Tylko że w tym wszystkim ginie coś ważniejszego. Dziecko przestaje być widziane takim, jakie jest naprawdę.

A prawda jest taka, że nie trzeba być szkolnym geniuszem, żeby być wartościowym człowiekiem.
Nie trzeba mieć samych piątek, żeby być ciekawym, twórczym, empatycznym.

Świat nie składa się z ludzi „równych ze wszystkiego”. Składa się z ludzi różnych i to właśnie ta różnorodność go utrzymuje.

Są tacy, którzy świetnie liczą i tacy, którzy świetnie słuchają innych. Są tacy, którzy błyszczą w testach i tacy, którzy błyszczą w relacjach. Są tacy, którzy nie odnajdują się w szkolnym systemie, ale później w życiu okazują się dokładnie tymi, którzy potrafią coś zbudować, naprawić, stworzyć, poczuć.

Szkoła mierzy bardzo wąski wycinek człowieka. I jeśli zaczniemy traktować ten wycinek jak całość, to łatwo przegapić to, co najważniejsze.

Może więc największym problemem nie jest to, że dzieci mogą być słabsze z jakiegoś przedmiotu. Tylko to, że dorośli czasem nie rozumieją, że „słabsze” nie znaczy „gorsze”.

I że dziecko nie jest po to, żeby spełniać cudze ambicje. Jest po to, żeby stać się sobą.

www.biologia.szkolnastrona.pl

https://www.facebook.com/share/17j7wThTD7/
06/05/2026

https://www.facebook.com/share/17j7wThTD7/

Rodzice potrzebują partnerskiego traktowania w relacjach z nauczycielami i specjalistami swoich dzieci.

Co to oznacza?

Partnerskie traktowanie to sposób budowania relacji oparty na zasadach równości, wzajemnego szacunku i współodpowiedzialności. Oznacza to, że specjalista w takiej relacji nie dominuje nad rodzicem, a decyzje są podejmowane w porozumieniu.

Rodzic ma prawo do wyrażania swojego zdania i do bycia wysłuchanym z należytą uwagą. Specjalista nie uważa się za „ważniejszego” i nie traktuje rodzica jako „mniej istotnego”.

Zalecenia kierowane do rodzica nie są narzucane. Problemy rozwiązywane są poprzez rozmowę, wspólne poszukiwanie rozwiązań i kompromisów, a nie poprzez rozliczanie czy wytykanie błędów.

Relacje niesymetryczne – a taką jest relacja rodzic–nauczyciel – mogą i powinny mieć charakter partnerski, choć partnerstwo rozumiane jest w nich nieco inaczej niż w relacjach symetrycznych między dorosłymi. W takich relacjach jedna strona – nauczyciel lub specjalista – dysponuje większą wiedzą, władzą lub odpowiedzialnością, ale nie wykorzystuje tej przewagi do dominacji, lecz do wspierania drugiej strony.

Specjalista nie narzuca swojego zdania (model paternalistyczny), lecz przedstawia możliwe opcje, wyjaśnia, tłumaczy, odpowiada na pytania i w dialogu z rodzicem wybiera najlepsze rozwiązania. Nauczyciel przedstawia swój punkt widzenia i pozostaje otwarty na informację zwrotną.

Styl życia, wartości, postawa i poglądy rodzica powinny mieć wpływ na podejmowane decyzje. Partnerskie traktowanie należy uznać za standard etyczny, który zwiększa skuteczność działań nauczycieli i specjalistów. Rodzic nie jest dla nauczyciela anonimowy – jest człowiekiem z własną historią, doświadczeniami i lękami, które zasługują na uwagę. Nawet jeśli rodzic zaniedbuje swoje dziecko, nadal zasługuje na uprzejmość, rzetelną informację i dialog, a nie na pogardę czy protekcjonalność.

Jeśli jednak rodzic całkowicie odrzuca odpowiedzialność za dziecko, relacja partnerska przestaje być możliwa i przyjmuje charakter roszczeniowy – gdy rodzic wymaga efektów od nauczycieli, nie wnosząc własnego zaangażowania.

Partnerstwo opiera się na autonomii. Jeśli rodzic mówi: „Proszę wychować moje dziecko, ale nie mogę się w to angażować”, odbiera specjaliście możliwość budowania relacji partnerskiej.

Kluczowe pytanie brzmi: w którym momencie można uznać, że rodzic rzeczywiście zrzekł się odpowiedzialności – i czy w ogóle ma realną możliwość jej podjęcia (np. ze względu na stan psychiczny lub warunki życiowe)? Można przyjąć, że już samo przyprowadzanie dziecka na zajęcia i gotowość do udziału w spotkaniach z nauczycielem stanowią istotny przejaw odpowiedzialności i otwartości na współpracę.

Partnerstwo może czasami zostać zawieszone, jeśli kontakt z rodzicem jest niemożliwy, jednak szacunek dla godności każdego rodzica powinien pozostać nienaruszony.

Często pod szyldem „partnerstwa” kryje się w rzeczywistości ukryte oczekiwanie posłuszeństwa. Wówczas partnerstwo staje się pułapką: „Będę traktować cię jak partnera, pod warunkiem że będziesz robić to, co uważam za słuszne”.

Sytuacja, w której rodzic działa inaczej, niż oczekuje specjalista, jest momentem najtrudniejszej próby dla prawdziwego partnerstwa.

Jeśli nauczyciel deklaruje partnerstwo, a jednocześnie obraża się lub etykietuje rodzica jako „roszczeniowego”, gdy ten kwestionuje działania lub poszukuje alternatyw, nie mamy do czynienia z partnerstwem, lecz z ukrytym paternalizmem.

Prawdziwe partnerstwo w relacji niesymetrycznej zakłada, że rodzic może mieć inne cele i pomysły. Jeśli nauczyciel tego nie uznaje, partnerstwo przestaje istnieć.

Rodzic może nie stosować się do zaleceń, ale jednocześnie wkładać duży wysiłek w działanie na swój sposób. Uznanie tego wysiłku jest wyrazem szacunku dla jego podmiotowości.

Rodzic powinien mieć prawo powiedzieć: „nie” lub „nie potrafię tego zrobić w ten sposób”. Taki komunikat nie jest odmową współpracy, lecz uczciwym głosem partnera. W takiej sytuacji kluczowe jest przejście od oczekiwań („powinieneś zrobić to, co mówię”) do negocjacji i wspólnego poszukiwania rozwiązań, które rodzic jest w stanie zaakceptować na danym etapie.

Jacek Kielin

Adres

Ulica Wyszyńskiego 6
Lubin
59-300

Telefon

+48603646402

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Prywatny Gabinet Logopedyczny Agnieszka Szulc umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij