16/12/2025
Kiedyś musiałam być ważna.
Widoczna. Najlepsza. W centrum.
Bo w dzieciństwie tylko wtedy byłam zauważana.
A bycie zauważoną było jedyną formą bliskości, jaką znałam.
Jeśli w dzieciństwie nie dostałeś miłości nawet na łyżeczce,
w dorosłości bierzesz ją nawet z noża.
W jakiejkolwiek formie.
Nawet wtedy, gdy razem z nią przychodzi odrzucenie.
Bo to wciąż coś.
Lepsze „jesteś potrzebna, ale nie do końca chciana”
niż całkowite bycie niewidzianą.
Więc uczysz się błyszczeć.
Prowadzić. Ogarniać. Być potrzebnym.
Być kimś, kogo się nie da pominąć.
Nawet jeśli w środku wciąż czujesz, że nie jesteś naprawdę wybrana.
Z czasem dołącza kontrola.
I tryb ratownika.
Bo gdy trzymasz wszystko w garści i ratujesz innych,
możesz zostać — nawet jeśli nie jesteś kochana.
I to działa.
Daje pozycję. Znaczenie. Poczucie sensu.
Ale ciało płaci cenę.
Napięciem. Zmęczeniem. Przetrwaniem.
Aż przychodzi moment, w którym –
dzięki głębokiemu wglądowi, pracy z ciałem, regulacji układu nerwowego –
ten schemat zaczyna się rozmywać.
Już nie musisz być „naj”.
Już nie musisz stać na czele.
Już nie musisz zasługiwać, ratować, kontrolować, świecić.
Bo kiedy zaczynasz sam siebie kochać,
przestajesz potrzebować bylejakości i cudzej uwagi.
To nie jest utrata mocy.
To jest moment, w którym przestajesz ją zużywać na udowadnianie swojej wartości.
Zostaje cisza.
Ulga.
I przestrzeń, w której wreszcie można odpocząć
i pozwolić, żeby miłość przyszła nie dlatego, że jesteś „kimś”,
ale dlatego, że jesteś.💛💛💛