09/05/2026
Po co nam ta edukacja domowa (ED), skoro nie umiemy dopilnować własnych dzieci, a nawet w planowaniu egzaminów jesteśmy nieudolni?
Dostałam wiele wiadomości po ostatnim poście. Część z Was współczuje, część pyta: „Skoro jest tak ciężko, to po co wam to było?”.
Prawda jest brutalna. Maj, a już na pewno czerwiec, w edukacji jest okresem martwym. Jako nauczycielka widzę to codziennie w szkolnych ławkach. Uczniowie patrzą przez okno, stukają palcami po blatach, ich mózgi już jedną nogą są na szkolnych wycieczkach, a drugą na wakacjach.
W szkole muszą udawać, że pracują, często starają się wykorzystać zebrane wcześniej oceny i ślizgać się na opinii wyrobionej do zimy. W edukacji domowej nie ma miejsca na udawanie.
I tu dochodzimy do sedna mojego błędu, o którym napisałam tydzień temu, a który wywołał burzę w komentarzach. Burza była tak zaawansowana, że musiałam uruchomić wsparcie przy blokowaniu osób, które przyszły obrażać innych. Pierwszy raz spotkałam się z takim poziomem chamstwa i prostactwa w mojej bańce social mediów.
————————
Jestem nauczycielką języka polskiego w szkole systemowej i matką dwóch chłopców w edukacji domowej.
Dzielę się doświadczeniami, ponieważ obserwuję obie perspektywy, oba środowiska, obie formy. Żadna nie jest idealna, żadna nie jest dla wszystkich. Jestem zdecydowaną miłośniczką ED, nie znoszę wielu elementów systemu, nie zgadzam się z tym, jak polska szkoła obecnie wygląda, dlatego staram się pracować tak, aby moi uczniowie otrzymywali usługę na najwyższym poziomie. Nie rozróżniam uczniów na gorszych (szkolnych) i lepszych (prywatnych). Na zajęciach prywatnych mogę organizować wszystko wg własnych zasad, w szkole jestem trybikiem, którego obowiązują pewne niezmienialne zasady. Metody i zaangażowanie mogę jedną ocenić na identyczne, ale to wynika z charakteru. Za darmo, za niewielkie i duże pieniądze pracuję samo. Inaczej nie umiem…
Jeśli chcesz kogoś obrażać, idź sobie. Jeśli chcesz merytorycznie rozmawiać, zapraszam do sekcji komentarzy.
————————
W systemie szkolnym zmęczenie materiału jest wpisane w kontrakt. Uczeń ma siedzieć 7 godzin, niezależnie od tego, czy cokolwiek do niego dociera. W ED ten opór materii, który teraz mamy, obnaża największą prawdę o nauce. Przymus to morderca intelektu.
W przyszłym roku szkolnym będziemy się starali umówić egzaminy w taki sposób, aby ostatnie odbyły się w marcu lub kwietniu. Nie zaczniemy więc nauki w październiku, ale już w ostatnim tygodniu sierpnia, a na pewno we wrześniu.
Chłopcy sami przyznają, że nauka języka polskiego w maju jest uporczywa. Nie wiedzą, że nie tyko dla nich, ale dla mnie również…
Kiedy dziś zadzwoniłam do domu i okazało się, że nauka nie idzie, pogoda nie sprzyja, podjęłam decyzję, że odkładamy książki i idziemy na obiad. Po południu postaramy się ogarnąć przypowieści i podział wyrazów na sylaby.
W szkole chłopcy zrezygnować z zajęć nie mogliby. Musieliby siedzieć w dusznej sali, wpatrzeni w plecy kolegi, czekając na zbawienny dzwonek, tracąc czas, który mogliby przeznaczyć na regenerację. My w ED odpuszczamy. Kiedy chłopcy wypoczną, nie ma problemu, żeby usiąść do gramatyki o 19:00, kiedy głowy są przewietrzone.
Czasem wydaje się, że nie jest możliwe ogarnięcie jakiegoś tematu, a oni między kanapką i bieganiem w ogrodzie za piłką poczytają podręcznik i potrafią opowiedzieć zagadnienie ze szczegółami.
Jako nauczycielka stawiam tezę, która zaboli wielu, zwłaszcza rodziców. Staram się pisać o szkole szczerze, a to nie jest mile widziane.
Większość dzieci w Polsce w maju i czerwcu po prostu marnuje życie w murach szkoły. Są tam fizycznie, ale mentalnie ich nie ma.
My mamy odwagę się do tego przyznać i dostosować grafik do biologii, a nie do dzwonka.
Mój błąd z terminami egzaminów nauczył mnie, że wolność w ED to także wolność do powiedzenia, że dziś nie damy rady.
System tego nie wybacza. Nauczyciel musi pilnować ogółu, nie ma miejsca na przeniesienie tematu na kolejną lekcję, bo jeden uczeń jest niedysponowany. My wybaczamy.
Polonistka w szkole wymaga, ponieważ taka jest rola nauczyciela. Mama w domu pozwala pójść na piłkę, bo wie, że bez tej piłki żadna metafora nie wejdzie do głowy.
Czy to jest rozpieszczanie? Ja uważam, że to jedyna słuszna droga, by nie zabić w dzieciach resztek chęci do poznawania świata?
Ciekawa jestem – ile razy w tym tygodniu Wasze dzieci wróciły ze szkoły i powiedziały: „Mamo, nic dziś nie robiliśmy, tylko siedzieliśmy”? U nas przynajmniej wiemy, dlaczego dziś nie robimy nic.
Zapraszam do dyskusji. Szkoła w maju i czerwcu to jeszcze edukacja czy już tylko darmowa niania podtrzymująca iluzję nauki?